Na śmierć rewolucji moralnej

·

Na śmierć rewolucji moralnej

·

Prokuratura definitywnie zrezygnowała z tropienia mocodawców Lwa Rywina, którzy wysłali go do siedziby spółki Agora. Zaraz, zaraz… Nazwę Agora jeszcze od biedy się kojarzy, ale… Kto to był Lew Rywin? Jego afera upodobniła się już pod względem aktualności do bitwy na Psim Polu. Idąc tym tropem, samego Rywina można by porównać do któregoś z margrabiów brandenburskich, wielkich mistrzów krzyżackich czy piastowskich książąt dzielnicowych. Wydarzenia – w dzisiejszej perspektywie ich odbioru – szybko przenoszą się do archaicznej prehistorii.

Archeolog, któremu zechciałoby się odkopać ślady Rywina i jego afery, łatwo jednak odczytałby z nich stosunkowo dokładny zarys czasów późniejszych – aż do chwili obecnej. W trakcie pierwszej z tak licznych potem sejmowych komisji śledczych i prasowo-ekranowej kampanii przeciw domniemanemu trójkątowi korupcyjnemu z wierzchołkami na Rozbrat, Ordynackiej i w pałacu prezydenckim, Rzeczpospolitą trzęsło solidnie. Lecz jej krajobraz – rzecz ciekawa – aż tak bardzo od tego się nie odmienił.

Cieszą się z tego prominentne postacie minionego sezonu, które w końcu uniknęły ławy oskarżonych dla grup trzymających władzę. Ich strach z pierwszych miesięcy po wyborczym zwycięstwie PiS, o którym Józef Oleksy sugestywnie opowiadał Aleksandrowi Gudzowatemu, miał na tyle wielkie oczy, że wyolbrzymił niebezpieczeństwo. W ogóle, jak na kraj, gdzie przez lata bito pianę propagandy antykorupcyjnej, procesów przeciwko nielegalnie wzbogaconym politykom z czołówki odbyło się nie więcej, niż na lekarstwo. Akurat Roberta Kwiatkowskiego, Włodzimierza Czarzastego i resztę podejrzanych o sterowanie Rywinem, państwowe urzędy śledcze musiały zostawić w spokoju. Jeśli nawet planowali oni, przeprowadzone na granicy legalności, prywatyzację II Programu TVP i wygranie przetargu na Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, to ostatecznie wolno im było robić te i wiele innych rzeczy. Przypuśćmy, że komuś wpadnie do głowy, żeby – nawiązując poufne kontakty i awansem wypłacając prowizje – wejść w posiadanie Białego Domu lub chociaż Wall Street. O ile tylko z chmury tych knowań nie spadnie ani kropla deszczu – a tak właśnie, czyli bezpłodnie spełniły się plany z Rywinem jako pośrednikiem – wymiar sprawiedliwości nie będzie miał tutaj nic do powiedzenia.

Mimo to, nie mają racji twardzi zwolennicy SLD, którzy triumfują, że „solidurnowaci” szeryfowie nie potrafili dopaść ich faworytów. Partia, której są wierni, wyszła cało z fali ataków – lecz, w szerszej kalkulacji politycznej, co jej z tego przyszło? Została chyba nieodwracalnie zdegradowana do drugiej ligi. Nawet status koalicyjnej przystawki mieści się dla niej za wysoko.

Mniejsza o prawny wymiar historii Rywinowych. W ich efekcie, okazało się wszem i wobec, iż kierownicze gremia formacji zwanej lewicą – oraz tuzy finansowe z ich zaplecza – wykorzystują swoją pozycję w polityce do robienia interesów. Ale taki banalny występek byłby do wybaczenia. Tymczasem, dowiedzieliśmy się nadto, że interesy stanowiły całą właściwie treść polityki w III RP. Socjaldemokratyczny sojusz, który przez wiele lat tą państwowością współrządził, tworzył dekoracyjną nadbudowę do udziałów w tak pojętej bazie.

Janusz Reykowski był raczej dekoracyjną postacią w składzie ostatnich biur politycznych PZPR i w negocjacjach Okrągłego Stołu. W nowym ustroju poradził sobie lepiej, zostając szefem i współwłaścicielem chyba najbardziej dochodowej ze stołecznych szkół prywatnych. Nie posiada on jednak umiejętności cudotwórczych, dzięki którym mógłby powiedzieć trupowi: Wstań i pójdź. O czym mowa w jego raporcie o potrzebie unowocześnienia formuły SLD i całego LiD-u? O tym, zdaje się, iż lewica roszczeniowa odchodzi do lamusa. Warto doprecyzować, o jakie roszczenia chodzi. Rodziców studentów dziennych i studentów zaocznych, którzy gdzieś tam pracują, wobec najmujących ich przedsiębiorców? Te na pewno są nie na miejscu. Ale jeśli kanclerz szkoły wyższej urości sobie, żeby ci sami studenci płacili wyższe czesne? Wówczas Reykowski ze swym zespołem ekspertów socjaldemokracji pewnie z nim się zgodzi.

Jeszcze żałośniej prezentują się występy ideowego odłamu młodszego pokolenia socjaldemokratów. Można je porównać do szminkowania rozkładających się zwłok. Trzeba na nowo odkryć konflikt klasowy i uplasować się w nim po stronie grup wykluczonych? Tak, naturalnie, rozumiemy, że etykieta ideowca, która kiedyś w kręgach SLD-wskich ośmieszała, teraz pomaga w nich awansować.

Widocznie opatrzność historyczna czasami pozbywa się sprytnie swoich petentów, spełniając ich najgorętsze życzenia. Personalna czołówka socjaldemokracji uratowała swoje miejsce wśród socjalno-majątkowej arystokracji Rzeczypospolitej. Ale ze sceny wielkiej polityki nieodwracalnie zniknęła.

Gdy jednych spychano z forum, inni na nie wkraczali, rozpychając się łokciami. Dzięki popisom jego posiadacza w komisji rywinowskiej, kapelusz Jana Rokity musieli podziwiać wszyscy klienci kiosków z prasą. Eksploatując tę samą okazję, do pierwszego szeregu przedarł się anonimowy wcześniej Zbigniew Ziobro. Rokitę zadowoliłaby chyba wymiana u steru rządów, w której ostatecznym rezultacie premier pochodziłby z Krakowa. Jego kolega z komisji, który pytał i śledził jeszcze gorliwiej, wyrażał wszakże projekt sięgający znacznie głębiej. Zgodnie z nadziejami Ziobry, aferalny mediator Rywin miał mimowolnie odegrać rolę Samsona. Nad ruinami obalonej przezeń konstrukcji III Rzeczypospolitej rysowała się wizja nieporównanie czystszego państwa z nowym numerem.

Zmądrzawszy o doświadczenia ostatnich lat, w samych początkach ogłoszonej z biciem dzwonów rewolucji moralnej dostrzega się zapowiedź jej nieuchronnej klęski. Ziobrze i jego towarzyszom walki zbyt łatwo wykreślały się, na papierze i w słowach, sieci pajęczych powiązań Rywina z gabinetami szefa rządu, prezesa telewizji publicznej i wreszcie prezydenta. Znamienne, iż w postępowaniach prokuratorskim i sądowym prawie nic z tych Holmesowskich dedukcji się nie potwierdziło. Z przygotowaniem i metodami Ziobry można byłoby rozegrać grę komputerową według filmu o Eliocie Nessie i pogromie mafii chicagowskiej przez jego brygadę nietykalnych. Do chirurgicznego zabiegu uzdrowienia państwa nadawały się one znacznie gorzej.

Nieprzypadkowo Ziobrze nie powiodło się przymusowe sprowadzenie Edwarda Mazura z ziemi amerykańskiej do Polski. Niewykluczone, iż Mazur znalazł protektorów, którzy uchronili go przed koniecznością wyjawienia sekretów zamachu na generała Papałę, odwdzięczając mu się za dawne usługi dla swojego wywiadu. Sąd w USA odrzucił jednak wniosek, który przesłali mu prawnicy Ziobry, ponieważ doszukał się w nim multum uchybień proceduralnych. Trudno nie dopatrywać się tutaj konsekwencji szerszej prawidłowości. Miejscowym naśladowcom Komitetu Ocalenia Publicznego z rewolucyjnej Francji lepiej wychodziło konferowanie niż ściganie.

Gdyby nawet działali sprawniej, nawet wtedy nie osiągnęliby swoich celów. W ich przeświadczeniu, powinien być systemem zasadniczo zdrowym. Jeżeli coś w nim szwankowało, to winne temu musiało być obce ciało o postkomunistycznym pochodzeniu. Tym samym jednak, polując na komórki rakowatego układu, walczyli z objawami, a nie powodami patologii.

Dowodzi tego stosunek PiS-owskich rewolucjonistów moralnych do obszaru mediów prywatnych, gdzie przecież zaczęła się afera Rywina, której wybuch wyniósł ich na orbitę. Istotą tego incydentu – do czego zawsze warto wracać – nie była oferta korupcyjna, jaką biznesmen filmowy złożył swemu koledze z wielkiej gazety. Szło w niej o postawienie się spółki medialnej ponad państwem. Agora zażyczyła sobie, żeby aparat władzy ustawodawczej, a nawet sądowniczej, odrąbał ręce, które podniosły się przeciw jej zamysłom kupienia telewizji Polsat.

Lewica do tego stopnia przestraszyła się Agory, że rozpoczęła – ślimaczącą się do dzisiaj – pierestrojkę pod jej dyktando. Inaczej – odnosi się wrażenie – postąpiły bardziej od niej bojowe oddziały prawicy. Powstrzymując szarżę Michnika, surowo go otrzeźwiły. W trakcie rywinaliów, ich główny tak naprawdę bohater, jakim był charyzmatyczny szef „Gazety Wyborczej”, utracił wiele ze swej pozycji i renomy. Tych ubytków – mimo prób patronowania, ze swojej nadbałtyckiej św. Heleny – heroikomicznym bojom, przeciw „autorytarnemu” i na dokładkę „policyjnemu” państwu PiS-u – już nigdy nie wyrównał.

Dlaczego jednak – odświeżona, gdy idzie o nazwiska, koterie i hasła – elita władzy Rzeczypospolitej wylała kubeł zimnej wody na głowę „nadprezydenta” z okresu dwóch kadencji Kwaśniewskiego? Z próby dorobienia racji ideologicznych do jej antymichnikowskich urazów, jaką podjął Rafał Ziemkiewicz, dowiemy się dużo o, faktycznym czy wyolbrzymionym, przyjacielskim nastawieniu Michnika do postkomunistów. A gdyby Michnik forsował swoje rozumienie zasady, iż prywatne powinno stać ponad państwowym, którego karty odsłonił podczas Rywino-afery, wołając równocześnie o dekomunizację, lustrację i restytucję suwerenności? Wtedy wszystko byłoby w najlepszym porządku?

Zauważało się z trudem, aby rządzący PiS, któremu w deklaracjach tak zależało na umocnieniu państwa – również i zwłaszcza wobec „oligarchii” – zatroszczył się poważniej o siłę i jakość mediów publicznych. W zastąpieniu jakobina (a może nawet hebertysty) Bronisława Wildsteina przez termidorianina Andrzeja Urbańskiego trudno doszukiwać się przejawu głęboko obmyślanej strategii.

Nieczęsto opłaca się przeglądać blogi mniej lub bardziej znanych osób publicznych, lecz sporadycznie znajdzie się tam coś ciekawego. Maciej Strzembosz, któremu nie brakowało okazji do zdobycia orientacji na rynku medialnym, próbował na swoim blogu otrzeźwić powierzchownych wrogów michnikowszczyzny w stylu Ziemkiewicza. Podział RSW Prasa-Książka-Ruch, na którym uwłaszczyła się pokonana konkurencja Agory ze świętej pamięci „Życia Warszawy” czy „Ekspresu Wieczornego” – przyznaje on bez ogródek – „był kaprawy”. Inaczej mówiąc, Agora grała nieczysto, ale jej przeciwnicy też mieli swoje obciążenia. Tyle, że ich pula na wejściu – i, w związku z tym, zyski – okazały się o szereg rzędów mniejsze. Gdyby klęska Michnika nastąpiła wcześniej, to – być może – realnie monopolistycznym organem prasowym stałaby się, dajmy na to, gazeta codzienna Tomasza Wołka. Bardziej zasadnicza rewolucja by nie nastąpiła.

Jeszcze później, lokalna rywalizacja obozów o – wbrew pozorom – dość zbliżonych założeniach ideowo-programowych i odpowiadających im strategiach, wtopiła się w znacznie bardziej uniwersalny kontekst stosunków własnościowych. Kapitał mediów prywatnych ma źródła – w efekcie zaś, gwarancje bezpieczeństwa – daleko poza krajem, którego ugrupowania polityczne mogłyby swoimi rewolucyjnymi zamysłami go co najwyżej rozbawić. Dzieje się raczej tak, że to partie władają z jego nominacji.

Zmiany z ostatnich lat polegają głównie na tym, że Agora – jak starożytne Ateny, z których wypożyczyła nazwę – dysponowała swoim monopolistycznym imperium. Natomiast obecnie mamy do czynienia raczej z oligopolem kilku względnie równorzędnych partnerów. Jak podczas wyprawy siedmiu miast przeciw Tebom? Albo w epoce świetności włoskich republik kupieckich, które u schyłku średniowiecza kupowały sobie monarchie, a nawet cesarstwa?

Naszkicowany stan rzeczy przesądza, iż wszelkie wyobrażenia o rewolucyjnej zmianie stosunków w Polsce trzeba będzie przekazać następnym pokoleniom.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie