Kaganiec DRM*

Kaganiec DRM*

Podczas gdy na świecie toczą się dyskusje o gruntownej przebudowie prawa autorskiego i podjęciu próby oparcia go o wolne licencje, Rada Ministrów Unii Europejskiej zdecydowała o przedłużeniu ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych z 50 do 70 lat od chwili publikacji utworu.

Nie przebrzmiały jeszcze echa Europejskiego Kongresu Kultury, na którym intelektualiści snuli wizję wolnej kultury bez ograniczeń, kiedy ich marzenia zostały brutalnie sprowadzone na ziemię przez eurourzędników. W ubiegłym tygodniu Rada Ministrów Unii Europejskiej zdecydowała o przedłużeniu ochrony praw wykonawców i producentów muzycznych z 50 do 70 lat od chwili publikacji. Państwa członkowskie mają dwa lata na wprowadzenie zmian w swoim prawodawstwie.

Apel Rickarda Falkvinge’a, eurodeputowanego ze szwedzkiej Partii Piratów, który podczas wrocławskiego kongresu domagał się, aby Polska głosowała przeciwko dyrektywie, pozostał bez echa. Silniejsze niż ruch wolnej kultury okazały się organizacje muzyków i producentów, które od wielu lat lobbowały za przedłużeniem okresu ochrony.

W porównaniu z kompozytorami i librecistami muzycy byli dotąd rzeczywiście defaworyzowani. Ich prawa podlegały ochronie tylko przez 50 lat, i to od momentu publikacji, czyli premiery płyty czy emisji radiowej nagrania, podczas gdy prawa autorów są chronione jeszcze 70 lat po ich śmierci. Nowe przepisy mają być formą rekompensaty dla wykonawców i sposobem na zmniejszenie dystansu między nimi i autorami.

Wykonawcy masowo poparli dyrektywę. Pod apelem w tej sprawie podpisało się blisko 40 tys. osób z branży muzycznej, w tym Plácido Domingo, Björn Ulvaeus z grupy ABBA i Paul McGuiness, menedżer U2. Czy jednak rzeczywiście oni będą głównym beneficjentem zmian?

Jak wylicza Centrum Ochrony Praw Intelektualnych (CIPP), to nie wykonawcy zarobią najwięcej, ale producenci. Wielkie koncerny zgarniają zazwyczaj dwie trzecie zysków ze sprzedaży nagrań. Dłuższy o 20 lat monopol oznacza dla nich dodatkowe miliony euro zysku, podczas gdy dochody pojedynczego muzyka według obliczeń Komisji Europejskiej wzrosną od 150 euro do maksymalnie 2 tys.

Straty dla kultury są nieprzeliczalne na pieniądze. Nowa dyrektywa poskutkuje tym, że wiele nagrań z przełomu lat 50. i 60. pozostanie jeszcze przez 20 lat własnością wytwórni płytowych i trzeba będzie za nie nadal płacić bez względu na to, czy wygasną prawa autorów muzyki i tekstu. A stawka jest wysoka: na początku lat 60. ukazywały się pierwsze albumy The Beatles i The Rolling Stones, piosenki Cliffa Richarda i Charles’a Aznavoura. W Polsce nagrywali jazzmani tej miary co Krzysztof Komeda i Michał Urbaniak, w muzyce poważnej zaczynali kariery tenor Wiesław Ochman i pianistka Regina Smendzianka. Ich nagrania będą nadal chronione, nawet jeśli wygasną prawa autorskie kompozytorów czy librecistów. Przykład: Ochman śpiewający arie z oper Moniuszki.

