Judymowie (nie)potrzebni od zaraz

nr 2/2011 |

„Ludzie bezdomni” to jedna z trzech, obok „Przedwiośnia” i „Syzyfowych prac”, powieści Stefana Żeromskiego, która ostała się we współczesnym kanonie. Mam jednak wrażenie, że nie funkcjonuje ona poza murami szkolnymi, w świadomości społecznej czy dyskusjach ideowych. Czy pytania w niej stawiane straciły na aktualności? Czy odpowiedzi, które poprzez postawy bohaterów sugerował autor, nie są w dzisiejszych realiach przekonujące?

Wbrew pozorom, przez te ponad sto lat realia społeczne (zwłaszcza położenie wykluczonych) nie zmieniły się tak bardzo, by nie generować podobnych wyzwań. Nie jest też do końca prawdą, że nie ma już prawdziwych „Judymów”. Są, i choć stanowią mniejszość – co zresztą nie jest novum względem epoki Żeromskiego – nie to wydaje się głównym problemem. Bardziej niepokojący jest fakt, że upowszechniło się przekonanie, iż problemy socjalne powinni rozwiązywać przede wszystkim romantyczni społecznicy, których pierwowzorem literackim jest młody chirurg. Przyjmując taką perspektywę, nie zwalczymy objawów najdotkliwszych problemów, a tym bardziej ich przyczyn.

W odtwarzanych przez kolejne generacje interpretacjach „Ludzi bezdomnych” całość lektury sprowadzana jest do postaci Judyma, ujmowanej jednowymiarowo – jako wzorzec jednostki poświęcającej się na rzecz ogółu. Taka uproszczona perspektywa sprawia, że z pola dyskusji znikają nie tylko społeczne uwarunkowania wyborów życiowych Judyma oraz ich konsekwencje, ale także pominięte zostają wahania i momenty słabości bohatera, wyraźnie przecież w książce zarysowane. W efekcie, Judym z postaci z krwi i kości przeobraża się niemal w „świeckiego świętego”, zbyt dalekiego od problemów współczesnych Polaków, by mogli poważnie przemyśleć ową postać.

Tymczasem przynajmniej kilka pytań, do jakich inspiruje powieść, wymaga poważnego zastanowienia. Czy dzisiejsza rzeczywistość społeczna nie stanowi analogicznego wyzwania jak ta, w której osadzeni byli bohaterowie Żeromskiego? Czy strategia życiowa Judyma kiedykolwiek była lub mogła być masowa? Po trzecie wreszcie, czy i jakie są słabości tej postawy?

Jak zauważa w monografii „»Ludzie bezdomni« Stefana Żeromskiego” znawca jego twórczości, Henryk Markiewicz: Spośród wielu tytułów Żeromskiego, często nietrafnych, dwuznacznych i jakby przypadkowych, „Ludzie bezdomni” ogarniają z wyjątkową pełnią widnokrąg ideowo-poznawczy powieści […].Rzeczywiście, motyw bezdomności stanowi klamrę łączącą wiele wymiarów powieści, a kwestia warunków mieszkaniowych zajmowała w twórczości Żeromskiego poczesne miejsce. Przypomnijmy, że w „Przedwiośniu”(1924) fundamentem społecznej utopii, jaką opisem wyobrażonej Polski zarysowuje przed Cezarym Baryką umierający ojciec, są „szklane domy”. Choć ich obraz odmalowany został z wielką precyzją, to stanowił on metaforyczną projekcję Polski jako domu ojczystego, w którym miał się dokonać postęp społeczny.

W „Ludziach bezdomnych” dom w takim kontekście jest obecny znacznie słabiej, jednak pod dostatkiem mamy tu ciekawych metaforycznych tropów, które zbiegają się w pojęciu „bezdomności”. Złe warunki życiowe pacjentów Judyma i pamięć własnego pochodzenia przekładają się na postawę głównego bohatera, który również – choć w innym sensie – staje się bezdomny. Postawa ta nie rodzi się ex nihilo, ale wynika z określonych warunków i doświadczeń życiowych, choć Żeromski nigdy nie popadał w determinizm i traktował bohaterów jako podmioty wyborów moralnych. Zapytajmy, czy warunki, w jakich ludzie żyją lub jakie mogą obserwować wokół, nie stanowią współcześnie impulsu do zaangażowania, nie wymuszają myślenia o zmianie?

