Marsz żałobny dla lewicy

·

Marsz żałobny dla lewicy

·

Zachęcony łatwą rozprawą z gadatliwym weteranem, obecny szef SLD nie daruje zapewne jego pokoleniowym – i nie tylko – braciom mlecznym. Na dzisiaj, wiele wskazuje, że Leszek Miller, Marek Dyduch czy Krzysztof Janik – a także zbyt blisko z nimi związane, żeby wyjść obronną ręką z czystki, takie persony z pokolenia Ordynackiej, jak Włodzimierz Czarzasty – mogą, śladem Oleksego, szukać sobie posad doradców w Samoobronie. I, oczywiście, w czasie wolnym, którego będą mieli coraz więcej, produkować wspomnienia ze smakowitymi sensacjami na sprzedaż. Kończy się długi etap. Jego czołowi zawodnicy, spędzani ze stadionu, pocieszają się, iż czeka ich najwyżej przymusowa przerwa. Młodsi koledzy – roją sobie najpewniej – nie dadzą bez nich rady, a wtedy trener znowu ich powoła.

Niemal na pewno – gdyż u nas za nic nie można i nie warto ręczyć głową – się mylą. Próżne nadzieje, idzie czas na potępieńcze żale. W ich próbkach, z którymi wieloletni przywódcy lewicy oficjalnej od czasu do czasu przedzierają się do mediów, jest pewne ziarno słuszności. Besserwisserzy typu Janiny Paradowskiej z „Polityki” każą im tworzyć mroczne tło dla Aleksandra Kwaśniewskiego, którego – w kontraście z nimi – tym łatwiej przedstawiać za nieskazitelnie białego baranka. I jak tu nie zgrzytać zębami na „prezia”? Jego nie kto inny, jak miarodajni opiniotwórcy podrzucają na świąteczny stół w koszyczku z pisankami ozdobionymi napisem: X rocznica konstytucji. A tym, którzy grali z nim w jednej drużynie – cóż stąd, że nie mając równie fachowych ekspertów od PR i tak samo życzliwych komentatorów – zaleca się nieuprzejmie pójść precz. Inna sprawa, że Oleksy też miałby powody narzekać. Towarzysze walki wyśmiali go za „józiolenie”, obili ostrymi słowami i przegnali ze swej kompanii. Zasłużenie? To dlaczego sam Kwaśniewski w pierwszym odruchu złości przezwał go nie tylko „kretynem”, ale i „zdrajcą”? Przecież tylko pod tym warunkiem można zdradzić, że mówi się o swym obozie, jeśli już nie całą prawdę, to jej sporą część.

Oleksy z początku wypierał się swych denuncjacji, twierdząc, że zapomniał, co mówił. A doszło do tego – sugerował dyskretnie – że dzieląc się swoimi skrytymi myślami z Aleksandrem Gudzowatym, jak to się określa wśród rutyniarzy od zakrapianych rozmów „po duszam”, cokolwiek się zmęczył. Gdy stało się jasne, że koledzy tym razem nie poklepią go po ramieniu, mrucząc wyrozumiale: no tak, po swojemu „najózioliłeś”, ale cię nie zostawimy, bośmy za długo chleb z jednego pieca jedli – zaczął się jednak odgrywać. Trudno się dziwić, że zrobił się aż tak butny, zgryźliwy i złośliwy. Dręczyły go, przypuszczalnie, skojarzenia z reperkusjami innej feralnej dla niego „biesiady”, która odbyła się wiele lat wcześniej. Pewne – w świetle znanych dziś faktów, raczej wiarygodne – źródło odnotowało ciekawą reakcję, jaką wybuch osławionej niegdyś „sprawy Oleksego” skwitował prezydent-elekt Kwaśniewski. Zapoznania go z oskarżeniem o szpiegostwo, wysuniętym wobec urzędującego premiera z SLD, podjęli się sam jego autor, Andrzej Milczanowski, oraz ówczesny minister spraw zagranicznych, Władysław Bartoszewski. W odpowiedzi, Kwaśniewski podobno rozłożył ręce i rzekł: „Radźcie, panowie, co z tym robić?”. Jak na obronę przyjaciela – a w każdym razie partnera z politycznego teamu – nie było to zbyt wiele.

