Porażka liberałów

Porażka liberałów

Mieszkańcy stanu Ohio znaczną większością odrzucili w referendum republikańską ustawę wymierzoną w związki zawodowe i pracowników sektora publicznego.

We wtorek w amerykańskim stanie Ohio odbyło się referendum w sprawie ustawy stanowej, uchwalonej przed kilkoma miesiącami z inicjatywy republikańskiego gubernatora, Johna Kasicha. Ustawa w znaczący sposób ograniczała prawa pracowników sektora publicznego, m.in. prawo do strajków oraz negocjowania i zawierania zbiorowych układów ws. warunków pracy. Akt prawny przyjęty w stanie Ohio wzorowany był na nieco wcześniejszej ustawie ze stanu Wisconsin. W tym ostatnim stanie republikańskie władze nie poszły jednak tak daleko, bo podtrzymały dotychczasowe zasady pracy dla niektórych grup zawodowych, jak strażacy czy policjanci, ograniczając prawa „tylko” innych pracowników sektora publicznego – w sumie 300 tysięcy osób. Oczywiście w obu stanach wprowadzenie nowych ustaw motywowano „koniecznością oszczędności”.

Ustawy stanowe z Wisconsin i Ohio były przyczyną znacznego oporu społecznego i masowych protestów. W pierwszym ze stanów protesty trwały przez kilka tygodni, brały w nich udział dziesiątki tysięcy osób, a kontrowersyjna decyzja władz była nawet podważana przez sąd. Po przegraniu tamtej batalii, pracownicy, związkowcy i mieszkańcy stanu Ohio postanowili sięgnąć po broń w postaci referendum. W trakcie ogólnokrajowych referendów stanowych poddano w tym stanie pod głosowanie wspomnianą ustawę. 8 listopada wyborcy zadecydowali znaczną większością (62 do 38%), że prawo wymierzone w pracowników i związki zawodowe powinno zostać odrzucone.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

11.11.11 Inaczej – list otwarty środowisk wolnościowych, lewicowych i działaczy społecznych

11.11.11 Inaczej – list otwarty środowisk wolnościowych, lewicowych i działaczy społecznych

Porozumienie 11 listopada uzasadnia swoje działania koniecznością wyciągania odpowiednich wniosków z historii. W takim ujęciu Marsz Niepodległości ma się wpisywać w ciąg, którego wcześniejszymi ogniwami były uliczne walki z bojówkami narodowej prawicy w dwudziestoleciu międzywojennym oraz zbrodnie nazistowskiej III Rzeszy. Organizatorzy blokady Marszu piszą o „faszyzmie”, „rasizmie” i „nacjonalizmie” w taki sposób, że w ich użyciu stają się one wyrażeniami wymiennymi. Ahistoryczne porównania, brak analizy sytuacyjnego kontekstu, pojęciowa żonglerka i gry skojarzeniami oddziałującymi głównie na emocje były dotąd standardowymi narzędziami propagandowymi elit władzy i biznesu a nie inicjatyw na rzecz oddolnej partycypacji obywatelskiej.

Nacjonalizmy wieku XIX, XX i współczesne przybierały i nadal przybierają bardzo różne formy – niekoniecznie szowinistyczne, ksenofobiczne i politycznie zachowawcze. Często były i są narzędziem emancypacji społeczeństw poddanych kolonialnej dominacji lub neokolonialnym zależnościom. Tradycja polityczna Narodowej Demokracji jest nam zdecydowanie obca, ale jej utożsamienie z faszyzmem to nadużycie. Nie wszystkie wreszcie historyczne ruchy faszystowskie miały rasistowski charakter. Piszemy to nie celem usprawiedliwienia czegokolwiek tylko wyrażania prawdy. Nie czujemy potrzeby przekłamywania obrazu przeciwnika by go politycznie zwalczać. Ponadto pomysł prowadzenia walki politycznej drogą fizycznej eliminacji wydaje nam się dość prymitywny w swoich założeniach. Blokady manifestacji narodowców przypominają w tym głośne kampanie „Zera Tolerancji” (np. wobec bezdomnych czy osób uzależnionych), w których usuwanie z widoku publicznego najbardziej jaskrawych przejawów negatywnych zjawisk bez sięgania do ich przyczyn przedstawiane jest jako panaceum na problemy społeczne o skomplikowanym podłożu i wymagające bardziej kompleksowych rozwiązań.

Geneza i czynniki rozwoju faszyzmu oraz mechanizmy działania hitlerowskiego reżimu były i wciąż są przedmiotem naukowych debat i sporów. Wyzierające z komunikatów Porozumienia 11 Listopada i wyrażane w zaproszeniach na blokadę przeświadczenie, że samo zaistnienie w przestrzeni publicznej treści ksenofobicznych stanowi przesłankę rasistowskich represji i ludobójstwa to jedynie hipoteza wymagająca udowodnienia, w dodatku co najmniej kontrowersyjna w świetle badań i refleksji nad nowoczesnością przemysłu Zagłady czy „banalnością zła” wykonawców eksterminacyjnej polityki Rzeszy z jednej strony i udziału wielu radykalnych narodowców w antynazistowskiej konspiracji (w tym: pomocy w ratowaniu i ukrywaniu Żydów) z drugiej. Poza tym gdyby propozycję Porozumienia 11 listopada o „lekcji z historii” traktować konsekwentnie, należałoby przypomnieć tragiczne losy ruchów antyfaszystowskich z lat 30. i 40., instrumentalnie wykorzystywanych przez formacje i środowiska podległe stalinowskiemu Kominternowi. Taka poszerzona perspektywa każe nam co najmniej wątpić w sensowność niedookreślonego politycznie „antyfaszyzmu” w 2011 r., czyli kilkadziesiąt lat po okresie w którym na masową skalę torturowano, skazywano na śmierć lub wieloletnią katorgę w łagrach pod urojonymi zarzutami np. „agenturalnej działalności na rzecz faszyzmu”.

Organizacje odpowiadające za Marsz Niepodległości nie mają żadnego znaczenia politycznego ani zaplecza społecznego. Niewielkie grupki, których aktywność sprowadza się do manifestowania swojego istnienia w dni historycznych rocznic (w dodatku podkradanych innym środowiskom ideowo-politycznym: od ustanowionego świętem państwowym przez sanację 11 listopada po… 1 Maja) reprezentują de facto subkulturowy folklor. W tej sytuacji ogłaszana z medialnym hukiem (nieporównywalnym do większości kampanii społecznych w trapionej atrofią postaw obywatelskich Polsce) blokada Marszu Niepodległości dowartościowuje uczestników tego ostatniego i zapewnia mu darmowy rozgłos. Oprócz (w naszej opinii zupełnie niepotrzebnego) cierpiętniczego splendoru dla narodowców, logika sytuacji pośrednio działa też na korzyść władz Warszawy i Polski, które mogą przedstawić się zdezorientowanej opinii publicznej w roli gwarantów spokoju społecznego, naruszanego przez hałaśliwych ekstremistów. Nie widzimy żadnego powodu, dla którego mielibyśmy sprawiać taki prezent ekipie rządzącej. Dlatego nie zgadzamy się na podpuszczanie nas na zagubionych i ogłupionych szowinistyczną sieczką, ale zarazem wywodzących się w znacznej mierze z grup społecznie wykluczonych ludzi.

Filip Białek, Nowe Peryferie
Agnieszka Brytan, dziennikarka
Piotr Drosd
Agnieszka Handschke
Marian Karaś, www.bezjarzmowie.info.ke
Piotr Kuligowski, student historii UAM, redaktor lewica.pl
Konrad Malec
Remigiusz Okraska, publicysta
Bartosz Oszczepalski, dziennikarz
Zbigniew Partyka, marksista, Warszawa
Krzysztof Posłajko
Lech Przychodzki www.infopol.lt, www.bezjarzmowie.info.ke, „Inny Świat”
Wiktor Sadłowski
dr Adam Sandauer, honorowy przewodniczący Stowarzyszenia Primum Non Nocere
Michał Sobczyk
Edward L. Soroka, www.bezjarzmowie.info.ke, www.infopol.lt
Szymon Surmacz
Janusz P. Waluszko, Ruch Społeczeństwa Alternatywnego
Krzysztof Wołodźko

Kraj nie-raj

Kraj nie-raj

W ciągu ostatnich 10 lat w USA wzrosła liczba osób żyjących na obszarach skrajnej biedy.

Najnowszy raport Brookings Institution przynosi niewesołe informacje. Miniona dekada przyniosła wzrost osób żyjących w Stanach Zjednoczonych na „obszarach skrajnej biedy”. Obecnie zamieszkuje tego rodzaju tereny ponad 10% ludności USA – w ciągu dekady ów odsetek wzrósł o 1%.

Mowa o obszarach stanowiących getta biedy. Są to tereny – zazwyczaj dzielnice dużych miast – gdzie minimum 40% populacji ma dochody niższe niż próg ubóstwa. Za takowy uważa się natomiast roczny dochód poniżej 22,3 tys. dolarów rocznie na 4-osobową rodzinę.

W roku 1990 na „obszarach skrajnej biedy” żyło 14% Amerykanów. Odsetek ten sukcesywnie malał w latach 90., by w roku 2000 spaść poniżej poziomu 10%. Pierwsza dekada XXI wieku przyniosła znów trend negatywny.

Kto więcej może, ten lepiej pracuje

Kto więcej może, ten lepiej pracuje

Pracownicy są bardziej zadowoleni i zmotywowani, gdy ich głos jest wysłuchiwany w miejscu pracy, kiedy samodzielnie mogą organizować swoją pracę i korzystać z elastycznych systemów czasu pracy. A także gdy większy wysiłek i lepsze rezultaty są powiązane ze wzrostem płac i możliwością podnoszenia kwalifikacji.

Portal HrNews.pl przytacza powyższe wnioski z raportu podsumowującego badania przeprowadzone przez Eurofound i PKPP Lewiatan. Wynika z nich, iż zmiany w organizacji pracy, upowszechnienie pracy w autonomicznych zespołach, wprowadzenie różnych form elastycznego czasu pracy, rozmaitych form udziału pracowników w zyskach i we własności firmy oraz dobrze działający dialog społeczny przyczyniają się nie tylko do poprawy warunków pracy i zatrudnienia, ale mogą mieć także wyraźnie pozytywny wpływ na wydajność pracowników i wyniki firm.

Przeprowadzone przez Eurofound pogłębione studia przypadków przedsiębiorstw pokazują wyraźne powiązania między niektórymi rozwiązaniami poprawiającymi warunki pracy w firmach i ich pozytywnym wpływem na wydajność pracy i wyniki. Systematyczne badanie potrzeb szkoleniowych pracowników, oferowanie szkolenia przed podjęciem przez pracowników nowych zadań oraz udzielenie czasu wolnego na szkolenia, są najmocniej powiązane z poprawą wydajności i wynikami. Motywacyjne systemy wynagrodzeń oparte o wyniki, a także praca w zespołach, a zwłaszcza w autonomicznych zespołach, przyczyniają się także do dobrego klimatu w miejscu pracy oraz dobrej sytuacji gospodarczej przedsiębiorstw.

Skuteczność niektórych praktyk wymaga jednak osiągnięcia masy krytycznej, aby przyniosły efekty. Wspomniane badania wskazują, że np. wprowadzenie organizacji pracy w ramach autonomicznych zespołów roboczych powinno objąć co najmniej 25% pracowników danej firmy. Niestety, jak stwierdzają autorzy analizy, świadomość potencjalnych sposobów poprawy wydajności i wyników w przedsiębiorstwach jest ograniczona.

Powyższe wywody można by porównać z dawnymi wywodami „radzieckich naukowców”. Oto bowiem geniusze biznesu, najbardziej kreatywna warstwa świata, czyli przedsiębiorcy, odkrywają zjawiska i fakty znane od wielu dekad, setki razy dowiedzione w praktyce i opisane przez publicystów. „Obywatel” od 11 lat promuje samorządność robotniczą, partycypację pracowniczą, współudział zatrudnionych we własności przedsiębiorstwa itp. Dlatego też takie wnioski, jakie formułuje wspomniany raport, możemy skwitować jedynie terminem „oczywista oczywistość”. Mimo iż dysponujemy niewspółmiernie mniejszymi środkami na badania niż Eurofound i „Lewiatan”.