Byt określa nieświadomość

·

Byt określa nieświadomość

·

Wiele już widziałem nonsensów na polskiej scenie ideowo-politycznej. Mało co w kraju nad Wisłą może zaskoczyć uważnego jej obserwatora. Polska wybija się na czoło dziwactw nawet w ogólnoświatowym mętliku, gdzie spotykamy takie cuda, jak lewicę wzywającą do bombardowań Belgradu, albo konserwatystów piętnujących przeciwników ślepego postępu technologicznego (choćby modyfikacje genetyczne roślin) jako zacofańców-oszołomów. Pomieszanie z poplątaniem w coraz mniej czytelnym świecie idei i form organizacyjnych zostaje u nas wzmocnione całym bagażem zaszłości historycznych. Dlatego też w Polsce obrzydliwie bogaty i cyniczny Urban, który dwie dekady temu uzasadniał jako rzecznik rządu strzelanie do robotników i morderstwa polityczne opozycji, jest dziś autorytetem lewicy. Natomiast konsekwentny socjaldemokrata i działacz robotniczej opozycji, Ryszard Bugaj, jest atakowany jako rzekomy stronnik konserwatystów i prawicy – tylko dlatego, że ową lewicowość Urbana i jego SLD-owskich kumpli kwestionuje.

Nie zmienia to faktu, że nawet w tym królestwie osobliwości zdarzają się istne cuda, a granica nonsensu jest rozciągana poza swoje, zdawałoby się, absolutne granice wytrzymałości. Właśnie pobity został kolejny rekord – Jacka Żakowskiego namaszczono na lewicowego intelektualistę. Celowo piszę „namaszczono”. Żakowski bowiem na wrażliwego społecznie myśliciela i komentatora wydarzeń pozuje już od kilku lat. Takich facetów jak on cechuje jedna stała cecha: zawsze wiedzą, z której strony wieje wiatr i zawsze potrafią się ustawić tak, aby wiał w ich plecy. Takoż i Żakowski, który od początku lat 90. przez dekadę wspierał neoliberalne reformy, wychwalał „transformację ustrojową” i gromił „postawy roszczeniowe”, od kilku lat głosi coś wręcz przeciwnego. Już neoliberalizm jest be, apoteoza wolnego rynku fe, zaś ich wyznawcy to zakute doktrynerskie łby, do których nic nie dociera.

Doktrynerski łeb Żakowskiego zmienił się w otwarty, subtelny umysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczywiście nie należy wiązać tej zmiany ani z krachem wiary w liberalizm w Polsce (przypieczętowanej m.in. wyborczym triumfem Samoobrony w wyborach 2001 r.), ani też ze zmianami w światowym obiegu idei, gdzie, mówiąc umownie, Stiglitz rozkłada dziś na łopatki Miltona Friedmana. Żakowski bez wątpienia przejrzał na oczy całkiem przypadkowo, w pełni samodzielnie i szczerze, żaden koniunkturalizm nie wchodzi tu w grę. I od kilku lat, dzięki temu nawróceniu, serwuje nam wywiady z zachodnimi myślicielami lewicowymi (zebrane następnie w książce, której tytuł – „AntyTINA” – kwestionuje liberalny konsensus) oraz liczne teksty i wystąpienia publiczne, w których nie tylko deklaruje się jako lewicowiec, ale i gromi innych – np. obecny rząd – za zbyt małą „prospołeczność”. Zapału w głoszeniu tej dobrej nowiny ma wiele – „neofita, bo polityk”, jak o kniaziu Jaremie śpiewał inny Jacek.