Oleksy podzielił się z Gudzowatym swoją teorią, tłumaczącą wstrzemięźliwość świeżo wybranej głowy państwa. Zgodnie z nią, Kwaśniewski – kiedy był jeszcze przewodniczącym głównego klubu większości sejmowej – zaproponował Oleksego na premiera, bo czyjąś kandydaturę zgłosić musiał, ale nie przepadając za nim, chytrze go „neutralizował”. W przekładzie na mniej wymyślny język, znaczy to, że za plecami szefa rządu czaił się lider jego partyjnego zaplecza. I to nie w życzliwym zamiarze, aby go podtrzymać w razie kłopotów, ale wręcz na odwrót: chcąc przyczynić się do jego klęski albo przynajmniej się z niej ucieszyć. Przy okazji, odkrywamy szczególny przypadek ideowej, grupowej i koleżeńskiej więzi: wiadomość, że „Józkowi” insynuuje się, trącące zbrodnią stanu, tajne kontakty z wywiadem rosyjskim, „Olek” przyjął co najmniej z mieszanymi uczuciami, wśród których nie zabrakło satysfakcji.

Hipoteza ta idzie zbyt daleko? Oleksy bardzo stara się ją uwiarygodnić. Opowiada, że wybitni działacze jego ugrupowania – skoro tylko jesienią roku 2005 poniosło ono klęskę wyborczą – zaczęli na wyścigi łasić się do Zbigniewa Wassermanna: przepowiadającego im bezlitosne śledztwo i srogie kary, nowego zwierzchnika służb specjalnych. Gdyby ktoś przypuścił, że Oleksy ich oczernia, byłby zmuszony temu świadkowi zwrócić honor po obejrzeniu jednego z ostatnich wydań programu „Warto rozmawiać”. Prawicowi publicyści, swoim zwyczajem atakujący „postkomunę”, liczyli, że workiem do bicia – a może nawet wymagającym przeciwnikiem w sparringu – stanie się dla nich Marek Borowski. Ten błyskawicznie rozwiał ich złudzenia. – Do kogo państwo się zwracają? – odparł próby rzucenia mu rękawicy, dziwiąc się im może nawet szczerze – przecież ja od dawna nie jestem w SLD.

A z czyjej łaski był w przeszłości marszałkiem Sejmu, pierwszym wicepremierem i Bóg wie jeszcze, jakim prominentem? Dajmy jednak pokój dręczeniu go naiwnymi pytaniami. Niech mu raczej będą dzięki za przypomnienie na swój sposób pasjonujących wydarzeń, które bez tej jego zasługi pewnie byśmy zgubili z pamięci – tym bardziej, że o wiele świeższe bodźce nieprzerwanie się tłoczą. Ekonomiczny mózg socjaldemokracji, Jerzy Hauser, tak żwawo umykał z padającej reduty swoich szeregów, że ocknął się dopiero w malutkim okopie ugrupowania pozaparlamentarnego. Izabela Sierakowska, kokietująca nieprzejednanych z PZPR swymi odświętnymi deklaracjami na 22 lipca, że wszystko, co nasze, Polsce Ludowej zawdzięczamy, szydziła, iż – do niedawna – i jej przecież Sojuszowi został żelazny elektorat sierot po dawnych czasach. I tak dalej… SLD-owskie środowisko polityczne nie oszczędziło zbrzydzonej publiczności żadnego aktu zaprzaństwa i samoponiżania. Wszystko, naturalnie, w tym celu, by choć na jeszcze jedno rozdanie utrzymać się na stoliku.

