Polska Solidarna – Polska Liberalna

nr 3/2011 |

Solidarność jest niezbędna, aby wspólne działania zakończyły się sukcesem. W warunkach szczególnie trudnych, w niebezpieczeństwie, w walce – bywa warunkiem przetrwania grupy. Dotyczy to strajkującej załogi, ratowania się w górach i po katastrofie, ale odnosi się też do narodu, którego byt materialny i tożsamość są zagrożone.

Solidarność nie jest stanem świadomości społecznej danym raz na zawsze. Korzyści wszystkich uczestników grupy wynikające z solidarnego działania osiągane są po upływie czasu i często są niepewne. Korzyści ze złamania zasad solidarności, ze zdrady, z egoistycznego działania w grupie altruistów, są natychmiastowe i bywają znaczne. Po aresztowaniu grupy opozycyjnej ten, który pierwszy zacznie sypać w śledztwie, może liczyć na łagodny wyrok. W „Solidarności”, w Kościele, w redakcjach, w stowarzyszeniach twórców, na wyższych uczelniach, w sądach, we wszystkich zakładach pracy – ludzie, którzy zgodzili się na współpracę z bezpieką, otrzymywali wsparcie w karierze.

Jakaś instancja musi zawsze stać na straży solidarności. W mafii jest omerta, w państwie prokuratura i sąd, w grupie społecznej opinia publiczna. Ostatecznie właśnie ona decyduje, czy niesolidarne postępowanie jest opłacalne. Jeśli zdrada uchodzi płazem, solidarność się załamuje i nie tak łatwo ją odbudować. Nikt nie chce być frajerem.

Opuszczę „pole bitewne” i przypomnę znany w socjologii model wspólnego pastwiska. Jeśli na pastwisko, na którym każdy uczestnik wspólnoty wypasa jedną krowę, ktoś wprowadzi dwie, osiągnie podwójny zysk. Jeśli nie zostanie natychmiast ukarany, inni użytkownicy też wprowadzą dodatkowe krowy. Nikt nie chce być okradany. Pastwisko zostanie zniszczone, krowy będą głodne. Stopniowe wycofywanie dodatkowych krów w imię solidarności jest mało realne. Zniszczone zostało nie tylko pastwisko, również wzajemne zaufanie.

Najważniejszym kapitałem, decydującym o rozwoju kraju, jest zaufanie społeczne. W Polsce zostało ono zniszczone stanem wojennym. Umowa między władzą i społeczeństwem została brutalnie złamana. Co więcej, już wtedy, powołując się na chrześcijańską zasadę przebaczenia, odpuszczano zdrajcom. Potem było już tylko gorzej. Wojciech Jaruzelski został pierwszym prezydentem niepodległej Polski. Kto w okresie transformacji za radą znawców rozwoju kapitalizmu ukradł pierwszy milion, mógł dalej kraść bezkarnie: chroniło go święte prawo własności. Tajne służby utworzyły sieć powiązań polityczno-biznesowych, zakłócających rozwój demokracji i działanie rynku. Nie bez przyczyny każda próba ujawnienia zawartości archiwów tajnych służb kończy się niebotyczną awanturą polityczną, chociaż podobno już dawno problemu nie ma.

Nie rozumiem, dlaczego intelektualiści, socjologowie i filozofowie badający stan społeczeństwa w Polsce i przemiany po 1989 r. nie uwzględniają stanu wojennego i działań agentury. Te tematy są omijane szerokim łukiem nawet w pracach poświęconych „Solidarności”.

Ludzie pracy czują się zdradzeni i oszukani. W „Solidarności” o zakładach przemysłowych mówili „nasze”. Po nacjonalizacji przemysł i duże gospodarstwa rolne nie stały się własnością ani Partii, ani urzędników. Były własnością narodu, chociaż źle zarządzaną i eksploatowaną na rzecz obcego mocarstwa. W procesie transformacji nastąpiło realne wywłaszczenie i zniszczenie miejsc pracy. Zawiodła nowa „Solidarność” i jej przywódcy. Porzuciła działalność związkową, uzależniła się od partii politycznych, osłaniała przekształcanie systemu w Polskę Liberalną, a nawet sama próbowała pełnić rolę partii. Teraz wraca do roli związku zawodowego. Oby się udało.

Jednak przetrwała pamięć o NSZZ „Solidarność” z lat 1980-81, o tym, że miało i mogło być inaczej. Pierwsza „Solidarność” była doświadczeniem milionów ludzi. Dla wielu krótki okres jej działania był najważniejszym w ich życiu.

Hasło „Polska Solidarna”, które pomogło Prawu i Sprawiedliwości wygrać wybory w 2005 r., nie było pustą obietnicą wyborczą. Za rządów PiS skorumpowani politycy i urzędnicy na najwyższych stanowiskach przestali być bezkarni. To spowodowało, że i na niższych szczeblach władzy funkcjonariusze instytucji państwowych bali się wymuszać łapówki. Odetchnęli ludzie prowadzący uczciwe biznesy. Mówili, że mają konkretne oszczędności i nie obawiają się, iż jakaś decyzja administracyjna doprowadzi ich przedsiębiorstwo do bankructwa. Za tamtych rządów wykupiliśmy na własność nasze lokatorskie mieszkanie w spółdzielni. Można też było łatwo, po okazyjnych cenach, wykupić mieszkania kwaterunkowe. Była to konkretna pomoc dla niezamożnych ludzi. Skandalem jest, że na to uwłaszczenie trzeba było czekać tyle lat. Może to zbieg okoliczności, ale przestało się pogardliwie mówić o blokersach. Ważna ustawa o otwarciu zawodów prawniczych dla młodzieży kończącej studia została zablokowana przez Trybunał Konstytucyjny. Brak dostępu do porad prawnych jest jedną z przyczyn bezradności, krzywd, wykluczenia. PiS postawiło tamę prywatyzacji majątku należącego do służby zdrowia. Beata uwiedziona przez agenta zalewała się łzami na oczach milionów telewidzów, ponieważ nie mogła „kręcić lodów przy prywatyzacji szpitali”. Próba zmierzenia się z mafią węglową skończyła się postawieniem PiS pod pręgierzem za samobójstwo Barbary Blidy.

PiS w obsadzie stanowisk popełniło błędy personalne, ale nie broniło „swoich” za wszelką cenę. Na czele wielu instytucji państwowych stanęli znakomici, kompetentni i niezależni ludzie. IPN, chociaż nieustannie atakowany przez agenturę, rozwinął działalność. PiS przygotowało wiele projektów i programów, których nie zdążyło zrealizować. Niektóre kontynuuje PO, niestety tylko werbalnie.

Mówimy o Polsce Solidarnej, więc warto jeszcze wspomnieć o „polityce orderowej” Lecha Kaczyńskiego. Wielu działaczy WZZ, Pierwszej „Solidarności” i stanu wojennego zostało przypomnianych opinii publicznej.

Największym błędem PiS było wycofanie się z bardzo dobrej ustawy o otwarciu archiwów tajnych służb i zwlekanie z publikacją aneksu do raportu o likwidacji WSI. Mafia każde cofnięcie się odczytuje jako słabość i przystępuje do bezwzględnego ataku. Innego rodzaju błędem było upieranie się przy budowie estakady nad bagnami Rospudy. Zaszkodziło to wizerunkowi PiS w oczach ideowej młodzieży. O Rospudzie słyszeli wszyscy, natomiast mało kto wie, że PiS jest przeciw uprawom roślin modyfikowanych genetycznie.

Koalicja z Samoobroną i LPR, chociaż wymuszona arytmetyką sejmową, miała dobre strony. Lepper nieustannie atakował Balcerowicza i domagał się lustracji majątkowej. Społeczeństwo ma krótką pamięć, więc przypominanie pierwotnych przyczyn patologii jest wskazane. Giertych stanowił przeciwwagę dla nachalnej propagandy antynarodowej i antykatolickiej. Niestety, obaj koalicjanci okazali się skrajnie nielojalni. Można odnieść wrażenie, że niektóre działania Giertycha, np. domaganie się na forum UE wprowadzenia bezwzględnego zakazu aborcji, miały na celu skompromitowanie rządu PiS.

Warunkiem wprowadzenia Polski Liberalnej było odsunięcie społeczeństwa od głosu. Ważne i nie wymagające większych środków finansowych jest odbudowanie agory, miejsca spotkań publicznych. Komercjalizacja całej przestrzeni publicznej spowodowała, że nie ma nawet gdzie powiesić plakatu lub zawiadomienia o spotkaniu. Nie ma miejsca, gdzie można pokazać film objęty cenzurą, zaprezentować książkę, zorganizować debatę, zabawę, festyn. Można sobie radzić, korzystając z uprzejmości proboszcza albo lidera jakiejś partii. Nie jest to zdrowa sytuacja. Gdzie ma się udać grupa obywateli oskarżana równocześnie o trockizm i o faszyzm?

Agora powinna być miejscem neutralnym. W Australii są Domy Polskie, z których korzystają wszelkie polonijne organizacje. Widziałam podobnie działające domy dla różnych organizacji społecznych i politycznych w Vancouver i w Waszyngtonie. Gdyby w Polsce w Domu Polskim zatrudnić kilka osób – technika sprzętu audiowizualnego, konserwatora, sprzątacza, prawnika, księgową, urzędnika przyjmującego zgłoszenia na spotkania, wydającego klucze do szaf organizacji i przyjmującego pocztę – koszty działania inicjatyw pozarządowych można by znacznie obniżyć. Mogłyby powstawać nowe. Kto nie zakładał stowarzyszenia, nie wie, że pierwszym problemem jest podanie adresu siedziby. Ponadto, moim zdaniem społeczeństwo obywatelskie to nie jest zbiór organizacji, lecz aktywni obywatele. Ich przede wszystkim mam na myśli, proponując finansowanie agory ze środków publicznych.

Tu i teraz bez żadnych dodatkowych nakładów finansowych można zacząć egzekwować prawo obywateli do informacji o działaniach instytucji państwowych i samorządowych. Teoretycznie można je znaleźć w Internecie, ponieważ wszyscy prowadzą własne strony, a niektórzy nawet wydają biuletyny. Ten sposób komunikowania się z obywatelami ma przeważnie charakter autopromocji. Urzędy nie odpowiadają na listy i pytania. Nie tylko w terminie określonym w prawie, po prostu nie odpowiadają w ogóle. Od dłuższego czasu znajoma bezskutecznie usiłuje dowiedzieć się, jakie jest maksymalne zanurzenie statków, które będą mogły wpływać do portu w Świnoujściu bez kolizji z gazociągiem. Musi nam wystarczyć zapewnienie Angeli Merkel, że wszystko będzie dobrze.

Aby realnie rozpocząć budowę Polski Solidarnej, trzeba diametralnie zmienić sposób oceny stopnia rozwoju społeczno-gospodarczego i odejść od ślepego naśladownictwa krajów rozwiniętych. Zmianie liberalnego sposobu myślenia na solidarny służyłaby detronizacja PKB jako uniwersalnego wskaźnika rozwoju. Związki zawodowe i partie polityczne zainteresowane budową Polski Solidarnej powinny podać do publicznej wiadomości wartość współczynnika Giniego (miara egalitaryzmu) oraz wskaźnika HDI (miara rozwoju społecznego) dla Polski.

Stosowane w naszym kraju kryteria postępu i rozwoju są powierzchowne. Na wsi wójt rozdaje komputery mniej zamożnym rodzinom. Komputery trafiają pod strzechy, a we wsi nie ma kanalizacji i oczyszczalni ścieków, nie ma też żadnej komunikacji publicznej, aby dojechać do miasta.

W sytuacji kryzysu należy zrezygnować z nadmiernych wydatków na propagandę. W szpitalach brakuje pieniędzy na żywienie chorych, a w Warszawie zainstalowano fontannę za 11 mln zł. Gdańsk ufundował za prawie milion złotych pomnik dzieci, które ratowano z Rzeszy wysyłając je do Londynu. Intencją włodarzy miasta było prawdopodobnie zdjęcie z Polaków odium antysemityzmu. Stało się odwrotnie. Budowa i odsłonięcie pomnika dały okazję do przypisywania Polakom zbrodni niemieckich. Na budowę Europejskiego Centrum Solidarności przeznaczono kilka milionów złotych. W Polsce Solidarnej nie byłoby to możliwe. Nikt nie protestuje, ponieważ nie wypada występować przeciw idei Solidarności. Do różnych tabu narzucanych przez polityczną poprawność doszło jeszcze i to.

Nie widzę uzasadnienia, aby ograniczać się do jednej idei i tradycji, nie widzę potrzeby ustalania hierarchii wartości. Doktrynalnie traktowane wartości są wzajemnie sprzeczne. Teolog szwajcarski Romano Amerio błędnemu odczytaniu dogmatu o Trójcy Świętej przypisuje fakt, że w naszym myśleniu prymat zdobyło pojęcie miłości, kosztem kategorii poznania i prawdy. Miłość do nieuleczalnie chorych może być uzasadnieniem eutanazji. Miłość pojmowana jako zgoda i brak konfliktów prowadzi do ekumenizmu dobra ze złem, prawdy i fałszu. Prawdziwą miłość poprzedza poznanie opierające się na prawdzie.

Nie podzielam optymizmu władzy, że Polska jest „na właściwej ścieżce i kursie”. Przeciwnie, ten optymizm mnie niepokoi. Nie mam zaufania do przywódców, którzy nie dostrzegają i nie przewidują zagrożeń. Imitowanie państw zachodniej Europy kojarzy się z potiomkinowskimi wioskami i wpisuje w tradycje propagandy komunistycznej. W systemie neoliberalnym nie wygląda to lepiej. Tak długo ukrywa się problemy, pożycza pieniądze, stosuje kreatywną księgowość, aż dojdzie do bankructwa. Zagrożenia są poważne. Uważam, że powinniśmy przede wszystkim sięgać do polskiej tradycji i szukać rozwiązań niekonwencjonalnych. W historii mieliśmy księży-społeczników oraz komunistów traktujących robotników z pogardą. Nieważne, czy kot jest prawicowy czy lewicowy, byle łowił myszy.

W Polsce jest wielu kompetentnych i przyzwoitych ludzi. Problem w tym, że niewielu z nich przebiło się do mediów. W debacie publicznej wciąż dominują liberałowie. Wybitni ekonomiści na świecie uznali liberalizm za koncepcję chybioną, ale w Polsce wciąż chowamy głowę w piasek. Oprócz przymiotów intelektualnych, ludzie opracowujący projekt prospołecznego rozwoju muszą wyróżniać się odwagą i niezależnością. Nie widzę obecnie nikogo, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego, kto mógłby tych ludzi zebrać razem.

Nie możemy jednak liczyć na to, że korzystne dla społeczeństwa zmiany zostaną przeprowadzone odgórnie, nawet gdy będziemy mieli sojuszników w parlamencie. Dlatego decydująca będzie samoorganizacja społeczeństwa. W tej chwili sytuacja polityczna wygląda beznadziejnie. Rząd robi, co chce (czyli niewiele), troszcząc się tylko o swój wizerunek. Można odnieść wrażenie, że władza i elity żyją w innej Polsce niż reszta obywateli.

Niepokojąca jest propaganda, której celem jest dezintegracja. Jaki jest sens przeciwstawiania „dzikusów”, domagających się rzetelnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, „kulturalnemu” ogółowi, który do takich incydentów nie przywiązuje większej wagi?

Polskę Solidarną można zbudować tylko w oparciu o patriotyzm, który nadaje znaczenie pojęciu wspólnego dobra.

Joanna Duda-Gwiazda

inżynier okrętowiec, działaczka Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża (1978) i Pierwszej „Solidarności” (członek prezydium MKS-MKZ, Zarządu Regionu), w stanie wojennym internowana, niezależna dziennikarka i publicystka („Robotnik Wybrzeża”, „Skorpion”, „Poza Układem”). Od początku do dziś konsekwentnie w opozycji do metod i polityki firmowanej przez Lecha Wałęsę i jego następców. Żona Andrzeja Gwiazdy. Odznaczona Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Stała współpracowniczka „Nowego Obywatela”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>