Realistyczne, wręcz naturalistyczne obrazy nędzy, a także degradującej pracy nie są tak abstrakcyjne, jak mogłoby się wydawać. Również dziś wielu ludzi żyje w warunkach uniemożliwiających samorealizację oraz urągających godności, a wręcz zagrażających bezpieczeństwu. Jak pisze dr Paweł Hut w tekście „Współczesna kwestia mieszkaniowa w Polsce; geneza, uwarunkowania, perspektywy rozwiązań”: W Polsce jednym z najważniejszych problemów społecznych nadal pozostaje kwestia mieszkaniowa – polegająca na niezaspokojeniu potrzeb lokalowych ludności naszego kraju, obejmująca swoim zasięgiem, w zależności od szacunków, od miliona do blisko dwóch milionów gospodarstw domowych. Nie ma także podstaw do tego, by sądzić, że w dającej przewidzieć się przyszłości zostanie ona rozwiązana za pomocą planowych działań w szerszym zakresie […]. Pod względem zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych Polska znajduje się na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Należy pamiętać, że kiedy mówimy o zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych, chodzi nie tylko o aspekt ilościowy, ale również jakość zasobów mieszkaniowych.

Warto tu nadmienić, iż autor „Przedwiośnia” patrzył na bezdomność nad wyraz szeroko i przez to dość nowocześnie, w sposób zbliżony do perspektywy organizacji, które dziś próbują badać i zwalczać to zjawisko. Bezdomność w jego twórczości to nie tylko brak dachu nad głową, ale wielowymiarowe wykluczenie mieszkaniowe, prowadzące do degradacji człowieka.

Takie spojrzenie wybiega poza obiegową optykę, w której bezdomność ma zazwyczaj zniszczoną alkoholem twarz żebraka, staruszki śpiącej na torbach wypchanych jej całym dobytkiem czyCyganki otoczonej wianuszkiem zaniedbanych dzieci. Te obrazy egzemplifikują jedynie fragment problemu. Europejska Typologia Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego (ETHOS), stosowana przez Europejską Federację Narodowych Organizacji Walczących z Bezdomnością (FEANTSA), umieszcza w tej kategorii szerokie spektrum ludzi. Poczynając od tych bez dachu nad głową (roofless), przez pozbawionych domu (np. przebywających w schronisku dla bezdomnych czy w kwaterze tymczasowej), po osoby żyjące w mieszkaniu niezabezpieczonym lub nieodpowiednim. Osobną kwestią jest to, czy bezdomność należy łączyć tylko z sytuacją mieszkaniową.

Inne podejścia sugerują bowiem wiązanie tej kategorii nie tyle z warunkami życia, ile z określonymi predyspozycjami psychicznymi i społecznymi, objawiającymi się specyficznym modelem życia. Parafrazując słowa o. Bogusława Palecznego („Obywatel” nr 20): nieraz łatwiej wyprowadzić człowieka z bezdomności, niż bezdomność wykorzenić z człowieka, który żył jako bezdomny. Organizacje zajmujące się zagadnieniem odnotowywały przypadki, w których ich podopieczni nawet po otrzymaniu mieszkań nie byli w stanie ich długofalowo utrzymać, nieprzystosowani do życia „na swoim”. W jakimś stopniu bezdomność jako predyspozycję społeczną prezentuje także Judym, którego dzieciństwo w nędznych warunkach, wśród niemal obcych ludzi, wywarło piętno na całe życie i do pewnego stopnia uwarunkowało późniejsze poczucie misji.

Skoro problem degradacji materialnej części ludności jest wciąż aktualny, rzeczą naturalną wydaje się chęć zmiany tego stanu. Dlaczego więc nie ma ona miejsca? Czy dlatego, że zanikł „etos Judyma”? Etos społecznikowski również na przełomie wieków nie był wcale masowy. Nawet jeśli przyjąć, że ówczesne warunki kulturowe i społeczne bardziej sprzyjały podobnym postawom, to nie na tyle, by te stały się jednym z dominujących wzorców.