Oleksy – żeby się tak ozdobnie wyrazić według starej mody – zna swoich Pappenheimerów. Frustrat, który zatem miałby, pod wpływem wina serwowanego mu hojnie przez gospodarza o nieograniczonych możliwościach finansowych, bezładnie wylewać swe niechęci i urazy, przenigdy nie uchwyciłby osobistości ze swego towarzyskiego kręgu równie zabójczymi bon motami. „Mały krętacz”, „narcyz”, „buc”, Pierwsza Dama z „liftingami” – może to i obelgi, ale jakoś tam, przyznajmy, utrafione. A już przy takich dłuższych wywodach, jak uwagi o programie Jolanty Kwaśniewskiej w telewizji komercyjnej i jego poziomie, chce się ze smakiem oblizać palce. Wracając do sedna: Oleksy wie, co mówi, sugerując że Kwaśniewski i spółka jakoś przeboleliby jego kłopoty wywołane antyszpiegowską akcją Milczanowskiego, jeśliby nawet były one znacznie poważniejsze niż to faktycznie nastąpiło. Pryncypialny Borowski by się od niego odciął, a za to sympatyczny Janik – może raz jeden odwiedził w więzieniu?

Ludzie dobrowolnie upodleni zmuszają wręcz, żeby nad nimi się pastwić. Poddając się tej zrozumiałej reakcji, nie należy jednak zniekształcać sobie obrazu rzeczywistości. Na niektórych prawicowych forach dyskusyjnych znowu używa się pod adresem Oleksego – przekształconego w trakcie zamierzchłej awantury o jego rzekomą agenturalność na rzecz Moskwy w obelżywy epitet – kryptonimu „Olin”. To grube nadużycie. Oleksy był „Olinem” w tym samym stopniu, w jakim Milczanowskiego wolno uważać za Marsjanina lub rzetelnego wykonawcę swoich zadań w gabinecie premiera, którego znieważył fałszywym posądzeniem. Jeżeli jego zreaktywowani pogromcy żywią w tym punkcie jakieś wątpliwości, to – najlepiej – niech się przyjrzą sprawie według ukochanego przez nich klucza personalnego. Kim był capo di tutti capi, który zlecił zmontowanie całej afery, czyli oczywiście Wałęsa, nietrudno się domyślić z pogróżek, którymi miota pod adresem IPN i całego układu, trzymającego dziś karty atutowe, pewien bankrut polityczny z willi na gdańskiej ulicy Polanki. Jak umieścicie mnie na swoich listach, to pójdę do samego Strasburga i wam pokażę, bo jestem kimś i wszystko mogę! Nikomu się już nie zdawało, że Lechu ciągle straszy, bo – jak wszyscy wiedzą – to tylko echo grało. Inaczej i prościej: Oleksy na tyle wynajął się do agenturalnej służby, w jakiej Wałęsa nigdy tego nie zrobił.

Zejdźmy, spiesząc się, trochę niżej. Mieczysław Wachowski, wykonawca zamówienia na utrupienie Oleksego, sam chyba się zgubił w rachubach, dla kogo aktualnie pracuje. Prawdopodobnie, ciekawą świata „ciotkę Zuzannę” z centrali w Moskwie – popuśćmy wodze fantazji zapłodnionej sensacyjnymi ujawnieniami – spotkał on nie tylko w „Stawce większej niż życie”. Pierwszy po Wałęsie, oprócz Milczanowskiego miał pod komendą Henryka Jasika i skrzykniętą przez niego grupę oficerów, którzy zjedli zęby na pracy wywiadowczej dla PRL. W imię jej po bratersku nierozerwalnego sojuszu ze Związkiem Radzieckim, szpiegowali, gdzie się dało – od jaskini wroga w USA do „antyimperialistycznych” krajów Trzeciego Świata – a potem, na nowe zlecenie od ciotki ze Wschodu, rozbierali obóz pokoju i postępu. A kiedy ich struktura służbowa się rozsypała, nie spoczęli, nim znaleźli kolejnego pana.

A zresztą, niech diabli wezmą tamtą wojenkę politykierskich, biznesowych i wywiadowczych gangów ze wszystkimi jej późniejszymi wznowieniami. Aczkolwiek, dosyć to ciekawe, że do takiej rynsztokowej farsy sprowadził się historyczny podobno konflikt dwóch formacji, z których pierwsza wskazywała na swe korzenie w sierpniu 1980, a druga – tak dawno, że już o tym zapomniała – czasem, z jakiego wyrosła, ogłaszała lipiec 1944.