Oczywiście gdyby pies nazwał się kotem, niewiele by z tego wynikło w kwestii jego umiejętności miauczenia. Tak też i Żakowski ze swoimi lewicowymi autodeklaracjami jest groteskowy na tyle, by nie było potrzeby pastwić się nad nim, bo kto ma odrobinę rozumu i dobrą pamięć, ten się na ów spektakl nie nabierze, a temu, kto dał się nabrać – już raczej nic nie pomoże. Jednak cały problem polega na tym, iż Żakowskiego jako lewicowego intelektualistę postrzegają osoby, które podejrzewałem dotychczas o nieco więcej rozsądku. Oto w „Europie”, czyli intelektualnym dodatku do „Dziennika”, określił go w ten sposób Cezary Michalski, rozmawiając z Żakowskim m.in. o tym, jaki neoliberalizm jest zły i podły. Wiceredaktor pisma koncernu Axel Springer był przez lata jednym z moich ulubionych publicystów, zresztą jednym z niewielu polskich prawicowców (w sensie środowiska politycznego), którzy nie zachłysnęli się nabożną wiarą w liberalizm gospodarczy. Mógłbym oczywiście uznać, że tak, jak Żakowski skręcił w lewo, tak Michalski z jakiegoś powodu oszalał i kręci się w kółko, stąd jego opinia o Żakowskim. Ale to nie tak, nikt tu nie stracił rozumu, wszystko jest OK. Żakowski faktycznie jest lewicowym intelektualistą. Z obozu tej lewicy, której lewicowość przybiera postać nic nie kosztującej paplaniny – i niczego więcej.

Jello Biafra, lider punkowego zespołu Dead Kennedys, śpiewał przed laty, że „każdy może być poetą, każdy może być mordercą”. I tak samo każdy może być lewicowcem. Wystarczy poględzić nieco o tym, że globalizacja – ale tylko ta korporacyjno-kapitalistyczna – jest niesprawiedliwa, zacytować Chomsky’ego, potępić homofobię, pomstować na Rydzyka, Giertycha i Strasznych Braci Bliźniaków. I już. Oczywiście należy to czynić w gronie podobnych sobie, czyli na spotkaniu w warszawskiej knajpie, w uniwersyteckiej sali lub w redakcji „Krytyki Politycznej”. Niczego więcej do bycia lewicowcem nie potrzeba. I nic to nie kosztuje. Wręcz przeciwnie, jest dziś w środowisku medialno-salonowych gęgaczy o wiele, wiele bardziej modne i dobrze widziane niż opowiedzenie się za neoliberalizmem czy nie daj Boże „twardym” konserwatyzmem.

Co z takiej lewicowości wynika jednak dla tradycyjnego głównego podmiotu lewicowej refleksji, czyli dla tych, których można określić mianem wyzyskiwanych? Czy wywody Żakowskiego zmieniły coś na lepsze w ich życiu, choćby symbolicznie? Czy otrzymali z jego strony jakieś wsparcie, choćby najdrobniejsze? Czy choćby w niewielkim stopniu poświęcił się on dla ich dobra? Skądże. Żakowski po prostu ględzi – dziś ględzi lewicowo, tak jak wczoraj ględził neoliberalnie. Ględzi w sterylnym, bezpiecznym i komfortowym światku podobnych sobie lewicowców. Okazji do ględzenia ma wiele – przeróżne spotkania tego środowiska organizowane są wręcz taśmowo. Jakże często on i jemu podobni „zmieniają świat na plus” – szkoda tylko, że ów świat tego nie zauważył, oczywiście w przeciwieństwie do salonowego światka.

Na lewicy jest wiele podziałów. Sam często krytykowałem inicjatywy, które cechuje fiksacja „obyczajowa”. Czyli uważają, że w kraju peryferyjnego kapitalizmu, w państwie dosłownie rozjechanym neoliberalnym walcem, kluczowe problemy lewicy to zajmowanie się histerycznymi wywodami gejów i lesbijek, aborcją i parytetem płci. Osobną kategorię inicjatyw, którym dostawało się ode mnie, stanowią różne środowiska nostalgików PRL-u, przekonanych, że lewicowa polityka polega(ła) na wysyłaniu czołgów na strajkujących, wagonów pełnych półdarmowego węgla do ZSRR, a „syjonistów” do Izraela. Trzecia grupa moich „ulubieńców” to ci, którzy wzdychają za Trockim i Leninem, wyciągając z historii wnioski dokładnie odwrotne niż nakazywałby rozsądek.