Nie przypadkiem jednym z entuzjastów wydłużenia czasu ochrony praw wykonawców jest wielki tenor Plácido Domingo, który poza śpiewaniem przewodniczy Międzynarodowej Federacji Przemysłu Fonograficznego IFPI. Dyrektywa unijna to kolejny etap w walce biznesu muzycznego o zaostrzanie praw autorskich. Wytwórnie domagają się coraz dłuższych okresów ochronnych, aby zrekompensować kurczące się dochody ze sprzedaży płyt i muzyki online. Sprzedaż spada (w zeszłym roku o 7 proc.), bo nowoczesne technologie pozwalają na nieograniczone kopiowanie i przesyłanie muzyki w sieci. Dodatkowym elementem tej gry jest czas: powoli zbliża się moment, kiedy pierwsze nagrania pop z lat 50. zaczną przechodzić do domeny publicznej. Wypuszczenie ich spod kontroli byłoby dla wytwórni ogromną stratą.

To dlatego w ostatnich dwóch dekadach podniesiono pułap ochrony praw autorów z 25 do 70 lat po śmierci, a całkiem serio rozważane są propozycje wydłużenia go o kolejne 25 lat. Również prawa wykonawców miały być chronione przez 95 lat, ale nie zgodziły się na to niektóre państwa, m.in. Polska. W wyniku kompromisu przyjęto 70-letni okres ochrony wykonawców, zarazem jednak wydłużono do tego samego poziomu ochronę praw producentów. Dlaczego? Jak informuje polskie Ministerstwo Kultury, „polski rząd stoi na stanowisku, że wydłużenie czasu ochrony praw producentów fonogramów stanowi rodzaj rekompensaty za straty związane z piractwem i pozwala na zbudowanie zachęt do promowania nowych talentów„.

A więc chodzi o zastrzyk finansowy dla wytwórni, które tracą dochody i nie mają z czego inwestować w promocję nowych wykonawców. Dyrektywa ma im pomóc w walce konkurencyjnej z koncernami amerykańskimi, które mają lepsze warunki do rozwoju – okres ochrony praw producentów wynosi tam 95 lat.

W USA filmy i muzyka to obecnie jeden z najważniejszych towarów eksportowych, i to one są beneficjentem zaostrzania globalnego systemu praw autorskich– przypomina Jarosław Lipszyc z fundacji Nowoczesna Polska. Nowa dyrektywa jest więc przede wszystkim niekorzystna dla krajów takich jak Polska, które są importerem tzw. własności intelektualnej. Im dłuższe okresy obowiązywania praw, tym większy jest strumień tantiem płynących do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Proponowane przedłużenie jest krokiem w kierunku ustanowienia prawa autorskiego jako prawa obowiązującego wiecznie i eliminacji domeny publicznej jako ogólnodostępnego skarbca kultury” – piszą o dyrektywie działacze stowarzyszenia Internet Society Poland (ISOC), polskiego oddziału międzynarodowej organizacji wspierającej rozwój internetu na świecie. Ich zdaniem przedłużenie ochrony negatywnie odbije się na kondycji europejskiej kultury, zmniejszy dostępność utworów, zwiększy koszty produkcji audio i wideo bazującej na istniejących utworach (np. filmy dokumentalne), a także koszty obsługi prawnej.

Nie ulega wątpliwości, że muzycy powinni dostawać wynagrodzenie za swoją pracę i mieć kontrolę nad tym, co dzieje się z ich nagraniami. Pytanie tylko, jakimi metodami to osiągnąć. Na wrocławskim Kongresie wiele mówiono o konieczności poszukiwania nowych modeli biznesowych, dostosowanych do warunków rewolucji cyfrowej i pozwalających uniezależnić się muzykom od wielkich wytwórni. Jednym z nich jest crowd funding, czyli finansowanie z niewielkich dobrowolnych wpłat poprzez internet. Pionierem była tu brytyjska grupa Marillion, która w ten sposób sfinansowała produkcję kilku albumów, a nawet trasę koncertową w Stanach Zjednoczonych.

Nowe kanały dystrybucji dóbr kultury przez internet to szansa dla kompozytorów, autorów i muzyków na osiągnięcie rynkowego sukcesu niezależnie od koncernów medialnych. „Rzeczywiste rozwiązanie problemów wynagrodzenia artystów można osiągnąć przez prawdziwą konkurencję producentów muzycznych i alternatywne formy promocji kultury” – piszą w swoim raporcie aktywiści Internet Society.

Lipszyc: – Polityka zaostrzania prawa autorskiego nie działa na korzyść społeczeństwa i twórców: im więcej restrykcji, tym mniejsza przestrzeń dla uczestników życia kulturalnego. Mam nadzieję, że to już ostatni akord tego szaleństwa.

Prawo autorskie potrzebuje większej elastyczności, o czym mówią już nawet takie osoby, jak Francis Gurry, prezydent Światowej Organizacji Własności Intelektualnej, agencji ONZ. Jeśli nie odwrócimy trendu, to społeczeństwo cyfrowe nie będzie mogło się rozwijać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
_________
DRM – Digital rights management (cyfrowe zarządzanie prawami) – oparty na mechanizmach kryptograficznych lub innych metodach ukrywania treści system zabezpieczeń mający przeciwdziałać używaniu danych w formacie elektronicznym w sposób sprzeczny z wolą ich wydawcy. W założeniu mechanizm taki ma służyć ochronie praw autorskich twórców, w praktyce może być wykorzystany do dowolnego ograniczenia możliwości korzystania z danych w systemach komputerowych i multimedialnych. DRM jest szczególnym przypadkiem systemu zarządzania prawami do informacji, stosowanego także do ochrony informacji objętych różnymi formami utajnienia.
Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Palą pomosty

Palą pomosty

Tylko w ciągu sześciu miesięcy tego roku firmy zlikwidowały kilka tysięcy stanowisk, na których była wykonywana praca w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze. To zła informacja, bo pracując na nich nabywa się prawo do emerytury pomostowej.

Wielu pracodawców się skarży, że muszą płacić składki na emerytury pomostowe za pracowników, którzy nigdy nie uzyskają do nich prawa – mówi Krzysztof Pater, ekspert ubezpieczeniowy, były minister polityki społecznej.

Jednak ustawodawca, wprowadzając ten obowiązek, chciał chronić te osoby przed nieuzasadnioną zmianą charakteru stanowiska. Okazuje się, że ten sposób okazał się nieskuteczny.

Także zatrudnieni nie są zadowoleni z obowiązujących przepisów. Problemy mają ci, których pracodawca nie wpisał do ewidencji pracowników wykonujących prace w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze, o której mowa w art. 41 ust. 4 pkt 2 ustawy z 19 grudnia 2008 r. o emeryturach pomostowych (Dz.U. nr 237, poz. 1656 z późn. zm.). Osoby te mają prawo złożyć do PIP wniosek o wpisanie ich do tych wykazów. Z danych przekazanych przez inspekcje wynika, że do końca czerwca tego roku złożono 3620 takich skarg. Spośród ogólnej liczby spraw 925 zostało zakończonych decyzją nakazującą wpis do ewidencji. Natomiast w 2438 przypadkach byly one negatywne dla pracowników. W sumie wniesiono 1313 odwołań.

Takie decyzje dowodzą, że inspekcja pracy nie chroni pracownika. Decyzje są wydawane na podstawie badań przedstawionych przez pracodawców zainteresowanych utrzymywaniem jak najmniejszej liczby stanowisk w firmie – mówi Andrzej Strębski, ekspert Zespołu Polityki Społecznej, Ubezpieczeń i Rynku Pracy OPZZ.

Wskazuje, że zdarzają się przypadki, że inspekcja nawet nie sprawdza na miejscu, jakie są faktyczne warunki pracy.

Ten zarzut potwierdzają wyroki wojewódzkich sądów administracyjnych. Z uzasadnień do nich często wynika, że PIP ustaliła stan faktyczny w firmie, ale tylko pod względem teoretycznym, oderwanym od rzeczywistych warunków pracy. Tak uznał m.in. 24 maja 2011 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu (sygn.akt II SA/ OP 3/11).

Pracownicy krytykują zasady ustalania zagrożeń występujących na konkretnym stanowisku pracy. Ich zdaniem takie badanie powinno być przeprowadzone w sposób gwarantujący rzetelny wynik.

