Przedszkole dla (nie) każdego!

Z rozmawia ·

Przedszkole dla (nie) każdego!

Z rozmawia ·

(ur. 1978) – przyrodnik, z zainteresowaniem i sympatią spogląda na tzw. hipotezę Gai, autorstwa Jamesa Lovelocka. Lubi przemieszczać się przy użyciu własnych sił, stąd rower i narty biegowe są mu nieocenionymi przyjaciółmi. Miłośnik tego, co lokalne i nieuchwytne, czego nie da się w prosty sposób przenieść w inne miejsce. Każdą wolną chwilę spędza na łonie Natury. Dumny ojciec Olafa.

Komisja Europejska chce, by do 2020 r. 95% dzieci między 3. a 5. rokiem życia chodziło do przedszkoli. Ministerstwo Edukacji szacuje, że aby tego dokonać, trzeba będzie w nich stworzyć dodatkowe 250 tys. miejsc oraz wygospodarować kwoty rzędu 3 mld zł rocznie. Sytuację dla „Obywatela” komentuje dr hab. Marta Zahorska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badająca m.in. zjawisko nierówności edukacyjnych.

Według danych resortu edukacji, w Polsce nauką przedszkolną objętych jest zaledwie 60% potencjalnych przedszkolaków.

Marta Zahorska: Rzeczywistość jest jeszcze mniej optymistyczna: do przedszkola chodzą głównie dzieci starsze, powyżej 4. roku życia, natomiast spośród czterolatków – zaledwie 40% i to w większości w miastach. Średnia dla Unii Europejskiej wynosi powyżej 60%, w niektórych krajach do przedszkoli chodzi nawet 100% dzieci. Także jesteśmy daleko z tyłu.

Jakie mamy szanse, by osiągnąć owe 95%?

M.Z.: Kluczowa jest odpowiedź na inne pytanie: jakie dzieci nie chodzą obecnie do przedszkola?

Są w Polsce dzieci w wieku przedszkolnym określane mianem „niewidocznych”. Część dzieci, zwłaszcza mieszkających na wsiach czy w biedniejszych dzielnicach, rzadko poddawana jest opiece lekarskiej. Ponieważ wiele z nich jednocześnie nie chodzi do przedszkola, ich diagnozowanie zaczyna się dopiero, kiedy trafią do zerówki lub szkoły, a wtedy jest dużo za późno z punktu widzenia wyrównywania różnych dysfunkcji. Bo jak mamy je wyrównywać, kiedy żąda się od dziecka, żeby już pisało czy też rysowało? Pojawia się szok szkolny, czy zerówkowy. Brak instytucjonalnej opieki skutkuje tego rodzaju zaniedbaniem małych dzieci, a rozwój młodego człowieka silnie zależy od tego, co się z nim dzieje od momentu urodzenia do chwili ukończenia 5 lat. Mamy więc w Polsce bardzo przykrą i złą sytuację.
Wniosek z tego taki, że wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest wcale najważniejsze, by objąć wszystkie dzieci wychowaniem przedszkolnym. Dużo ważniejsze jest uruchamianie programów wyrównujących szanse dzieci żyjących w złych warunkach. Gdybym rządziła, to przede wszystkim włożyłabym moc środków w dzieci wychowujące się w najgorszych warunkach kulturowych i materialnych. Dzieci rodziców z klas średnich, nawet te nie uczęszczające do przedszkola, chodzą na różnego rodzaju zajęcia, mają kontakt z rodzicami, którzy jako tako sobie radzą z ich wychowaniem. Tyle, że rodzice z klas średnich to silna grupa nacisku, która zabiega o dostępność przedszkoli. Rodzice wiejskich dzieci takiej grupy nie stanowią.

Stworzenie możliwości rozwoju rodzinom żyjącym w gorszych warunkach, o niskim kapitale kulturowym, to wyzwanie numer jeden. Należy inaczej rozłożyć akcenty, bo objęcie wszystkich dzieci opieką przedszkolną może skutkować „równą nierównością”. Dlatego mnie nie interesuje, czy wypełnimy zalecenia Unii i osiągniemy te 95%, co swoją drogą byłoby dobre. Przy ograniczonych środkach raczej bym stosowała inną taktykę, o której już powiedziałam. Niestety boję się, że program obejmie głównie te dzieci, których rodzice potrafią wywrzeć presję na to, żeby tę opiekę im zafundować.

Przedszkola są częściowo odpłatne. Dla uboższych, o których Pani mówi, stanowią luksus.

M.Z.: Dlatego stawiałabym na bezpłatną opiekę. Zgodnie z ideologią powtarzaną przez władze i Kościół, mamy dbać o dziecko od poczęcia, natomiast nie mamy programów opieki nad kobietami w ciąży (lub są one odpłatne), a opieka nad świeżo urodzonym dzieckiem jest często iluzoryczna. Paradoks polega na tym, że właśnie wśród ubogich rodzi się najwięcej dzieci. Jeśli się nimi nie zaopiekujemy, niedługo będziemy mieli połowę społeczeństwa bardzo źle przygotowaną rozwojowo, edukacyjnie i zdrowotnie. Nasz „kapitał ludzki” będzie kiepskiej jakości.

Są regiony Polski o bardzo niskim zagęszczeniu mieszkańców oraz niekorzystnych warunkach komunikacyjnych, jak Bieszczady czy Suwalszczyzna. W ich przypadku dochodzi problem z dostarczaniem dzieci do placówek edukacyjnych.

M.Z.: Tam zwykłe przedszkola się nie sprawdzą. Muszą tam powstawać tzw. ruchome przedszkola – takie, które same docierają do dzieci. Na podobnych zasadach powinna tam funkcjonować instytucja opiekunki, która powinna się zajmować i wspomagać rodziny z dużą ilością dzieci: to ona musi się co jakiś czas pojawiać w domach i edukować matki. Taki rodzaj wędrujących przedszkoli i żłobków próbuje się tworzyć zwłaszcza w krajach o nierównomiernym zaludnieniu, szansą są także małe przedszkola, swego czasu nazywane alternatywnymi. Są one organizowane w dalej położonych wsiach, chodzi do nich tych kilkoro dzieciaków z danej miejscowości. Obecnie koszty funkcjonowania takich placówek w większości pokrywają granty zdobywane przez różne fundacje, a tylko część wydatków pokrywa samorząd. Niestety, często z chwilą zakończenia realizacji grantów, likwiduje się te placówki. Dlatego powinny istnieć specjalne subwencje dla gmin na edukację przedszkolną. Warto pamiętać, że wydatki na edukację maluchów to nie koszty, a inwestycja. Amerykanie szacują, że zwrot z jednego dolara wydanego w tym wczesnym okresie życia na przedszkola jest siedmiokrotny.

Rozmawiał Konrad Malec, 20 stycznia 2010 r.

Dział
Wywiady
komentarzy
Przeczytaj poprzednie