Widzimy to w samej powieści: Judymowi niełatwo było budować wokół siebie środowisko przychylne jego zamiarom. Można to częściowo zrzucić na karb bezkompromisowości bohatera, ale też nie sposób pominąć bardziej uniwersalnych źródeł niepowodzenia. Judymowie ze swej natury idą jeśli nie pod prąd, to przynajmniej niezależnie od głównego nurtu kultury swoich czasów, jako że racje działania wyprowadzają nie tyle z tego, co jest, lecz z tego, co być powinno.

Choć w powieści wielokrotnie przedstawiono postawy alternatywne wobec rzeczywistości, autor nie uległ banalizacji i tendencyjności w ich ukazywaniu. Zauważmy, że Judym – wbrew pozorom – nie styka się wyłącznie z całkowitą obojętnością na los wykluczonych. Wokół pojawiają się osoby, które wprawdzie nie w pełni podzielają jego przekonania i decyzje, ale są świadome istnienia problemów: Leszczykowski, w jakimś sensie inżynier Korzecki, wreszcie Joasia.

Nawet w przypadku płomiennej i nieprzekonującej dla słuchaczy mowy Judyma do warszawskich lekarzy nie mamy do czynienia z manichejską wizją świata. Jak pisze Markiewicz: Dla właściwej interpretacji utworu trzeba uprzytomnić sobie, że nie jest to walka z jakimiś jaskrawymi nadużyciami kapitalizmu, z oburzającymi zwyrodnieniami moralności burżuazyjnej, lecz walka z normalnym jej funkcjonowaniem. Lekarze warszawscy, z którymi ściera się Judym, to przeważnie ludzie uczciwi według ogólnej opinii, więcej niż sumienni w pracy, zdolni do niejednego odruchu uczynności i dobrego serca […]. Między innymi dlatego ten spór jest tak ciekawy, że nie stanowi walki czystego dobra ze złem absolutnym, a raczej odległych punktów pewnego spektrum, z postacią Joasi jako wariantem pośrednim. Gotowa jest ona iść w zaangażowaniu dalej niż codzienna sumienność i odświętna filantropia stołecznych lekarzy, ale nie popada w maksymalizm Judyma, który stawia sprawę na ostrzu noża: albo szanse na szczęście osobiste, albo działanie na rzecz tych „z budów”.

Jako wciąż żywy jawi się ukazany w „Ludziach bezdomnych” jeden z centralnych dylematów egzystencjalnych niejednego społecznika. Zapewne i dziś wielu ludzi, którzy na pewnym etapie życia decydują się na zaangażowanie społeczne, rozważa we własnym sumieniu, jaki jego stopień jest optymalny i na ile możliwy jest kompromis między życiem osobistym a działaniem dla dobra wspólnego.

Końcowy wybór Judyma rozpatruje się zazwyczaj w kategoriach moralnych. Nie mniej ciekawe jest jednak spojrzenie z punktu widzenia prakseologii. Czy jego działania były skuteczne? Czy ambitny cel podniesienia wykluczonych ze stanu degradacji mógł być osiągnięty, a jeśli nie, to czy nie było dróg, by się do niego bardziej przybliżyć?

Odpowiedzi na powyższe pytania wydają się niestety niekorzystne dla Judyma. Zasadniczą słabością jego postawy była apolityczność. Nie chodzi o przynależność do partii politycznej czy rozwijających się wówczas ruchów społecznych o politycznych ambicjach, lecz o polityczność w bardziej ogólnym sensie. Jeśli przyjmiemy klasyczne rozumienie polityki jako zdolności mobilizowania innych do osiągania własnych celów, postawa Judyma była w pierwszej fazie co najmniej politycznie nieskuteczna, a w końcowej – wręcz apolityczna. Zrezygnował on bowiem z prób angażowania innych we współtworzenie programów zmiany rzeczywistości na rzecz oddania się samodzielnej pracy bezpośrednio z wykluczonymi. Taka działalność jest niezbędna, ale należy próbować ją organizować w ramach istniejących struktur lub budować nowe, żeby nie tylko „łatać pojedyncze dziury”, ale rozwiązywać problemy społeczne w większej skali. A to wymaga jeśli nie systemowej działalności politycznej, to przynajmniej koordynacji i podziału pracy oraz synergii różnych umiejętności.

Judym po wcześniejszych porażkach skapitulował wobec tego typu wyzwań. To dlatego jego projekt był skazany na porażkę – nie ze względu na obojętność i oportunizm otoczenia. Jeśli chcemy poważniej przemyśleć tę lekturę, nie wystarczy zatrzymać uwagi na „szlachetności” głównego bohatera i jego tragizmie, polegającym na rezygnacji z osobistego szczęścia.

Warto też zastanowić się, czy owo poświęcenie miało sens z punktu widzenia realnego wpływu na zmianę rzeczywistości. Nie wiadomo, jak dalej potoczyłyby się losy bohatera, ale działając w pojedynkę, jeśli nie uległby wypaleniu i nie podzielił losu Korzeckiego, w najlepszym razie mógłby w mikroskali złagodzić objawy pewnych społecznych chorób. Czy na pewno tylko o to mu chodziło?

Pod jednym względem Judym okazywał jednak dojrzałość refleksji. Mianowicie wiedział on, że leczenie zdegradowanych społecznie i biologicznie jednostek należałoby zacząć od podniesienia ich standardu życia, poprzez programy, które ograniczałyby zapadanie na choroby. Jest to postawa zbieżna np. z podejściem przyjmowanym współcześnie przez Światową Organizację Zdrowia. Myślenie o usuwaniu przyczyn, a nie tylko leczeniu skutków jest właściwą perspektywą w polityce zdrowotnej, jak również w niemal każdym obszarze polityki społecznej.

Zasadniczo więc Judym właściwie rozpoznał problem, jedynie wspomniana „apolityczność” uniemożliwiała mu jego skuteczne rozwiązanie. Przed analogicznym wyzwaniem stoimy i dziś. Oczywiście tak jak wówczas, rozwiązań systemowych nie należy w sposób radykalny przeciwstawiać indywidualnej pomocy. Działanie systemowe bardzo często zawiera w sobie także działania bezpośrednie, w ramach których jednostki stykają się wprost z potrzebującymi. Rzecz w tym, by owa wielość jednostkowych działań była zintegrowana w spójny system, wykraczający poza nie zarówno horyzontem celów, jak i wielością funkcji. Rozproszone działania pomocowe zawsze będą potrzebne, by pomóc konkretnym osobom. Natomiast nigdy nie wystarczą, by dokonać społecznej zmiany.

Kolejna rzecz, która nie pojawia się w działaniach bohaterów powieści, to odwołanie do ładu ustrojowego, do programów jego zmiany i w ogóle do instytucji państwa. Zmiana rzeczywistości jest tu niemal wyłącznie dziedziną wyborów życiowych i moralnych jednostek, bez ich rozpatrywania w kontekście roli, jaką pełnią w ramach ładu społecznego. Widać tu wpływ, jaki miała na pisarza myśl Edwarda Abramowskiego, który zakładał w ramach swego „socjalizmu etycznego”, że zmiany systemowe muszą być poprzedzone przeobrażeniami w sumieniach jednostek i społeczeństw. Problematyka „Ludzi bezdomnych” zdaje się koncentrować i zamykać na tej pierwszej fazie potencjalnej zmiany, kiedy to zasadnicze dylematy rozgrywają się w sumieniach jednostek, a nie w ramach strukturalnego antagonizmu między grupami społecznymi i sporu o formułę ładu społecznego. Tymczasem ci, którzy chcą naprawdę budować lepszy świat, nie mogą uciec od tego zagadnienia. Kluczowym dylematem jest stosunek wobec państwa i jego agend.

Weźmy współczesny przykład, związany z problematyką bezdomności. W Krakowie, Warszawie i Wrocławiu działają Lekarze Nadziei, organizacja będąca czymś w rodzaju kolektywnego wcielenia doktora Judyma. W formule non profit zajmują się świadczeniem podstawowych usług medycznych dla bezdomnych i ubogich, nie objętych ubezpieczeniem zdrowotnym. Dodajmy, że stan zdrowia tej grupy jest szczególnie dramatyczny, a wiele publicznych placówek działa tak, jakby były stworzone dla ludzi zdrowych, przez co potrzebujący nie zawsze mogą z nich skorzystać. W tej sytuacji działalność stowarzyszeniajestna wagę złota. Jednak zimą 2009/2010 o mały włos stołeczny oddział nie zawiesiłby działalności ze względu na rzekomy brak prawnych możliwości dalszego przekazywania przez samorząd środków na tego typu aktywność. Abstrahując od szczegółów sprawy, która m.in. dzięki interwencji dziennikarzy skończyła się w miarę pomyślnie dla społeczników i ich pacjentów, widać wyraźnie, że nawet typowo „judymowska” działalność, aby mogła być trwała i skuteczna, wymaga choć minimalnego wsparcia ze źródeł zewnętrznych – wśród których najbardziej stabilne są mimo wszystko instytucje i fundusze publiczne.

Zadania państwa jako gwaranta zaspokojenia elementarnych potrzeb nie ograniczają się do stworzenia prawnych i materialnych warunków dla działań społeczników. Pamiętajmy, że Judymów jest w skali społeczeństwa zawsze mniejsza lub większa, ale garstka. Nawet przy dużych funduszach nie jest ona w stanie zaspokoić ogółu potrzeb społecznych. Stąd niezbędne są zawodowe służby, których przedstawiciele niekoniecznie zresztą muszą kierować się ideałami prospołecznymi. Bez tego typu sprofesjonalizowanych, odpowiednio wyposażonych służb niemożliwa jest walka z wykluczeniem społecznym.

Na poziomie unijnym coraz większe znaczenie przypisuje się tzw. SSGI (social services of general interest, usługi socjalne użyteczności publicznej), w które wlicza się usługi zdrowotne, socjalne, opiekuńcze, edukacyjne etc. Aby mogły być świadczone na wysokim poziomie, potrzebne jest silne państwo i gotowość obywateli do odkładania do domeny publicznej części swoich środków. Zatem żeby rozwiązać problemy sugestywnie przedstawione w „Ludziach bezdomnych”, potrzeba nie tylko mobilizacji potencjalnych następców lekarza-idealisty. Ba, nawet nie tylko tych, którzy byliby gotowi zajmować się nimi za pieniądze. Trzeba przekonać tych, którzy z problemami bezdomnych, chorych i wykluczonych nie chcą mieć osobiście nic wspólnego ani zawodowo, ani tym bardziej dobrowolnie. To właśnie od pozyskiwania środków od przeciętnego obywatela (i odpowiedniej ich alokacji) zależy możliwość realizacji programów społecznych na istotną skalę.

Kraje socjaldemokratyczne osiągnęły największe sukcesy w zwalczaniu wykluczenia społecznego właśnie dzięki przekonaniu społeczeństwa do realizowania solidarności przy dużym udziale sektora publicznego. Dodajmy, że model ten powstał w społeczeństwach mieszczańskich, których członkowie nie chcieli masowo wstępować w szeregi lokalnej Armii Zbawienia.

Samo zostawienie tej kategorii zadań w rękach państwa jednak nie wystarczy, jako że władza ma tendencję do spychania tych powinności na dalszy plan. Świeżym przykładem jest pozostawienie – wbrew uchwale Komisji Trójstronnej – progów uprawniających do pomocy społecznej na poziomie sprzed kilku lat, pomimo inflacji. W efekcie próg ten znajduje się obecnie na poziomie niższym niż minimum egzystencji, poniżej którego następuje biologiczne wyniszczenie człowieka. Mówimy tu o osobach w skrajnej nędzy, a więc tych, którzy byliby w polu zainteresowania Judyma. Takich ludzi jest w Polsce około 2 milionów!

Równie szkodliwe jak powyższe, rażące uchybienia, byłoby wysnucie na ich podstawie zbyt daleko idących wniosków. Skoro państwo nie radzi sobie z rozwiązywaniem problemów społecznych, niech zajmą się tym społecznicy, którzy zrobią to dobrowolnie! To mylny, choć często stawiany krok. Judymowie mogą doraźnie pełnić funkcje socjalne. Mogą także wspierać działania sprawnie funkcjonującego, ale z natury rzeczy nie wszechmocnego państwa. Jednak błędem byłoby uznanie, że państwo może zrzec się na ich rzecz swych kluczowych zobowiązań społecznych.