Pracodawcy powinni je zlecać akredytowanym laboratoriom badającym środowisko pracy – mówi Barbara Krzyśków z Zakładu Zarządzania Bezpieczeństwem i Higieną Pracy CIOP-PIB.

Ze względu na fakt, że w przypadkach spornych pracodawcy nie chcieli przeprowadzać takich badań, ustawa z 9 czerwca 2011 r. o zmianie ustawy o PIP oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. 142, poz. 829) wprowadziła w art. 11 pkt 6a nowe uprawnienie inspektora pracy. W przypadku stwierdzenia braku badań i pomiarów odpowiednich czynników może on nakazać przedsiębiorcy ich wykonania. Firma musi za nie zapłacić. Ponieważ nowy przepis obowiązuje od 8 sierpnia, zdaniem inspekcji nie można jeszcze sprawdzić, jak on działa w praktyce.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

 

Stracona dekada USA

Stracona dekada USA

W biedzie żyje już 46,2 mln obywateli kraju  – czytamy w rządowym raporcie USA – to największa liczba ubogich w ciągu ostatniego półwiecza

Oto wyniki opublikowanego niedawno raportu na temat rocznych dochodów i ubóstwa, United States Census Bureau, za rok 2010:

  • Dochody gospodarstw domowych spadły do tego stopnia, że z powodu kłopotów finansowych milion obywateli zrezygnowało w tym roku z ubezpieczenia zdrowotnego. Trwający od niemal dekady spadek liczby ubezpieczonych doprowadził już do tego, że 16,3 proc. obywateli nie ma dziś ubezpieczenia – to największy odsetek, odkąd zaczęto prowadzić takie statystyki;
  • Liczba Amerykanów, którzy znaleźli się poniżej ustawowej granicy ubóstwa wzrosła o 2,6 mln osób, z tego dwie trzecie nie przepracowało w 2010 roku nawet jednego tygodnia;
  • Średni dochód gospodarstwa domowego spadł o 2,3 proc. do 49 445 dolarów w porównaniu z rokiem poprzednim, a o 7 proc. w porównaniu z rokiem 2000;
  • Liczba biednych dzieci poniżej 18. roku życia osiągnęła najwyższy poziom od roku 1962
  • Najwyższy wskaźnik ubóstwa odnotowano w Missisipi (22,7 proc.), a najniższy w New Hampshire (6,6 proc.). Wśród Kalifornijczyków liczba osób, które znalazły się poniżej granicy ubóstwa w ciągu ubiegłego roku wzrosła do 16,3 proc. – o cały punkt procentowy. Średni dochód gospodarstwa domowego w stanie spadł o 4,6 proc. do 54 459 dolarów. Z danych think tanku California Budget Project wynika, że to największy roczny spadek w notowanej historii;
  • Liczba młodych ludzi w wieku 25-34 lat, którzy ubiegłej wiosny mieszkali z rodzicami sięgnęła 5,9 mln – to wzrost o 25,5 proc. od początku recesji w 2007 roku. Gdyby mieszkali samodzielnie, połowa z nich zaliczałaby się do osób żyjących poniżej granicy ubóstwa;

Raport Census Bureau za relatywny próg ubóstwa przyjmuje dochód w wysokości 11 139 dolarów na osobę samotną rocznie oraz 22 314 dolary na czteroosobową rodzinę. Przy wyznaczaniu oficjalnej granicy ubóstwa nie bierze się pod uwagę bonów żywnościowych, ani ulg podatkowych dla najmniej zarabiających. Gdyby wliczyć beneficjentów tych programów, które w ubiegłym roku kosztowały około 150 mld dolarów, okazałoby się, że poniżej progu ubóstwa żyje o wiele milionów obywateli więcej.

Eksperci są zgodni, że ustawowa granica ubóstwa, opracowana przez rząd w latach 60. nie uwzględnia wielu wydatków i potrzeb życiowych związanych z modelem współczesnej gospodarki. Census Bureau już w październiku ma przedstawić alternatywy sposób mierzenia poziomu ubóstwa w USA.

