Potrzebny nowy Mielczarski

Potrzebny nowy Mielczarski

Niestety, prawdopodobnie 2011 będzie równie tragiczny dla drobnych handlowców. Zdaniem ekspertów największym zagrożeniem dla tradycyjnego handlu są sieci dyskontów: Biedronka, Lidl, Netto czy Aldi. Błyskawicznie rosną, otwierając w sumie ponad 200 lokali rocznie, często w coraz mniejszych miejscowościach, gdzie nikt nie jest w stanie z nimi konkurować. Dla porównania – liczba osiedlowych sklepików spada w tym czasie o kilka tysięcy.

Jednak mimo olbrzymich strat po stronie drobnych przedsiębiorców, małych sklepów w Polsce jest wciąż najwięcej w Europie. W ostatnich latach ich udział oscylował wokół 50 proc. rynku, ale zdaniem Euromonitora w 2014 r. spadnie do ok. 32 proc. Za główną przyczynę takiego stanu rzeczy uznaje się kryterium cenowe. Z badania cen koszyka 20 produktów przeprowadzanego przez firmę Nielsen dla „Rz” wynika, że w małych sklepach zakupy są wciąż najdroższe. Za te same popularne produkty zapłacimy w nich średnio o 27 proc. więcej niż w najtańszych dyskontach.

Szansą dla małych sklepów jest specjalizacja. Coraz lepiej mają się punkty handlowe oferujące produkty regionalne, czy ekologiczne. Nadzieją jest dla nich także wzrost świadomości kupujących oraz zmiana nawyków konsumenckich.

W tym kontekście warto przypomnieć dorobek polskiej przedwojennej spółdzielczości spożywców, która tworzyła własne „dyskonty” z tanimi i dobrymi towarami, dzięki czemu konsument nie musiał tak jak obecnie wybierać pomiędzy niższymi cenami u antypatycznych molochów, a dotowaniem sympatycznego, ale anachronicznego „zapyzialstwa”.
_____

O wysokim koszcie niskich cen czytaj w numerze 48 „Obywatela”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pracodawcy robią, co chcą

Pracodawcy robią, co chcą

Sąd Rejonowy w Elblągu umorzył postępowanie w sprawie złośliwego niewypłacania pensji przez właścicieli cukierni, mimo że dysponował opinią grafologa, która potwierdzała fałszowanie listy płac przez pracodawcę. Pracodawca z Krosna nie wypłacił pracownikom należnych wynagrodzeń w kwocie 17,8 tys. zł. Nie stawiał się w siedzibie firmy, gdy inspekcja pracy miała zjawić się na zapowiadaną wcześniej kontrolę, nie upoważnił żadnego pracownika do reprezentowania go podczas nieobecności, uporczywie unikał kontaktu z inspektorem pracy i nie odbierał kierowanej od niego korespondencji. W takiej sytuacji inspektor złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa udaremniania kontroli i uporczywego łamania praw pracowniczych. Prokurator zawiesił jednak dochodzenie w tej sprawie. W sierpniu tego roku sytuacja się powtórzyła. Pracodawca nie wydał świadectwa pracy i nie wypłacił pracownikom ekwiwalentu za urlop. Znowu unikał spotkania z inspektorem, nie udostępnił dokumentacji i nie stawiał się na wezwania. PIP znowu złożyła zawiadomienie do prokuratury. Firma, która od ponad roku łamie prawa pracowników, nadal funkcjonuje.

To niestety nie jedyne przykłady tego typu nieuczciwych praktyk. W okresie od stycznia do listopada 2010 r. PIP złożyła 1082 zawiadomienia do prokuratury, na podstawie których prokuratorzy wnieśli do sądu jedynie 70 (!) aktów oskarżenia, z czego tylko 12 spraw zakończyło się ukaraniem pracodawców (stan na 13 grudnia 2010 r.).

33% spośród inspektorskich zawiadomień dotyczyło udaremniania lub utrudniania pracownikom PIP wykonywania czynności służbowych, 25% – złośliwego lub uporczywego naruszania praw pracowniczych, 13% – fałszowania dokumentów lub poświadczania nieprawdy, 12% – narażania pracowników na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. 
Pomimo tego, że powyższe cztery kategorie zgłoszeń podlegają kodeksowi karnemu, prokuratorzy odmawiali wszczęcia postępowania lub je umarzali, tłumacząc się zwykle brakiem wystarczających dowodów do sporządzenia aktu oskarżenia, niską społeczną szkodliwością czynów (sic!) czy nieumyślnym zachowaniem pracodawców.

W najbliższym czasie zapaść ma wyrok w toczącej się od 6 lat sprawie Tomasza Jochana, tragicznie zmarłego pracownika łódzkich zakładów Indesitu. Szerzej o sprawie – w naszym artykule.

Zdrowie pod młotek

Zdrowie pod młotek

Przypomnijmy: jak dotąd, według rozporządzenia ministra skarbu państwa z dn. 8 października 2008 r., z procesu prywatyzacji uzdrowisk wyłączonych było siedem placówek, które miały pozostać własnością państwa, aby zagwarantować obywatelom powszechny i równy dostęp do terapii uzdrowiskowej, będącej integralną częścią systemu ochrony zdrowia.

W ubiegły wtorek w trakcie II czytania kompleksowego projektu nowelizacji ustawy, posłanka Platformy Obywatelskiej Danuta Pietraszewska w imieniu Klubu Parlamentarnego PO zgłosiła poprawkę zakładającą uchylenie w nowej wersji ustawy opisanego zapisu.

Pomimo sprzeciwu obecnej na posiedzeniu wiceprzewodniczącej OPZZ Wiesławy Tarnowskiej, uchylenia poprawki nie udało się przegłosować. Głosami 24 „za”, 23 „przeciw”, przy 1 wstrzymującym się – przyjęto poprawkę zakładającą włączenie „chronionych” dotąd uzdrowisk w proces prywatyzacji.

Obecnie projekt ustawy oczekuje na III czytanie, które planowane jest na następne posiedzenie Sejmu. Jest jeszcze szansa na odrzucenie ww. poprawki na sali plenarnej przed ostatecznym uchwaleniem ustawy.

Oto wykaz uzdrowisk nie podlegających jak dotąd prywatyzacji:

1. „Uzdrowisko Busko-Zdrój” SA z siedzibą w Busku-Zdroju,
2. „Przedsiębiorstwo Uzdrowisko Ciechocinek” SA z siedzibą w Ciechocinku,
3. „Uzdrowisko Kołobrzeg” SA z siedzibą w Kołobrzegu,
4. „Uzdrowisko Krynica-Żegiestów” SA z siedzibą w Krynicy-Zdroju,
5. „Uzdrowisko Lądek-Długopole” SA z siedzibą w Lądku-Zdroju,
6. „Uzdrowisko Rymanów” SA z siedzibą w Rymanowie-Zdroju,
7. „Uzdrowisko Świnoujście” SA z siedzibą w Świnoujściu.
_____

Tekst Konrada Malca na temat problemu prywatyzacji uzdrowisk przeczytać można tutaj.

Służba zdrowia, że zęby bolą…

Służba zdrowia, że zęby bolą…

Lekarze zarzucają Funduszowi, że oferowane stawki są zbyt niskie, by umożliwić im realizację usług (w innych województwach bywają wyższe), natomiast urzędnicy mówią o zmowie cenowej stomatologów i nie zamierzają ustępować. Nowy konkurs zostanie rozstrzygnięty (?) dopiero pod koniec lutego. Oznacza to w praktyce, że usługi dentystyczne w ramach publicznej służby zdrowia, w tym działalność gabinetów szkolnych, zostaną przywrócone najwcześniej w marcu. Gazeta pisze, że najboleśniej uderzy to w społeczności lokalne w powiatach przemyskim, jarosławskim, przeworskim, łańcuckim, leżajskim, mieleckim, niżańskim, strzyżowskim, brzozowskim, jasielskim, leskim, krośnieńskim, sanockim, kolbuszowskim i tarnobrzeskim, gdzie ludzi często nie stać na prywatne wizyty u dentysty. 

– „Pacjenci mają pretensje do nas, stomatologów, tymczasem to nie nasza wina. Ceny idą w górę: gaz, energia elektryczna, VAT, a u nas wszystko stoi w miejscu. Brak kontraktu z NFZ oznacza, że będę musiał zwolnić cztery osoby do domu, bo nie jestem w stanie opłacać ani pensji, ani ZUS” – tłumaczy Marek Dorożyński, którego gabinet w Dubiecku w ramach ubezpieczenia z NFZ obsługuje 80 proc. pacjentów z terenu. – „Ci lekarze, którzy podpisali umowy, nie zrobili tego z przekonania, że jest to dobry kontrakt, ale w obawie o byt swoich rodzin. Większość powiatów jest przeciwna przyjęciu stawki 1,02 zł za punkt proponowanej przez NFZ. Jest to stawka, która nie odzwierciedla naszych kosztów. NFZ z pułapu monopolisty dyktuje nam warunki, które są nie do zaakceptowania” – przekonuje Aleksander Kubit, prezes Podkarpackiego Oddziału Związku Lekarzy Dentystów.

Tymczasem pacjenci z bólem zęba muszą szukać pomocy w gabinetach prywatnych, a kogo nie stać, ratować się w Pogotowiu Stomatologicznym w Krośnie, Tarnobrzegu, Przemyślu bądź Rzeszowie – pisze gazeta.