Wpierw jednak warto zwrócić uwagę na coś innego. Otóż Józef Oleksy sądził, że winien jest usprawiedliwienia tandemowi Kwaśniewski-Olejniczak. Stwierdzając, że tamci spisali go na straty, pokazał im gest Kozakiewicza. Całkowicie zapomniał natomiast o ludziach może trudniejszych do zlokalizowania, lecz – przynajmniej do niedawna – szczerzej mu oddanych. Człowiek Wałęsy do załatwiania spraw wewnętrznych obrzucił go wymysłami w chwili dość szczególnej. Po ulicach krążyły wtedy może nie tłumy, ale na pewno rozwścieczone grupki, które nie chciały przyjąć do wiadomości, że legenda „Solidarności” przegrała wybory prezydenckie z przemalowanym „czerwonym”. Ten odłam ludu, czy raczej motłochu, znajdował sojusznika w elitach. O pęknięciach w murze jednomyślności, który integrował liczących się twórców opinii, jeszcze się nawet nie śniło. Po niedzieli równie ponurej dla Wałęsy, jak radosnej dla Kwaśniewskiego, spotkawszy koło przystani dla zgłodniałych i spragnionych ludzi nauki, pubu Harenda, feministyczną aktywistkę, którą się dzisiaj widuje na wiecach z udziałem Napieralskiego, Olejniczaka czy nawet rewolucyjnych mastodontów z Górnego Śląska, słyszało się od niej takie mniej więcej wyznanie: Nie mogę prowadzić zajęć. Całą noc płakałam. Dzwonił do mnie przyjaciel. Też płacze. Wiesz co? Chodź na piwo. Popłaczemy razem.

Mimo takiej presji trudnej do odparcia, pewna liczba ostrych sympatyków KOR-u i pierwszej „Solidarności”, przełamując spory dystans psychologiczny, solidaryzowała się z kłamliwie oskarżonym. Na tej linii frontu, spotkały się z nimi kółeczka ideowych lewicowców, wspominających ciepło pewne strony minionego ustroju lub też wzdychających do urzeczywistnienia ideałów anarchizmu, trockizmu czy nieskażonego marksizmu. Jedni i drudzy płodzili wnikliwe analizy, przekonujące do oczywistości: że w materiałach obciążających Oleksego, które Marian Zacharski, zdecydowanie na wyrost obwołany superszpiegiem, wydobył od przekupionego – a może prowadzącego z nim banalną grę w kotka i myszkę – rosyjskiego agenta Jakimiszyna, brak chociażby cienia dorzecznej poszlaki. Na przykład, „biesiadowanie” z rosyjskim szpiegiem Ałganowem, które z tymi żałosnymi podstawami imputowano Oleksemu, okazywało się – gdy ktoś pokusił się poprawnie przetłumaczyć zapis Jakimiszynowego bełkotu przy prawdziwej pijackiej uczcie – zwyczajną rozmową bez głębszych treści czy konsekwencji. Pojedyncze głosy rozsądku ginęły jednak w natarczywym chóralnym wyciu. Szczęśliwie, wojskowy prokurator Sławomir Gorzkiewicz, unikając większych ceremonii, odważył się wreszcie z „dowodami” firmowanymi przez Milczanowskiego postąpić jak z kupą śmieci.

I tak pękł wypełniony może najgroźniejszym gazem aferalny balon w historii III RP. Klika Wałęsy, przepędzona z pałacu prezydenckiego, rozpełzła się po kątach zupełnie innych układów. Nic nie wyszło z jej planów aresztowania Oleksego i urządzenia mu – przypuszczalnie pod osłoną stanu wyjątkowego – procesowej pokazówki. O tej wielkiej klapie – spekuluję od dawna – ostatecznie przesądzili zapewne Amerykanie, którzy wówczas nie życzyli sobie, aby okno wystawowe ich modelu gospodarki i demokracji pobrudziło się prowokacją i puczem.