Jednak przy całym krytycyzmie wobec takich postaw i wyborów, znam wśród ich adeptów sporo osób, które szanuję za autentyczne zaangażowanie. Jestem przeciwko aborcji, PRL-owi i Trockiemu, wielokrotnie zaś ich zwolennicy atakowali mnie bez pardonu – ale mimo tych różnic czy konfliktów potrafię docenić ich zaangażowanie w społeczny „konkret”, nierzadko kosztem sporych poświęceń i osobistych wyrzeczeń. W efekcie ze zwolenniczkami aborcji mogę współpracować w kwestii np. dowartościowania pracy domowej kobiet, z miłośnikami PRL-u w obronie praw pracowników, a z trockistami protestować przeciwko prywatyzacji służby zdrowia. W tym sensie „nie ma wroga na lewicy” – tej, która nie ogranicza swej lewicowości do salonowego ględzenia.

Oczywiście można uznać, że intelektualiści są od myślenia, nie zaś od organizowania demonstracji, wzniecania strajków czy tworzenia spółdzielni socjalnych. Co prawda, takim lewicowym intelektualistom, jak Abramowski, Żeromski czy Thugutt korona z głowy nie spadła, gdy oprócz myślenia, mówienia i pisania napracowali się w mniej wdzięczny i bardziej wyczerpujący sposób, pośród tego ludu, którego interesy reprezentowali na płaszczyźnie teoretycznej. Co prawda, także dziś wśród różnych lewicowych grup można spotkać osoby łączące działanie z teoretyzowaniem, często robiące to ostatnie na poziomie znacznie wyższym niż Żakowski, którego teksty to popłuczyny po tej części zachodniej myśli lewicowej, która uwiła sobie wygodne gniazdko w medialnym establishmencie.

Ale przyjmijmy, że wraz z rozwojem podziału pracy myśliciele wyspecjalizowali się w myśleniu i tego od nich oczekujemy. Problem w tym, że Żakowski i jego środowisko zawodzą na całej linii także w tej kwestii. Taki Marks czy choćby Bebel, jako lewicowi myśliciele potrafili bez pardonu naruszać kapitalistyczny konsens, dotkliwie kąsać ówczesne „myśli klasy panującej”, mobilizować swoimi słowami „wyklęty lud ziemi” do walki. Dzisiejsze ględzenie Żakowskiego nie tylko jest całkowicie oderwane od społecznej praktyki, zamknięte w czterech ścianach getta odizolowanego od społeczeństwa. Ono jest także pozbawione jakiegokolwiek ostrza, mdłe i w gruncie rzeczy konformistyczne, bez żadnego trudu przedzierające się w intelektualny krwiobieg liberalnego establishmentu, bo też w niczym nie zagraża jego interesom.

Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że dzisiejszy porządek jest tak elastyczny, iż „wchłania” swych wrogów i „roztapia” ich krytykę, asymiluje ją, żywi się buntem. Dzieje się tak bowiem tylko wówczas, gdy istnieje przyzwolenie ze strony adeptów takich postaw. „System” wchłonie wywody Żakowskiego o tym, że neoliberalizm jest „niesprawiedliwy”. Ale zarazem wydali ostry, klasowy głos, wyrażający lewicowe żądania, które określi mianem „populizmu”. „System” wchłonie – choćby w postaci publikacji w „Wyborczej” czy „Przekroju” – bardzo radykalne teoretyczne wywody Naomi Klein. Ale wydali, to znaczy na tych samych łamach potępi, realną i skuteczną politykę antyneoliberalną w wykonaniu Hugo Chaveza. „System” jest otwarty na uniwersyteckie debaty, podczas których jeden z pięciu uczestników-profesorów zakwestionuje sens napaści USA na Irak. Ale jednocześnie z tejże uniwersyteckiej sali wyrzuci przy pomocy policji tych, którzy wprost mówią, kto i dlaczego ma na rękach krew irackich cywilów. „System” zaakceptuje romantyczną legendę Jacka Kuronia, który podobno na łożu śmierci zrozumiał, że rozdawanie bezrobotnym zupy-jałmużny to „nieco” za mało jak na politykę prospołeczną. Ale ten sam „system” skaże na zapomnienie lub opluje lidera lewego skrzydła pierwszej „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, który już w roku 1990, a więc kilkanaście lat przed „myślicielem” Kuroniem, wskazywał na łamach niskonakładowego „Poza Układem” niebezpieczeństwa związane z neoliberalizmem i ich przewidywane skutki. „System” da program telewizyjny Sławomirowi Sierakowskiemu, nawet jeśli będzie to telewizja ponoć opanowana przez konserwatystów. A jednocześnie w tej samej publicznej telewizji, nawet gdyby akurat była rządzona przez lewicę, pokażą Piotra Ikonowicza najwyżej przez 10 sekund, oczywiście tak, żeby wyszedł na bezrozumnego, krzykliwego szaleńca. I tak dalej.