Nie tylko dlatego, że „podaż” Judymów jest ograniczona. To kierunek wątpliwy także dlatego, że państwo – przy wszystkich wadach wpisanych w jego praktykę oraz samą istotę – ma też niezaprzeczalne zalety. Mianowicie względem państwa znacznie łatwiej niż w przypadku podmiotów sektora społecznego i prywatnego formułować roszczenia, łatwiej też poddać kontroli sposób ich zaspokajania, a odpowiedzialnych za to zadanie funkcjonariuszy – sankcjom. Żeby była jasność: nie chodzi o to, by wywyższać „publiczne” ponad „społeczne”. Chodzi raczej o podkreślenie potrzeby działania w skali systemowej, do czego szczególnie predestynowany jest organizm państwowy, a także formy ponadpaństwowe, jak Unia Europejska – z tym, że ta ostatnia podlega znacznie słabszej demokratycznej kontroli. Można znaleźć również organizacje niepaństwowe, które prowadzą działalność na rzecz przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu w sposób systemowy.

W kontekście bezdomności przychodzi na myśl choćby Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta. Instytucja ta, działająca już od 30 lat, ma w dorobku, oprócz bezpośredniego świadczenia usług na rzecz podopiecznych, także rzecznictwo ich interesów i wspieranie władz publicznych poprzez tworzenie ekspertyz i rekomendacji w zakresie przeciwdziałania bezdomności. Zatem systemowe zmiany możliwe są zarówno w ramach sektora publicznego, jak i społecznego (a najlepiej w ramach partnerstwa organizacji z obu sektorów).

O ile jednak społecznikostwo, nawet jeśli relatywnie rzadko u nas praktykowane, jest odbierane dość przychylnie, o tyle instytucja państwa jest poddawana bezpardonowej krytyce. I choć wiele zarzutów wobec jego agend jest uzasadnionych, atmosfera wokół wszystkiego, co państwowe, jest przesadnie nieżyczliwa. Aby to zmienić, może zamiast szukać w kanonie literackim wzorca osobowego dla społeczników – należałoby szukać wśród aparatu państwowego zaangażowanych przedstawicieli, którzy tą drogą chcą działać na rzecz dobra publicznego?

Pewnego modelu dostarcza tu inna wielka powieść Żeromskiego, „Przedwiośnie”, w osobie Szymona Gajowca. Choć ostatecznie przegrywa batalię o duszę swego młodego, gniewnego podopiecznego – Baryka w końcowej scenie dołącza do komunistycznego pochodu przeciwko władzy – to jednak autor zdaje się zdradzać życzliwość dla podstarzałego państwowca, który poprzez reformy chce przynieść prawdziwą „wiosnę” polskiemu społeczeństwu. Żeromski, podobnie jak w wielu innych powieściach, sympatii tej nie demonstruje ostentacyjnie ani nie feruje jednoznacznych ocen, dając czytelnikowi spore pole manewru. W moim odczuciu ocena tego bohatera, zwłaszcza w świetle wyzwań współczesności, powinna być przychylna. Aby przeprowadzić „ludzi bezdomnych” przez „przedwiośnie” ku lepszej rzeczywistości, obecnie bardziej potrzebne są systemowe reformy państwowe (przy mobilizowaniu i wspieraniu oddolnych inicjatyw społecznych) niż zbiorowe czy – jak w przypadku doktora Judyma – indywidualne zrywy.

Rafał Bakalarczyk

(ur. 1986) – absolwent polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim i socjologii politycznej w Högskolan Dalarna (Szwecja); od 2010 r. doktorant na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Interesuje się szeroko rozumianą polityką społeczną, zwłaszcza problemami opieki, edukacją, skandynawskim modelem dobrobytu oraz mechanizmami dialogu społecznego. Publikował m.in. w „Głosie Nauczycielskim”, „Dziś” i „Przeglądzie”. Współautor książki „Jaka Polska 2030?”, wydanej przez Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, z którym stale współpracuje. Zwolennik współdziałania i wymiany doświadczeń między różnymi środowiskami prospołecznymi. Bliski jest mu duch książek Żeromskiego, zwłaszcza postać Szymona Gajowca z „Przedwiośnia”. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>