Pod ciemnymi chmurami burzy, która zagrzmiała głównie na urągowisko, krystalizowały się zalążki lewicy, jakiej Polska nie znała od dziesięcioleci. Jej naiwni, choć często szczerzy wyznawcy gotowi byli ruszyć pod prąd tak wysokonakładowych mediów, jak sporej części swoich kolegów z pracy, sąsiadów, przyjaciół i krewnych. Zawsze tak gładkiego, że aż nieco oślizgłego premiera o pełnej sylwetce i łysinie nie mylili z Salvadorem Allende, lecz bronili go jako mniejszego zła wobec – jak sądzili, po marzycielsku trochę wyolbrzymiając realia – zagrożenia polskim Pinochetem. Jeśli Oleksy nie zauważył ich na pożegnanie, to dlatego, że – nie różniąc się pod tym względem od całej czołówki SLD – nigdy się z nimi nie liczył. Kiedy mu się naprzykrzali staraniami o pomoc dla swoich skromnych inicjatyw, zbywał ich jak Gorbaczow, znużony takim samym dopominaniem się o wsparcie, tylko że na znacznie potężniejszą skalę, u przywódców bratnich krajów: Niet! Niczego niet! Skądinąd, istniały cele, na których rzecz jego partia dysponowała aż nadto wystarczającymi funduszami. Gdy o nie szło, przydatnym partnerem był jednak – nie szukając daleko – ktoś w rodzaju Aleksandra Gudzowatego. I to z takimi personami prowadziło się poważne rozmowy.

Pal zresztą sześć nieproszonych sojuszników, którzy do SLD – pragmatycznie patrząc – wnieśliby rady bez chętnych słuchaczy. Co ważniejsze, Oleksy i reszta, kiedy dokonał się zwrot ustrojowy, pogodzili się z rolami względnie młodych wiekowo, lecz politycznie zużytych kombatantów spod znaku wygnanego cesarza ze Świętej Heleny. Ich ustrój sam się zdemontował. Funkcjonariusze aparatu do jego obsługi zostali na lodzie. Sprytni z nich próbowali wymienić kompetencje biurokratyczne na udziały własnościowe, czasami wznosząc się na wzbierającej fali kapitalistycznej transformacji, ale i nieraz ginąc pod jej uderzeniem. Inni – albo nawet ci sami – montowali szalupy do przepłynięcia ku brzegom nowej rzeczywistości. Jak już się na nie wgramolili, machali rozpaczliwie rękami, błagając o zabranie na statki lepszej klasy. Tadeusz Fiszbach (był taki sygnatariusz Porozumień Gdańskich), dopóki mu się nie rozbiegła partia o nazwie PUS (!), przyłączył się jako trefniś do dworu Wałęsy. Od wielu lat krążą legendy o Kwaśniewskim i Siemiątkowskim, biegających mimo silnego zmęczenia po warszawskim osiedlu znanym jako Zatoka Czerwonych Świń (przepraszam, to naprawdę nie moja inwencja nazewnicza) i przechwalających się – wtedy jeszcze przedwcześnie – że lada moment będą w partii Michnika. Natomiast Oleksy, dla niewielkiej odmiany, bratał się z Kuroniem, zawierając z nim zakłady o butelkę whisky, czy Kiszczak, a potem Mazowiecki, przejdzie zwycięsko w Sejmie na urząd premiera. Takie były zabawy Onego roku, gdy o Balcerowiczu krążyły dopiero pierwsze słuchy.

Komu na linii działowej kariery przetrącono kręgosłup, ten i w jej dojrzałym stadium, zamiast godnie maszerować, będzie tylko pełzał. Tłumaczy to hańbiące sekrety kierownictwa SLD, z których Oleksy wyspowiadał się Gudzowatemu tylko w drobnej części. Po drodze, jednakże, ci ludzie spłaszczeni przez obroty historii stanęli na czele państwa. Nie mówiąc już o Kwaśniewskim, który odbył dwie pełne kadencje prezydenckie, także Oleksy zajmował bodaj wszystkie stanowiska, na których ambitnym politykom zależy. Zabawne, iż dotąd nie przemyśleli, czemu te w swoich najśmielszych snach nieoczekiwane dary zawdzięczają. Na swój użytek, powtarzają mantrę, że – w przeciwieństwie do dyletantów „solidaruchów” – umieją rządzić, ponadto zaś, znowu inaczej niż tamci, nie są ideologicznymi oszołomami.

Tutaj wtrącę uwagę osobistą. Przez dłuższy czas wolałem towarzystwo ludzi starego systemu niż nowego, ponieważ wydawało mi się, że ci pierwsi mniej kłamią i się puszą. Coś w tej intuicji może i było na rzeczy. Teraz widzę jednak, że pozbycie się wszelkich znaków orientacji moralnej wytwarza osobniki androidopodobne. Ktoś taki skłania swoją żonę do demonstracji takiego oddania Kościołowi, którego ze świecą szukać w Rodzinie Radia Maryja, zaś w kumpelskim gronie zabawia się tępą parodią papieskiego całowania ziemi. W rzadkich chwilach i wąskich obszarach, gdzie – zamiast być radarem panujących autorytetów – sam o sobie decyduje – zbiera zegarki. Tę jego hobbistyczną żyłkę wyczuwają biznesmeni podejrzanej konduity… Resztę rozgadał Oleksy. A co z tą większą sprawnością w rządzeniu? Kilka razy się ona – chociażby przy usuwaniu spustoszeń po czterech reformach rządu Buzka – może i zaznaczyła. Rutyna biurokratyczna z PRL się jednak wyczerpała, równocześnie zaś nadeszły nowe generacje menedżerskie.

Na prominentne postacie SLD rzadko kiedy, i to nawet w szczytowych okresach ich popularności, rzadko kiedy stawiało się ze względu na ich osobiste zalety. By na nie oddać głos, zmuszano się, żeby ignorować typowe u nich mijanie się z prawdą w niezliczonych, w tym bagatelnych szczegółach (jak sławetne wykształcenie Kwaśniewskiego). Miliony, które ich poparły, wybaczyły im jakoś nachalne zamazywanie i farbowanie od nowa swych biograficznych wizerunków. Serwilizm wobec nowych panów Polski i globu – chodzących czy to w biskupich sutannach, czy to w garniturach sekretarzy administracji z Białego Domu – też był do czasu jakoś przełykany. Naturalnie, wielu wybierało kandydatów socjaldemokratycznego sojuszu z przypadku lub kaprysu. Partia ta posiadała również, eksploatowane przez jej liderów do granic wytrzymałości, zaplecze najtwardsze, którego szeregi wbiły sobie do głowy, że naczalstwo – choćby już nie PZPR, tylko SLD – wie lepiej.

Mimo wszystko, ludzie czegoś od nich chcieli, skoro – wbrew tylu zniechęcającym oznakom – niejednokrotnie im zaufali. Ta uporczywa sympatia miała przypuszczalnie coś wspólnego z życiem po życiu PRL, które propaganda ich antykomunistycznych wrogów kazała im uosabiać. Na pewno jednak nie chodziło tu o wierność wobec historycznych źródeł lewicy bądź tym bardziej komunizmu, z którymi mało kto u nas odczuwa bliższą więź. Podejrzewam, że instynkt zbiorowy budował pewną zwodniczą analogię. Skoro Kwaśniewski, Oleksy i pozostali jakoś przeprawili samych siebie przez burzliwe wody transformacji – roiło się niewyraźnie w głowach – to może uda im się to samo z pewnymi dość szeroko uważanymi za sympatyczne stronami PRL, a więc spokojniejszym tempem życia zawodowego, łatwo dostępnymi wyjazdami wakacyjnymi, przychodniami i szkołami bez opłat?

Przypuśćmy, że na te oczekiwania nasi antybohaterowi odpowiedzieliby choć w drobnym procencie. Albo przynajmniej udawali, że to robią. Jeżeli bali się panicznie – rozjuszających prawicę – zestawień z PRL, to mogli trochę zmieniać kapitalizm polityczny. Przecież sami (Oleksy znowu bezcennym świadkiem), gdy tylko zawartość kilku kieliszków zaszumi w głowie, gardzą jego obecnym kształtem i swoim w nim udziałem. Z obu tych możliwości nie wykorzystali żadnej. Był czas, gdy mieli złoty róg. A co im się ostało? No nie, bez przesady. W obecnym systemie nie grozi gwałt na gardle ani nawet na własności. Oby Aleksander Kwaśniewski przestał histeryzować w ciągle go chętnie słuchających mediach, bo to już naprawdę niesmaczne. Domów mu nie zabiorą. A marsz w historyczną nicość – kto by się taką „ideologią” przejmował?

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie