Jak szpital w Knurowie prywatyzowano

Jak szpital w Knurowie prywatyzowano

Szpital w Knurowie jest jednym z przykładów na niezgodną z prawem prywatyzację tego rodzaju placówki.

Według orzeczenia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach szpital w Knurowie został sprywatyzowany niezgodnie z prawem. Władze powiatu nie będą się od tego wyroku odwoływać, informuje „Gazeta Wyborcza”.

Według sądu przepisy nie dają podstaw do likwidacji publicznego zakładu opieki zdrowotnej. Ochrona zdrowia to zadanie samorządu, stąd nie może się on go wyrzec na rzecz prywatnej spółki.

Podobne wyroki zapadały wcześniej, m.in. w sprawie wydzierżawienia szpitali w Blachowni oraz w Pszczynie, w całej Polsce było ich już kilkanaście.

Na czele sprywatyzowanego szpitala stanął jego były dyrektor, Michał Ekkert, zdecydowany zwolennik prywatyzacji. Później sprawy potoczyły się szybko i zdecydowanie nie na korzyść szpitala. Jak pisze „GW”: „do spółki mieli wejść wszyscy chętni pracownicy, ale kiedy okazało się, że jedna akcja kosztuje aż 1000 zł, chętnych znacznie ubyło, bo pielęgniarek i innych pracowników średniego szczebla zwyczajnie nie było stać na zakup akcji. Pojedyncze osoby kupiły po jednym udziale. Wśród lekarzy chętnych za to nie brakowało. Niektórzy zainwestowali w szpital po 200 tys. zł”.

Dyrektor Ekkert zainwestował w rezonans magnetyczny, ale takich badań w niespełna 50-tysięcznym Knurowie robi się mało. Nieudana była także inwestycja w oddział chirurgii małoinwazyjnej. Najnowszy pomysł na zarobienie na szpitalu to stworzony kosztem 20 tys. zł oddział onkologii. Kłopot w tym, że 12 km od Knurowa działa Centrum Onkologii w Gliwicach.

Michał Ekkert nie odbiera telefonów od dziennikarzy. Pytanie, czy odbiera je od pacjentów. I ile kosztuje rozmowa. Ze swej strony musimy polecić ten wpis wszystkim zwolennikom prywatyzacji służby zdrowia. Szczególnie tym z Knurowa, o ile jeszcze jacyś się uchowali.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Skąd słabość polskiej lewicy?

Skąd słabość polskiej lewicy?

Polecamy na stronie „Nowych Peryferii” wypowiedź Bartłomieja Kozka w ankiecie na temat kondycji politycznej rodzimej lewicy.

Autor, członek redakcji Zarządu Krajowego Zielonych, publicysta magazynu „Zielone Wiadomości”, w tekście „Myślę, więc mnie nie ma”, stwierdza m.in.: „by w ogóle budować polityczną alternatywę, trzeba umieć przełożyć język wielkich idei na atrakcyjną narrację dotyczącą codziennego życia. W innych krajach, mniej dotkniętych neoliberalnym ukąszeniem, z nieprzerwanymi tradycjami ruchów postępowych, przestrzeń do artykulacji takich marzeń jest znacznie szersza. Nad Wisłą, gdzie – jak trafnie zauważył Adam Ostolski – nadal bardziej ceni się tanią pracę niż innowacyjne myślenie, tej przestrzeni jest znacznie mniej. Z tej perspektywy większym niż rzekoma nieprzystawalność kwestii kulturowych i społecznych, lansowana przez część środowisk lewicowych, jest po prostu brak umiejętności artykulacji własnych interesów i aspiracji przez szerokie rzesze polskiego społeczeństwa. Zabetonowana scena polityczna nie ułatwia przełamania tego marazmu. Oznacza to konieczność albo politycznych kompromisów, albo pogodzenia się z długim marszem i budową społecznej świadomości”.

To drugi głos w ankiecie „Nowych Peryferii”, w ramach której redaktorzy stwierdzają i pytają: „Sytuacja ekonomiczna zachodu jest zła, ale koniunktura dla pozytywnych zmian w polityce i społeczeństwie może okazać się zaskakująco dobra. Możliwe są dzisiaj sytuacje kilkanaście lat temu niewyobrażalne: Jeffrey Sachs wspierający ruch Occupy Wall Street, powstanie masowych, anonimowych ruchów na rzecz sprawiedliwości społecznej wolnego dostępu do informacji.

Czy takie ruchy mogą się stać współczesną platformą myśli lewicowej, czy są jedynie epifenomenem kryzysowej infrastruktury? Czy Gazeta Wyborcza jest bardziej lewicowa od Jarosława Kaczyńskiego? Czy zadeklarowany lewicowiec musi  w Polsce nieustannie rozważać jak pogodzić postulaty emancypacji obyczajowej ze sprawiedliwością społeczną?  Czy lewicowe credo Richarda Rorty’ego jest do zrealizowania w ironicznym liberalizmie, o którym pisze?”.

Cały artykuł można przeczytać tutaj.

American dream?

American dream?

Kongresowe Biuro Budżetowe (CBO) oszacowało, że realne dochody netto 1 proc. najzamożniejszych Amerykanów zwiększyły się w ciągu trzech dekad przed kryzysem niemal trzykrotnie, zdecydowanie bardziej, niż pozostałych 99 proc. społeczeństwa.

Średnie realne dochody po opodatkowaniu 1 proc. populacji o najwyższych dochodach zwiększyły się w latach 1979-2007 o 275 proc. – podaje wyniki obliczeń CBO „Rzeczpospolita”. Zarobki kolejnych 19 proc. najbogatszych Amerykanów wzrosły już „tylko” o 65 proc., podczas gdy 20 proc. najuboższych o 18 procent. W przypadku 60 proc. Amerykanów ze środka drabiny społecznej, wzrost dochodów sięgnął niespełna 40 proc.

Mocno zwiększyły się nierówności społeczne w USA. Przed nastaniem kryzysu finansowego w 2007 r., najzamożniejsza jedna piąta społeczeństwa zarabiała w ujęciu netto więcej, niż pozostali Amerykanie.

Daty graniczne badania wyznaczyły lata bezpośrednio poprzedzające głęboką recesję w USA.

___

Czytaj także tutaj, tutaj.

„Święta” własność prywatna kontra dobro wspólne

„Święta” własność prywatna kontra dobro wspólne

Mazurski Park Krajobrazowy poniósł porażkę w starciu z inwestorem chcącym postawić dom jednorodzinny nad jeziorem Bełdany. Tymczasem bezprawne zagradzanie dostępu do brzegów jezior przez właścicieli prywatnych posesji jest coraz powszechniejsze.

Inwestor zabiega o wydanie warunków zabudowy bez oceny oddziaływania na obszary Natury 2000. Mazurski Park Krajobrazowy domaga się jej przeprowadzenia, gdyż nawet jeden dom jednorodzinny otwiera drogę do zabudowy całej tzw. małej polany o pow. 4 ha, którą dotychczas tworzyły niezabudowane łąki, informuje „Rzeczpospolita”.

Nie jest to pojedyncza sprawa. Jeszcze trochę, a Mazury przestaną być cudem natury. Zabudowa wdziera się coraz głębiej w lasy i coraz bliżej brzegów jezior. Naciski są tak silne, że parkowi zaczyna brakować pieniędzy na opłaty sądowe. Będziemy jednak walczyć do końca – zapowiada Alicja Kruszelnicka, główny specjalista w Mazurskim Parku Krajobrazowym.

Ludwik O., który obok innych osób chce budować dom jednorodzinny nad Bełdanami, działania parku uważa za szykanę, która prowadzi do kolejnych procesów sądowych.

Tymczasem, coraz częstsze jest bezprawne zagradzanie dostępu do brzegów jezior przez właścicieli prywatnych posesji. Zdarza się, że zajmują oni również atrakcyjne grunty Skarbu Państwa, które przylegają do akwenu. Choć powiększanie tym sposobem posiadłości i wydzielanie prywatnych plaż narusza prawa obywateli, pozostaje bezkarne – głównie z powodu słabości i opieszałości urzędników.

Aby zagwarantować swobodny dostęp do zbiorników wodnych, prawo zabrania grodzenia plaż i brzegów – wszelkie ogrodzenia muszą kończyć się 1,5 m od wody. Jednak jedynymi urzędami, które mogą kontrolować przestrzeganie swobodnego dostępu do wód publicznych, są krajowe i regionalne zarządy gospodarki wodnej. NIK negatywnie ocenia ich pracę: urzędnicy nie pilnują przestrzegania zakazu grodzenia, nie reagują na przypadki bezprawnego wykorzystywania gruntów Skarbu Państwa i lekceważą skargi obywateli (przykładowo RZGW w Warszawie na 17 skarg jedną rozpatrzył w terminie, a czterech w ogóle).

Kontrolerzy NIK sprawdzili odcinki linii brzegowych 18 jezior i stwierdzili 125 przypadków bezprawnego zagrodzenia dostępu do wody (m.in. na jeziorach: Wulpińskim, Luterskim, Niegocin i Śniardwy). Plaże bądź nabrzeża poprzecinane są przez siatki, płoty i murki, a fragmenty ogrodzeń prywatnych posiadłości wydzielają prywatne plaże i pomosty, które uniemożliwiają przejście wzdłuż brzegu jeziora, lub utrudniają dojście do kąpieliska. Narusza to prawo obywateli do swobodnego dostępu do wód publicznych.

Równie powszechne jest zjawisko zajmowania przylegających do jezior gruntów Skarbu Państwa przez właścicieli sąsiadujących nieruchomości. Linia brzegowa wszystkich 18 jezior objętych oględzinami przebiegała inaczej, niż zaznaczono na mapach zarządów. Z powodu wieloletnich zaniedbań urzędnicy nawet nie wiedzieli o istnieniu atrakcyjnych działek. Na niekontrolowanym obszarze, który według planów był jeziorem, powstawały prywatne domy letniskowe, parkingi, hangary na łodzie i pomosty. W rezultacie z 85 tys. m2 – formalnie zapisanych jako wody – nielegalnie zabudowano ponad 60 tys. m2.

W ciągu czterech lat (od 2007 r.) na największym polskim pojezierzu zarządy gospodarki wodnej przeprowadziły tylko 10 kontroli sprawdzających swobodę dostępu do jezior (z czego tylko cztery planowe). Każda z tych kontroli ujawniła naruszenie prawa: w dziewięciu przypadkach dotyczyło to uniemożliwienia przejścia wzdłuż brzegu. NIK ma jednak zastrzeżenia do jakości przeprowadzonych postępowań: niemal wszystkie były nieskuteczne, a urzędnicy, pomimo wykrycia nieprawidłowości, nie kierowali zawiadomień do odpowiednich organów.

Izba wezwała do natychmiastowego usunięcia nieprawidłowości. W efekcie kontroli NIK skierowała również osiem zawiadomień do prokuratury i siedem do policji.

Źródło informacji: „Rzeczpospolita”, http://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-dostepie-do-jezior.html