Przedszkolne sprawy

Przedszkolne sprawy

Od 1 września zmieniły się zasady pobierania opłat za pobyt dziecka w przedszkolu. Rodzice zapłacą jedynie za czas spędzony w placówce w godzinach wykraczających poza pięć godzin przeznaczonych na realizację podstawy programowej.

W większości gmin rodzice podpisują z dyrektorem przedszkola umowę cywilnoprawną, w której deklarują, w jakich godzinach, w jakie dni tygodnia dziecko będzie w nim przebywało, informuje „Rzeczpospolita”. Na tej podstawie wyliczana jest wysokość opłaty miesięcznej. Jeśli jednak dziecko pozostanie  pod opieką przedszkolanek dłużej, niż wynika z deklaracji, rodzice będą musieli dopłacić przy wnoszeniu opłaty za następny miesiąc.

Radni warszawscy z kolei umożliwili zwrot pieniędzy, ale pod warunkiem że rodzice zgłoszą najpóźniej  do dziewiątej  rano w dniu nieobecności, że dziecko pozostanie w domu.

Wojewódzkie sądy administracyjne i wojewodowie wskazują, że jeśli dziecko nie korzysta z  przedszkola, np. z powodu choroby, to nie można zakazać zwrotu pobranej opłaty. Rodzice powinni więc dopominać się zwrotu lub zaskarżyć uchwały nieprzewidujące takiego prawa.

Tymczasem SLD złożyło do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o sprawdzenie zgodności z konstytucją przepisów, które pozwalają samorządom pobierać dodatkowe opłaty za państwowe przedszkola.

Jeśli się okaże, że Trybunał potwierdzi wątpliwości wnioskodawców, rząd być może uda się skłonić, by subwencjonował przedszkola co najmniej w 80 procentach, jak to jest w szkole.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Fikcyjna opieka

Fikcyjna opieka

Fachowa opieka położnych nad kobietami często pozostaje tylko na papierze – alarmuje Najwyższa Izba Kontroli.

Formalnie 84 proc. kobiet w ramach podstawowej opieki zdrowotnej objętych jest pomocą położnej. Jednak jak sprawdziła NIK, dla wielu kobiet opieka okazuje się tylko rejestracją.

Według NIK to wina systemu, który „nie gwarantuje wydatkowania środków publicznych w sposób celowy i oszczędny”. NFZ na opiekę sprawowaną przez położne wydaje rocznie 260 mln zł. Aż 85 proc. środków z Narodowego Funduszu Zdrowia to wynagrodzenie „za gotowość” położnej, a tylko 15 proc – za wykonaną i udokumentowaną pracę.

Położne realizują tylko część zadań, do których są zobowiązane. W ograniczonym zakresie prowadzą edukację przedporodową i opiekują się kobietami po operacjach ginekologicznych – mówi „Rzeczpospolitej” Jolanta Stawska, dyrektor delegatury NIK w Krakowie, która prowadziła kontrolę.

Czym więc zajmują się położne, które w ramach swoich obowiązków powinny m.in. pomagać w przygotowaniach do porodu, zapewniać poradnictwo w zakresie odżywiania w czasie ciąży, laktacji i dotyczące szczepień oraz przeciwdziałania chorobom nowotworowym i HIV?

Najczęściej swoją aktywność ograniczają do rutynowych wizyt u matek z noworodkami – wyjaśnia Stawska. Zdarza się, że na te wizyty nie biorą nawet materiałów medycznych, bo ich nie mają.

Kontrolerzy zwrócili uwagę, że niektóre położne informowały NFZ nawet o kilkunastu wizytach u pacjentek w połogu dziennie.

Dokumentacja z tych wizyt była jednak niekompletna: na jej podstawie nie sposób stwierdzić, czy i jakie czynności wykonały położne. Brakowało w nich informacji o zdrowiu matki i dziecka – wytyka izba.

W raporcie kontrolerzy podkreślają również, że dostęp do opieki położniczej jest nierównomierny.

W woj. opolskim opieką położnych objęto niewiele ponad połowę ubezpieczonych kobiet i noworodków, głównie z powodu braku kadry. Dużo lepszy dostęp do położnej mają mieszkanki dużych miast niż wsi.

Leokadia Jędrzejowska, konsultant krajowy w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologicznego i położniczego, uważa, że na lepszą pracę położnej wpłynęłoby zróżnicowanie stawek na wsi i w mieście. „Na wsi koszt dojazdu do pacjentek objętych opieką znacznie przewyższa oferowane przez NFZ stawki” – napisała do NIK, odnosząc się do zarzutów po kontroli.

NIK przeprowadziła kontrolę w ubiegłym roku w pięciu oddziałach NFZ i u 22 świadczeniodawców. Przyczyną kontroli był wzrost wydatków na te świadczenia o 35 proc. w skali kraju (do 260 mln zł).

Jak za komuny…

Jak za komuny…

Pracownik tyskiej firmy Nexteer Automotive Poland stracił pracę za czytanie związkowej gazety.

Sprawę nagłośniło w środę biuro prasowe śląsko-dąbrowskiej „S”. Według informacji związkowców, pracownik włączył maszynę, którą obsługuje, i czekając aż urządzenie się rozgrzeje wziął do ręki leżący obok numer związkowego tygodnika. To że w czasie potrzebnym na rozgrzanie urządzenia załoga przegląda gazety, dotąd nikomu nie przeszkadzało.

Pracownik miał zostać pouczony przez kierownika, że w firmie jest zakaz czytania „takich rzeczy”; odmówił napisania w tej sprawie notatki służbowej, uważając, że nie ma do tego powodu. Kilkadziesiąt minut później otrzymał wypowiedzenie.

Gdy zwolniony pracownik zapytał o powody, kadrowa stwierdziła, że „chodzi o czytanie związkowej gazety”. Zakład opuścił w eskorcie ochroniarzy. Jego zdaniem, w firmie wydano zakaz czytania jakichkolwiek materiałów związkowych.

Przedstawiciele zarządu firmy, w której od kilku miesięcy trwa konflikt związkowców z Solidarności z zarządem, zaprzeczają, że czytanie związkowej gazety stało się przyczyną zwolnienia pracownika. Nie chcą jednak udzielać bardziej szczegółowych informacji o powodach i okolicznościach zwolnienia.

Zwolniony zapowiada, że o swoje prawa będzie walczył w sądzie. Na drogę sądową sprawę skierował także szef „Solidarności” w Nexteer Grzegorz Zmuda, w czerwcu zwolniony z pracy dyscyplinarnie. Pierwszą rozprawę w jego sprawie zaplanowano na czwartek w wydziale pracy i ubezpieczeń społecznych Sądu Rejonowego w Tychach.

Według Zmudy, zwolniono go za to, że podczas legalnego strajku ostrzegawczego w tyskiej firmie używane były trąbki i gwizdki. Zdaniem przewodniczącego i prawników śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” to zwolnienie było bezprawne.

Polski kapitalizm nie wiele różni się jak widać od „komuny”. Za „ludowej” Polski także szykanowano pracowników i zwalniano ich z pracy za „Solidarność”…

Mocny głos ZNP

Mocny głos ZNP

Związek Nauczycielstwa Polskiego popiera protesty nauczycieli, rodziców i uczniów na Litwie, domagających się odwołania ustawy o oświacie, która z dniem 1 września 2011 r. wprowadziła w szkołach mniejszości narodowych obowiązek nauczania geografii, historii, wiedzy o świecie oraz podstaw wychowania patriotycznego w języku litewskim.

To problem dla tysięcy uczniów, posługujących się dotychczas w domu i szkole językiem polskim i rosyjskim. Uczniów, którzy w tych językach zdawali egzaminy. Zmiany w nauczaniu to także dramat dla dziesiątków polskich i rosyjskich nauczycieli, którzy z dnia na dzień mogą stracić zatrudnienie.

Nauczyciele po obu stronach zdają sobie sprawę, że konsekwencje tej decyzji i eskalacji konfliktu poniosą ich uczniowie.

Związek Nauczycielstwa Polskiego zrealizował film o sytuacji polskich szkół na Litwie: „Łudziliśmy się, że jesteśmy wolni…”.

To reportaż wyprodukowany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego o sytuacji nauczycieli szkół mniejszości na Litwie, pokazujący ich reakcję na politykę władz litewskich.

ZNP chce zainteresować trudną sytuacją szkół mniejszości na Litwie struktury Międzynarodówki Edukacyjnej (EI), licząc na reakcję jej kierownictwa.

Film będzie prezentowany podczas posiedzenia Okrągłego Edukacyjnego Stołu Krajów Europy Środkowo-Wschodniej ETUCE w Kijowie 15 września 2011 r.

W realizacji filmu ZNP pomógł Litewski Związek Pracowników Oświaty i Nauki (Lietuvos švietimo profesinė sąjunga), który jako jedyny oficjalnie poparł protesty nauczycieli szkół mniejszości.

___
Źródło informacji: http://kronika.opzz.org.pl; „Kronika związkowa”, nr 143(2053)/2011.