Bo „systemowi” jest na rękę taka lewica, jaką prezentuje Żakowski i spółka. Lewica zasymilowana towarzysko i koteryjnie, która nie tylko nie podniesie ręki na swoich kolegów, zajmujących w tymże systemie poczesne miejsca, ale w razie faktycznej rewolty będzie ich broniła jak lew. Lewica związana z nim przepływami gotówki na konto, czyli jak najbardziej interesowna i zadowolona z subtelnego układu zależności z liberałami, a zwłaszcza z ich sponsoringu. Lewica przede wszystkim nieświadoma, o co i jak toczy się gra, bowiem zupełnie oderwana od rzeczywistości. Taka lewica, która poprze bunt uczniów przeciwko prawicowemu ministrowi Giertychowi, ale nie kiwnie palcem w kwestii edukacyjnych szans młodzieży z biednych warstw społecznych. Poprze również protest pielęgniarek, bo odbywa się on przeciwko prawicowemu rządowi, ale jednocześnie nie zauważy, że ów protest idealnie wpisuje się w proponowany przez lobby lekarskie scenariusz prywatyzacji służby zdrowia. Czasem „odkrywczo” oznajmi też, że w Skandynawii jest cudowny socjal i rozwój ekonomiczny zarazem, ale nie zauważy, że nordycki prospołeczny model gospodarki powstał na gruncie silnej kultury wspólnotowej oraz etosu skromności i obowiązków, czyli dokładnie tego, co jest przedmiotem nieustannych ataków ze strony dzisiejszej nowolewicowej klasy próżniaczej, oburzonej na „represyjność” i żądającej wyzwolenia wszystkich ze wszystkiego. Innym razem oburzy się, że Dolina Rospudy ma być przecięta – oczywiście z woli prawicowego rządu – drogą ekspresową, ale nie zaprotestuje przeciwko obłędnej polityce transportowej kolejnych rządów, która polega na wydatkowaniu ogromnych kwot z budżetu na tranzytowe autostrady i jednoczesnym obcinaniu dotacji na regionalne połączenia kolejowe czy remonty dróg lokalnych.

Taka lewica wie, że dzwonią, ale nie ma pojęcia, w którym kościele. Jej aktywność, choćby największa, toczy się bowiem w czterech ścianach kryształowego pałacu, którego izolacja skutkuje nieświadomością medialno-uniwersyteckich „bojowników”. Nie ma potrzeby, aby odmawiać im miana lewicy, na to już zresztą za późno. Należy jednak – dla dobra lewicy, jej ideałów i ich beneficjentów – z hukiem rozwalić ten kryształowy pałac. Dziś w odrodzeniu autentycznej, konsekwentnej lewicy nie przeszkadza wcale dominacja neokonserwatywnej prawicy. Przeszkadza w tym dziele natomiast „upupienie” wizerunku, refleksji ideowej i struktur organizacyjnych środowisk lewicowych przez Żakowskiego i jego koleżków. Dylemat lewicy na najbliższą przyszłość jest taki: kryształowy pałac dla Żakowskiego i spółki czy „szklane domy” dla wszystkich.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie