Dzisiaj Bank Transfer Day – światowa akcja przeciw dominacji komercyjnych banków

Dzisiaj Bank Transfer Day – światowa akcja przeciw dominacji komercyjnych banków

Bank Transfer Day to nowa inicjatywa, która kilka miesięcy temu pojawiła się na Facebooku. Zapoczątkowała ją 27-letnia Kristen Christian z Los Angeles, która wzywa do przenoszenia rachunków z wielkich banków do mniejszych lub do unii kredytowych. Na portalu społecznościowym pomysł zyskał poparcie dziesiątek tysięcy osób. Momentem kulminacyjnym akcji będzie dzień 5 listopada. Wtedy też nastąpi jej podsumowanie.

Unie kredytowe to ogólnoświatowe organizacje zbudowane na rodzimym kapitale. Podobnie jak polskie SKOK-i, działają na zasadach spółdzielczych, takich jak dobrowolne i otwarte członkostwo, demokratyczna kontrola, autonomia i niezależność. Kasy skutecznie oparły się kryzysowi, który tak mocno uderzył w banki i ich klientów.

Protest przeciwko kryzysowi i sposobom walki z recesją proponowanym przez wielkie instytucje gospodarczo-finansowe nabrał światowego rozpędu. Wszystko zaczęło się w Hiszpanii, gdzie na początku kwietnia młodzi ludzie wyszli na ulice, by zamanifestować swoje niezadowolenie. Chwilę później w ten sam sposób protestowali obywatele coraz większej liczby krajów. Dziś protesty odbywają się także m.in. we Włoszech, Niemczech, Holandii, Francji, Belgii, Grecji czy Hongkongu. Październikowa manifestacja odbyła się także w Warszawie.

Powstały ruch społeczny łączy wszystkich – ludzi młodych, emerytów, bezrobotnych czy niezadowolonych pracujących, którzy nie chcą być utożsamiani z żadną organizacją polityczną. Ich głównym celem jest wywarcie presji na polityków będących na usługach elit finansowych, by ci wykonywali pracę, do której powołali ich wyborcy, domagając się demokratyzacji gospodarki i rządzenia, apelując, aby obywatele „ponownie zawładnęli polityką”.
– „Władze działają w imieniu niewielu, ignorując wolę większości, bez względu na koszty ludzkie i ekologiczne, które musimy ponosić. Trzeba położyć kres tej niedopuszczalnej sytuacji. Nie jesteśmy towarem w rękach polityków i bankierów. Oni nas nie reprezentują” – piszą działacze na swojej stronie.

Równie silnie swoje niezadowolenie wyrażają obywatele Ameryki. Niezgoda na bezkarność winnych kryzysu finansowego, sprzeciw wobec systemu politycznego, który służy interesom wielkich korporacji, sektora finansowego i garstki najbogatszych obywateli oraz drastyczny wzrost nierówności społecznych – to główne powody powstania wymierzonego w finansowy establishment ruchu Okupuj Wall Street.

Na walce z kryzysem gospodarczym i finansowym powinno zależeć wszystkim ludziom. Inicjatywa Bank Transfer Day jest kolejnym przykładem, że oddolna działalność jednostki może przełożyć się na całe społeczeństwo, a nawet osiągnąć zasięg ogólnoświatowy. Wszystkie akcje i manifestacje, o których tak głośno w mediach, mają charakter czysto społeczny. Są znakiem, że milcząca dotychczas grupa ludzi zyskała głos i zamierza walczyć o lepsze jutro.

_________________
Przedruk za http://www.skok.pl

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Biznes na Polakach

Biznes na Polakach

Nowy raport NBP, omawiany przez „Rzeczpospolitą”, stwierdza, iż złotówka zainwestowana w poprzednim roku w Polsce przez podmioty zagraniczne miała średnio 7,5-procentowy stopę zwrotu, co jak na realia kryzysu gospodarcze jest wynikiem dobrym.

Największą efektywność mieli w Polsce inwestorzy z Rosji – każda wydana przez nich złotówka zaowocowała 1,8 zł zysku. Jednak inwestycje rosyjskie są w Polsce niewielkie, więc znakomita większość zagranicznych zysków z polskiego rynku wypływa do innych krajów. Liderem pod względem wysokości transferu zysków z Polski byli Holendrzy, którzy w 2010 r. „wywieźli” z naszego kraju 2,2 mld euro – znaczna część tej kwoty to wycofanie się Eureko z PZU. Na drugim miejscu pod tym względem figurują Niemcy, na trzecim natomiast Francuzi.

NBP każdego roku przygotowuje raport poświęcony inwestycjom zagranicznym z poszczególnych państw, wielkości zysków zagranicznego kapitału w Polsce oraz wysokości kwot przetransferowanych do macierzystych krajów. Analizuje także strukturę tych ostatnich. W 2010 r. niemal połowa dochodów inwestorów zagranicznych została im wypłacona przez polskie spółki w postaci dywidendy, a kolejne 15% trafiło za granicę jako odsetki od pożyczek udzielonych polskim filiom przez zagraniczne centrale. Warto też podkreślić, że wedle badań NBP zaledwie niespełna 40% zysku polskich filii zagranicznych spółek ponownie zainwestowano w naszym kraju w celu wzmocnienia ich kondycji, modernizacji itp.

Tak knują szuje

Tak knują szuje

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, „Lewiatan” przygotował kolejny pakiet propozycji spod znaku „reform”. Obejmują one skrócenie maksymalnego okresu pobierania zasiłku dla bezrobotnych do 6 miesięcy oraz powiązanie jego wysokości ze średnim miesięcznym wynagrodzeniem danej osoby w ostatnim roku pracy przed rejestracją w urzędzie pracy. Zdaniem „Lewiatana”, 12-miesięczne uprawnienie do pobierania zasiłku w powiązaniu z wysoką stopą bezrobocia zniechęca do podejmowania pracy, a zachęca do pozostawania w rejestrach urzędów pracy.

Nie tylko skrócenie okresu pobierania zasiłku miałoby zmusić bezrobotnych do aktywnego poszukiwania pracy, lecz także zmiana zasad jego wyliczania. Pracodawcy proponują, żeby w pierwszych 3 miesiącach pobierania zasiłku jego wysokość była równa 25 proc. płacy minimalnej plus 15 proc. wynagrodzenia indywidualnego. W kolejnych 3 miesiącach wynosiłaby odpowiednio 15 proc. plus 15 proc.

Pracodawcy wyliczają, że wprowadzenie tych zmian spowoduje, że stopa zastąpienia (relacja zasiłku do zarobków) dla tych, którzy pracując, otrzymywali płacę minimalną (obecnie 1386 zł), odpowiadałaby 40 proc. przez pierwsze trzy miesiące pobierania zasiłku i 30 proc. w kolejnych miesiącach. Dla osób z zarobkami bliższymi średniej krajowej stopa zastąpienia nieznacznie podniosłaby się. Natomiast ci bezrobotni, którzy jako pracownicy zarabiali kwotę odpowiadającą płacy minimalnej. Obecnie mają stopę zastąpienia wynoszącą 53 proc. – według propozycji Lewiatana powinno to być 40 proc.

Nas pomysły „Lewiatana” nie dziwią, bo one od lat są właśnie takie – mają „uzdrawiać budżet” zabieraniem biednym, zamiast sięgnięciem do przepastnych i pełnych kieszeni członków „Lewiatana”. Tym razem zaintrygowała nas jednak skala bezczelnej manipulacji lobby pracodawców. Po pierwsze, większość bezrobotnych już dzisiaj korzysta z zasiłku tylko przez pół roku, bo zasiłek 12-miesięczny przysługuje tylko tym, którzy zamieszkują na obszarze dużego bezrobocia (powyżej 150% przeciętnej stopy bezrobocia w skali kraju) lub powyżej 50. roku życia i zarazem mającym przynajmniej 20-letni staż pracy. Po drugie, zasiłek ten wynosi zaledwie 742 zł przez pierwsze trzy miesiące i 582 zł przez kolejnych 9 miesięcy – trudno to uznać za kwotę skłaniającą do „wygodnickiego” siedzenia w domu zamiast szukania pracy. Po trzecie wreszcie, nijak nie możemy zrozumieć, jak odebranie lub obniżenie zasiłku ma zmobilizować do podejmowania zatrudnienia, skoro miejsc pracy drastycznie brakuje. Gdyby w Polsce wolnych etatów był nadmiar, wówczas można byłoby się zastanowić nad „wypędzaniem” ludzi na rynek pracy – dziś będzie to jedynie wpędzanie ich w jeszcze większą biedę.

Niemcom zazdrościmy prawicy

Niemcom zazdrościmy prawicy

Rządząca w Niemczech chadecka partia CDU zamierza opowiedzieć się na listopadowym kongresie w Lipsku za wyznaczeniem ustawowej granicy najniższego wynagrodzenia. To kolejny zwrot w lewo w polityce kanclerz Angeli Merkel.

– „W ocenie kanclerz Merkel chodzi tu o godność pracy” – powiedział w poniedziałek rzecznik niemieckiego rządu, Georg Streiter, cytowany przez Polską Agencję Prasową. Według niemieckich mediów, Merkel poparła projekt uchwały na kongres CDU, postulujący wprowadzenie ustawowej „dolnej granicy wynagrodzenia”, przeforsowany przez skrzydło chadecji reprezentujące interesy pracowników. Przedstawiciel tego skrzydła, Karl-Josef Laumann wyraził przekonanie, że postulat ten poprze również ogromna większość delegatów na zjazd CDU w Lipsku w połowie listopada.

Propozycja chadeków przewiduje, że wysokości płacy minimalnej nie będzie jednak ustalał rząd czy parlament, ale specjalna komisja, złożona z przedstawicieli związków zawodowych i pracodawców. Poziom najniższych wynagrodzeń byłby zbliżony do tych, jakie ustawowo otrzymują pracownicy tymczasowi – co najmniej 7,79 euro za godzinę na zachodzie Niemiec oraz 6,89 euro za godzinę we wschodnich krajach związkowych. Płaca minimalna obowiązuje w Niemczech tylko w niektórych branżach, jak np. opieka nad osobami starszymi i chorymi, budownictwo czy sprzątanie budynków. Nie są to jednak stawki jednolite. Także we wschodnich krajach związkowych Niemiec ustawowe płace minimalne często są niższe niż na zachodzie.

Dotychczas chadecja odrzucała wprowadzenie jednolitego minimalnego wynagrodzenia dla wszystkich branż, czego z kolei od lat domagają się związki zawodowe, a także socjaldemokracja, Zieloni i Lewica. Związkowcy i opozycja argumentują, że tysiące ludzi w Niemczech pracują za stawki uwłaczające ich godności, jak 4-5 euro za godzinę. Niektórzy pomimo pracy zawodowej zmuszeni są korzystać dodatkowo z zasiłków socjalnych. Zmiana stanowiska w sprawie płacy minimalnej to kolejny zwrot w lewo w programie CDU pod kierownictwem Angeli Merkel.

Plany wprowadzenia granicy najniższego wynagrodzenia zablokować mogą liberałowie z FDP. Sekretarz generalny tej partii, Christian Lindner, potwierdził że jego ugrupowanie odrzuca ustawową płacę minimalną, której wysokość ustalałby rząd. Oczywiście przeciwko są także władze Zrzeszenia Niemieckich Pracodawców.