Jednym luksus, innym dziury

Jednym luksus, innym dziury

Powiaty domagają się wprowadzenia mechanizmu finansowania z budżetu państwa obudowy dróg lokalnych, które uległy zniszczeniu wskutek budowy, przebudowy lub modernizacji autostrad i dróg ekspresowych.

Konwenty Powiatów Województwa Łódzkiego i Województwa Lubelskiego podczas wspólnego posiedzenia w dniu 26 października przyjęły stanowisko, w którym domagają się uruchomienia Narodowego Programu Rewitalizacji Dróg Lokalnych. W apelu napisano m.in. „Drogi lokalne nie są przystosowane do dużych obciążeń transportowych związanych z dojazdem do realizowanych inwestycji. Inwestorzy bardzo rzadko zapewniają właściwy dojazd poprzez budowę dróg technologicznych (serwisowych). Natomiast transport realizowany na potrzeby tych inwestycji prowadzony jest po drogach powiatowych i gminnych. Taka sytuacja prowadzi do całkowitej dewastacji okolicznych dróg lokalnych”.

Autorzy stanowiska wspominają, że w obu województwach miały miejsce liczne przypadki zdewastowania dróg lokalnych podczas prac przy budowie autostrad i dróg szybkiego ruchu. Władze samorządowe napotykały też na liczne przeszkody przy próbach wyegzekwowania od inwestorów dokonania napraw lub wypłacenia odszkodowań za zniszczenia. „Samorządy lokalne nie posiadają środków na rewitalizację tych dróg, a bezwiednie stały się współuczestnikami procesu inwestycyjnego prowadzonego ze środków budżetu państwa. Po zakończeniu inwestycji drogowych realizowanych przez państwo dojdzie do sytuacji, kiedy będą przez nasz kraj przebiegały nowe autostrady i drogi ekspresowe, nie będzie natomiast odpowiedniej jakości dróg lokalnych, żeby do tych nowych autostrad i dróg ekspresowych dojechać” – napisano w stanowisku.

Autorzy apelu domagają się pilnego uruchomienia programu rządowego, który powinien służyć zabezpieczeniu przez państwo interesów poszkodowanych samorządów i przy pomocy dotacji budżetowych umożliwić sprawną odbudowę zniszczonych dróg lokalnych.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Minister Jacek Pavulon

Minister Jacek Pavulon

Brakuje pieniędzy na opłacenie najuboższym ogrzewania i leków. To efekt decyzji ministra finansów, Jacka Rostowskiego, który nagle zmniejszył subwencję na ten cel.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, w wielu miejscowościach w całym kraju dramatycznie wygląda sytuacja osób najuboższych. Ośrodki pomocy społecznej, które dotychczas wspierały ich niewielkimi zasiłkami lub pomocą rzeczową, musiały znacznie ograniczyć lub wręcz wstrzymać takie działania. To skutek decyzji ministra finansów Jacka Rostowskiego, który w połowie roku niespodziewanie, bez zapowiedzi, zmniejszył subwencję na zasiłki stałe do 80%. Resort tłumaczył to zapisami ustawowymi, które pozwalają z budżetu państwa finansować właśnie taką część świadczeń – resztę muszą dołożyć samorządy lokalne. Tyle że ta nowa interpretacja przepisów – dotychczas stosowano inną – została oznajmiona nagle, w czerwcu, gdy roczny budżet samorządów był od dawna zaplanowany.

Zasiłki tego rodzaju otrzymują osoby niezdolne do pracy. Ich dochód nie może przekraczać 351 zł na osobę w rodzinie albo 477 zł w przypadku osoby samotnej. Od ośrodków pomocy społecznej mogą dostać od 30 do 444 zł miesięcznie. Pobiera je 184 tys. osób w całej Polsce.

Niektóre samorządy dołożyły do zasiłków środki z rezerw budżetowych. Danuta Bojarska, dyrektorka MOPS w Stargardzie Szczecińskim, mówi gazecie: „Już w październiku musieliśmy opóźnić wypłaty, bo nie dostaliśmy pieniędzy na czas. Pomógł prezydent miasta. Inaczej 500 osób zostałoby bez zasiłków. Tak mają chociaż na jedzenie, bo przecież zasiłki są niskie. Nie wystarczą nawet na minimum egzystencji”.

Nie wszędzie jest jednak tak „dobrze”. Zbigniew Pawłowski, dyrektor MOPS w Elblągu, informuje: „Na wypłatę zasiłków zabrakło nam 95 tys. zł, ale z gminy nie dostaliśmy ani złotówki. Nie mieli skąd wziąć pieniędzy, bo o obcięciu dotacji dowiedzieliśmy się w połowie roku”. Skutek? Zmniejszenie zasiłków celowych z zawrotnej kwoty 200 zł do 80 zł… Marzena Blachowska z Ośrodka w Lipnie, wyjaśnia: „Brakuje pieniędzy na węgiel i na leki ratujące życie. Zamiast 200 zł dawaliśmy po 100 zł, teraz może chociaż po dwa worki węgla dostaną”.

Co na to Ministerstwo Finansów? – „Dotacja w przyszłym roku wyniesie do 100 proc., a nie jak rok temu do 80 proc.” – mówi Małgorzata Brzoza, rzecznik ministerstwa. Jak słusznie zauważa jednak „Gazeta Wyborcza”, znana przecież z braku poparcia dla „socjalu”, zwrot „do 100 procent” wcale przecież nie oznacza „100 procent” – równie dobrze może to być w roku przyszłym lub w latach kolejnych np. właśnie 80%.

Ministrowi Rostowskiemu być może wkrótce przyjdzie do głowy jakiś nowy pomysł na „oszczędności”. Może zakup pavulonu i rozesłanie go do ośrodków pomocy społecznej zamiast mizernych środków na zasiłki? Skutek będzie podobny, a wśród elektoratu Platformy Obywatelskiej niewielu przecież jest świadczeniobiorców „rozdętego socjalu” w wysokości 80 PLN.

Kłamstwo? No pasaran!

Kłamstwo? No pasaran!

Zachęcamy do podpisania petycji, która domaga się od mediów zaprzestania zwrotów „polskie obozy koncentracyjne”, „polskie obozy zagłady” itp. Celem jest zebranie pod apelem miliona podpisów – obecnie sygnowało go już 300 tysięcy osób.

Pomysłodawcą akcji jest amerykański dziennikarz mający polskie korzenie, Alex Storożyński, prezes Fundacji Kościuszkowskiej. W swoim apelu napisał: „Jeżeli sześć milionów obywateli Polski mogło oddać swoje życie podczas drugiej wojny światowej, to myślę, że milion Polaków może teraz złożyć swoje podpisy, aby ich w ten sposób uhonorować”. Uważa on, że używanie terminu „polski obóz koncentracyjny” i „polski obóz śmierci” w odniesieniu do obozu zagłady w Auschwitz i innych nazistowskich obozów koncentracyjnych na terenie okupowanej Polski prowadzi do powstania mylnego przekonania, że to Polacy byli odpowiedzialni za Holokaust.

W tekście petycji napisano: „Termin powyższy jest sformułowaniem fałszywym, zniekształcającym historię i bezczeszczącym pamięć sześciu milionów Żydów pochodzących z dwudziestu siedmiu krajów, zamordowanych przez nazistowskie Niemcy w czasie II wojny światowej. Użycie sformułowania »obóz koncentracyjny« w konotacji z Polską jest szczególnie obraźliwe dla samych Polaków, którzy na skutek wojny doznali dotkliwych szkód, tracąc 1/6 całej populacji”. Autorzy apelu przypominają, że Polska była pierwszym krajem zaatakowanym przez hitlerowskie Niemcy, w którym pomoc Żydom była zabroniona pod groźbą kary śmierci.

Kluczowym fragmentem odezwy jest następujący fragment: „Przekonani o tym, że dziennikarzom znana jest dramatyczna historia okresu II wojny światowej, a celem ich pracy jest przedstawianie szerokim kręgom czytelników prawdy oraz naświetlenie faktów, my niżej podpisani uznajemy użycie terminu »polskie obozy koncentracyjne« za niezgodne z etyką dziennikarską. Tym samym występujemy z wnioskiem do »The New York Times«, »The Wall Street Journal«, »The Washington Post« i The Associated Press o zaprzestanie jego stosowania oraz o wprowadzenie poprawek do zbioru ogólnych określeń (tzw. stylebook) w celu zapewnienia następnym artykułom historycznej dokładności poprzez użycie oficjalnej nazwy »niemieckie obozy koncentracyjne w okupowanej przez nazistów Polsce«, przyjętej przez UNESCO w 2007 roku”.

Akcja przyniosła już efekty – stosowną formułę zmienił w swoim stylebooku „The New York Times”. Organizatorzy akcji chcieliby, aby podpisy pod apelem złożyło przynajmniej milion osób. Obecnie sygnatariuszy jest niemal 300 tysięcy, a wśród nich m.in. Lech Wałęsa, Piotr Cywiński (dyrektor Muzeum w obozie w Auschwitz), Bronisław Komorowski, Michael Schudrich – naczelny rabin Polski, Zbigniew Brzezinski, Norman Davies, Radosław Sikorski, Gen. Roman Polko, Andrzej Wajda, Krzysztof Penderecki, Stanisław Sojka, Daniel Olbrychski, ks. Adam Boniecki oraz kilku amerykańskich senatorów i kongresmanów.

Zachęcamy do złożenia podpisu – można to uczynić pod tym adresem.

_____________________
Na podstawie „Naszego Dziennika” z dn. 7 grudnia 2011 oraz materiałów ze strony internetowej organizatorów akcji.

Warszawska Republika Bananowa

Warszawska Republika Bananowa

Niedawno sprywatyzowano Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, a już płyną niepokojące sygnały od pracowników nowego właściciela – firmy Dalkia Polska.

– „Nowy właściciel w ramach redukowania kosztów najwyraźniej zamierza pozbyć się węzłów ciepłowniczych, które nasza firma przejmowała sukcesywnie od spółdzielni mieszkaniowych i wspólnot” – alarmują związki zawodowe SPEC. Być może spółdzielnie i wspólnoty same będą musiały utrzymywać węzły ciepłownicze, a mieszkańcy zapłacą za to wyższymi czynszami – informuje „Życie Warszawy”. Takich węzłów w Warszawie jest ok. 15 tys. Z tego niemal 3/4 przejął i utrzymuje SPEC, reszta znajduje się na terenach przedsiębiorstw. Związkowcy napisali w tej sprawie do władz miasta, ale odpowiedziano im w sumie logicznie – że to sprawa spółki Dalkia Polska. Nie po to miasto sprzedało majątek, żeby teraz zajmować się czym więcej niż przejadaniem forsy z tej transakcji.

Niepokojące wieści docierają też do warszawskich spółdzielni mieszkaniowych. – „Rzeczywiście krążą słuchy, że SPEC chce się wycofać z utrzymywania węzłów. A wtedy wzrośnie zaliczka na utrzymanie tzw. części wspólnych domów. O ile, trudno jeszcze dziś powiedzieć. Dużo będzie zależało od stanu węzła, koniecznych napraw i stawek, jakich zażądają konserwatorzy” – mówi gazecie szefowa wspólnoty mieszkaniowej przy ul. Obozowej, Justyna Marciniak. Mniej ostrożna jest Barbara Różewska z Konfederacji Warszawskiej, zrzeszającej spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe. Stwierdza ona: „To szukanie zysku prywatnej firmy kosztem spółdzielców. Wymiana np. jednej pompy to koszt 60-70 tys. zł. Spółdzielnie musiałyby znacznie podnieść opłaty na fundusz remontowy. Im mniejsza spółdzielnia, tym podwyżki większe”.

Rzecznik SPEC Monika Mazurkiewicz przekonuje, że nie ma powodów do obaw: „Rzeczywiście chcemy koncentrować się na naszej podstawowej działalności. Ale nie oznacza to wcale, że pozbędziemy się węzłów cieplnych. Nadal będziemy zajmować się ich konserwacją i obsługą i tym, co decyduje o jakości i terminowości dostaw ciepła do odbiorców. Ale niektóre zadania realizowane dotychczas siłami spółki stopniowo będą zlecane zewnętrznym firmom”. Takie rozwiązanie jednak również oznacza przerzucanie kosztów na odbiorców. – „Teraz konserwator wysłany przez SPEC bierze od węzła ok. 50 zł miesięcznie, ale ma do obsłużenia duże tereny. Inaczej spółdzielnie  musiałyby zatrudniać ich indywidualnie, więc koszty utrzymania byłyby wyższe – ocenia B. Różewska.

Z czego wynikają takie plany SPEC? Tym razem już z jawnych i potwierdzonych informacji. Firma chce znacząco zmniejszyć liczbę pracowników i szeroko stosować tzw. outsourcing usług. Dziś zatrudnia ok. 1,7 tys. osób.  – „Docelowy model przewiduje tysiąc pracowników” – mówi rzeczniczka Mazurkiewicz. Pytana przez gazetę o gwarancje zatrudnienia, które Dalkia przed prywatyzacją zawarła w obowiązującym pakiecie socjalnym, odpowiada: „My nie zwalniamy. Proponujemy program dobrowolnych odejść, więc decyzje pozostawiamy pracownikom. Postanowienia pakietu są respektowane”. Dobrowolność decyzji jest jednak dość specyficzna: do kwietnia 2012 r. na listy chętnych do odejścia powinno się wpisać 350 osób. Oczywiście otrzymają odprawy, ale w kwestii redukcji zatrudnienia niczego to nie zmieni.

Tak się wychodzi na prywatyzacji – oznacza ona wyższe ceny usług, wzrost bezrobocia, no i zupełny brak kontroli nad podmiotem, który do niedawna był własnością publiczną. Warto przypomnieć, że przeciwnicy prywatyzacji SPEC zebrali ponad 150 tysięcy podpisów pod żądaniem referendum w tej sprawie – władze Warszawy jednak doszukały się wśród nich aż 40 tysięcy podpisów ponoć nieważnych i uznały, że nie muszą się liczyć z opinią ponad stu tysięcy mieszkańców stolicy. Chyba warto z tej okazji zmienić nazwę dworca Warszawa Centralna na Warszawa Bananowa. Od republiki bananowej – w nich też są takie prywatyzacje, takie traktowanie obietnic przez „inwestorów” i takie lekceważenie głosu społeczeństwa.