Census Bureau nie podaje jednoznacznych przyczyn nagłego wzrostu ubóstwa, ale z raportu wynika, że powodem może być niezdolność do tworzenia nowych miejsc pracy.

– Jeśli nie stworzymy więcej miejsc pracy, następne pokolenie boleśnie odczuje to na własnej skórze  – ostrzega Timothy M. Smeeding, dyrektor Instytutu Badań nad Ubóstwem przy Uniwersytecie w Wisconsin. Z badań wynika, że skutki recesji i bezrobocia jeszcze przez wiele lat mogą negatywnie wpływać na zarobki Amerykanów.

Dane opublikowano tuż po ogłoszeniu przez prezydenta Obamę nowego programu pomocowego o wartości 447 mld, przewidującego m.in. cięcia podatków mające ożywić rynek pracy. Raport Census Bureau uznano za ważny głos w debacie nad rolą rządu w pomocy najbiedniejszym i bezrobotnym w czasach deficytu budżetowego i drastycznych cięć wydatków społecznych.

Jak informuje Census Bureau, zasiłki dla bezrobotnych pomogły podźwignąć z biedy 3 mln osób żyjących poniżej granicy ubóstwa. Najnowszy program pomocowy Obamy przewiduje dalsze wypłaty dla osób pozbawionych pracy. Autorzy raportu „kolejny raz podkreślają, że kontynuowanie takich programów jest konieczne dla odbudowy gospodarki”, zaznacza Christine Owens, dyrektor wykonawczy National Employment Law Project, odnosząc się do programu ubezpieczeń dla osób bezrobotnych i ubezpieczeń społecznych.

Polskie partie: dla dobra najbogatszych

Polskie partie: dla dobra najbogatszych

Na zmianach w polityce podatkowej i społecznej wprowadzonych za rządów PiS i PO najmniej skorzystali najbiedniejsi, najwięcej najbogatsi. To wnioski z raportu wyborczego Centrum Analiz Ekonomicznych.

CenEA przyjrzała się, kto zyskał, a kto stracił na zmianach w systemie podatkowym i pomocy społecznej wprowadzonych za rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR i PO-PSL, informuje portal „wyborcza.biz”.

Na zmianach przeprowadzonych w latach 2006-11 zdecydowanie najlepiej wyszli najbogatsi. Ich dochody zwiększyły się średnio o 9,4 proc., czyli prawie o 800 zł miesięcznie, głównie dzięki obniżce podatków, składki rentowej i wprowadzeniu ulgi podatkowej na dzieci.

Znacznie mniej zyskali najubożsi: przeciętnie 5,8 proc., czyli ok. 50 zł miesięcznie. Bo choć wysokość świadczeń socjalnych rosła, to progi dochodowe uprawniające do pomocy od państwa były zamrożone. Nie podniósł ich ani PiS, ani PO. Stąd liczba dzieci dostających zasiłek rodzinny spadła w sześć lat o 18 proc.

Za rządów PiS korzyści z przeprowadzanych zmian rozkładały się względnie równomiernie. Na obniżce składek ZUS, wprowadzeniu ulgi na dzieci i zmianach w pomocy społecznej najbogatsi zyskali 3 proc., a reszta społeczeństwa po ponad 4 proc.

Jednak i tu widać cienie. Zmiany w systemie podatkowym i pomocy społecznej wprowadzone za rządów PiS nie przyniosły korzyści emerytom. Zdecydowana większość środków przeznaczonych na ulgę podatkową na dzieci trafiła do rodzin zamożnych, twierdzi dr Michał Myck, szef CenEA, współautor raportu.

Różnice zaczęły rosnąć zdecydowanie za rządów Platformy. Liczba dzieci dostających zasiłek rodzinny spadła o ok. 620 tys., bo nie rosły progi uprawniające do dostania go.

Na reformie podatkowej (uchwalonej jeszcze za PiS, ale popartej przez PO) zyskali głównie najbogatsi, przeciętnie 550 zł miesięcznie.

Ani PiS, ani PO nie zniosły też podatku Belki, choć obie partie obiecywały to w czasie kampanii wyborczych w 2005 i 2007 r.