Lichwo, ojczyzno moja…

Lichwo, ojczyzno moja…

Nowa ustawa o kredycie konsumenckim miała rozwiązać problem „gwiazdek” i „haczyków” w reklamach pożyczek. Niestety niewiele z tego wynikło.

„Gazeta Wyborcza” przypomina, że nowelizacja ustawy o kredycie konsumenckim weszła w życie w grudniu 2011 r. Banki i inne podmioty świadczące usługi finansowe mają odtąd nowe obowiązki, m.in. muszą zapewnić klientowi kartę informacyjną ze wszystkimi opłatami towarzyszącymi kredytowi, żeby mógł on łatwiej porównać jego cenę w kilku instytucjach. Poza tym klient ma teraz więcej czasu na rezygnację z kredytu – 14 dni.

Najbardziej wyczekiwaną przez konsumentów zmianą są jednak zapisy dotyczące reklam pożyczek. Wedle nich reklamy powinny podawać – „w sposób jednoznaczny, zrozumiały i widoczny” – stopę oprocentowania, całkowitą kwotę kredytu i rzeczywistą roczną stopę oprocentowania. Oprócz tego „w stosownych przypadkach” banki zobowiązane są również do podania informacji o czasie obowiązywania umowy, całkowitej kwocie do zapłaty oraz wysokości rat. Podobne zalecenia obowiązywały już wcześniej, jednak teraz postawiony został wymóg, aby wszystkie te informacje były podawane na podstawie reprezentatywnego przykładu. Czyli takiego, jakiego odzwierciedlenie bank może się spodziewać w zawartych przez siebie 2/3 umów danego rodzaju.

Do tej pory banki z premedytacją kusiły klientów reklamami zawierającymi najkorzystniejszą z możliwych opcji, zaś o warunkach, jakie trzeba spełnić, aby z takiej skorzystać, informowały drobnym druczkiem. W praktyce często okazywało się, że jest ona w zasięgu możliwości jedynie najbardziej majętnych klientów. Czy wspomniana nowelizacja ustawy zmieniła tę sytuację? Niestety nie. Banki stosują się do niej, zawierając w reklamach informację o reprezentatywnym przykładzie, ale… umieszczają ją dużo mniejszą, często wyblakłą czcionką poniżej głównego hasła reklamowego, które nadal uwypukla możliwości dostępne garstce wybrańców. Umożliwia im to sama ustawa, która nie precyzuje swoich kluczowych zapisów. Na kredytodawcę nie jest bowiem nałożony obowiązek opierania hasła reklamowego na reprezentatywnym przykładzie – nakazuje mu się jedynie, aby poinformował należycie klienta w przekazie reklamowym o stopie oprocentowania kredytu, całkowitej kwocie kredytu oraz rzeczywistej rocznej stopie oprocentowania, oraz żeby wyliczenia wynikały z  reprezentatywnego przykładu. Nie jest również powiedziane, gdzie ta informacja ma się znajdować w obrębie reklamy, ani że ma być wyróżniona największą czcionką. Poza tym ustawa nie zabrania zawierania w reklamach innych informacji o warunkach kredytu (np. o najniższej stawce oprocentowania) poza tą dotyczącą reprezentatywnego przykładu. Banki skwapliwie wykorzystują luki w prawie i dalej z powodzeniem manipulują informacją na niekorzyść naiwnych klientów.

Wygląda więc na to, że nowelizacja ustawy nie zmieni nic w życiu konsumentów. Klientom banków pozostaje polegać na własnej spostrzegawczości i dociekliwości.

Magdalena Wrzesień

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Głos europejskiego ludu

Głos europejskiego ludu

Już od 1 kwietnia 2012 r. mieszkańcy Starego Kontynentu będą mogli występować z Europejską Inicjatywą Obywatelską. To nowy sposób oddziaływania na decyzje organów Unii Europejskiej.

Jak informuje portal Eurodesk Polska, Europejska Inicjatywa Obywatelska to szansa dla mieszkańców UE na bezpośredni udział w procesie podejmowania decyzji. Propozycje zgłoszone przez obywateli Unii mogą dotyczyć dowolnej dziedziny, w której Komisja Europejska ma prawo proponować przepisy. Czyli np. środowiska naturalnego, rolnictwa, transportu lub zdrowia publicznego. Urzędnicy KE będą musieli zająć się problemem, jeśli inicjatorzy zbiorą milion podpisów poparcia.

Zasady Europejskiej Inicjatywy Ustawodawczej mają być proste. Najpierw musi powstać komitet, składający się z przynajmniej 7 osób z 7 różnych krajów UE. Następnie musi on zarejestrować inicjatywę na specjalnej stronie internetowej – od tego momentu Komisja Europejska ma dwa miesiące, by ocenić, czy propozycja komitetu spełnia obowiązujące wymagania. Gdy rejestracja inicjatywy zostanie potwierdzona, komitet może zacząć zbierać podpisy poparcia. Aby miały znaczenie formalne, musi ich zebrać co najmniej milion w ciągu maksymalnie roku. Osoby popierające projekt muszą mieszkać w co najmniej siedmiu różnych krajach UE. Podpisy można zbierać również za pośrednictwem internetu – KE udostępniła w tym celu specjalne oprogramowanie.

Jeśli pod Europejską Inicjatywą Obywatelską uda się zebrać milion podpisów, Komisja ma trzy miesiące na jej przeanalizowanie i podjęcie odpowiednich kroków: przedstawienie aktu prawnego, rozpoczęcie badań lub innych działań. Jakąkolwiek decyzję Komisja podejmie, jej powody musi publicznie wyjaśnić. Propozycje zmian prawnych muszą trafić pod obrady Rady Unii Europejskiej lub (w większości przypadków) Parlamentu Europejskiego. Po zatwierdzeniu stają się obowiązujące.

Przedwczoraj pisaliśmy o tym, jak na zebranie ponad miliona podpisów w samej Polsce pod żądaniem referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, zareagował premier Tusk – warto porównać lokalnego autokratę ze standardami europejskimi.

Tyramy na okrągło

Tyramy na okrągło

Tylko 23% pracowników rozpoczęło nowy rok bez żadnych zaległości w urlopach. 34% Polaków nie ma czasu wyjechać na urlop. Co trzeciemu pracownikowi zostało z zeszłego roku ponad 10 dni urlopu.

Portal Interia.pl przedstawia niewesołe wnioski z ankiety przeprowadzonej przez serwis Praca.pl. na 1329 użytkownikach portalu. Wynika z niej, że tylko 23% pracowników rozpoczęło nowy rok bez żadnych zaległości w urlopach. Pozostali mają przynajmniej kilka dni do wykorzystania z zeszłego roku. U 10% pracowników jest to niewielka ilość 1-2 dni urlopu wypoczynkowego. 16% zaczyna kolejny rok pracy z 3-5 zaoszczędzonymi dniami. 17% ma już całkiem sporą ilość zaległego urlopu do wykorzystania – 6-9 dni. Największą jednak grupę stanowią pracownicy z co najmniej 10 dniami niewykorzystanego urlopu – jest to aż 1/3 ankietowanych.

Wpływ na sporą ilość niewykorzystanego urlopu ma sytuacja gospodarcza. – „W firmach, w których zmniejszyło się zatrudnienie, często ilość pracy pozostała taka sama. W efekcie pracownicy rzeczywiście nie mają czasu na urlop. W niektórych organizacjach bywa też tak, że nadgodziny oddaje się pracownikowi w formie urlopu. Zdarzają się więc sytuacje, w których pracownik w ramach urlopu odbiera nadgodziny, a urlop wypoczynkowy pozostaje niewykorzystany” – wyjaśnia Krzysztof Kirejczyk, prezes Praca.pl.

Na szczęście przepisy zmieniły się na lepsze. Od 2012 r. urlop, który nie został wykorzystany w danym roku, będzie można wykorzystać do 30 września roku następnego, a nie jak dotychczas –  tylko do 31 marca. Pracownik nie będzie już zmuszany do tego, aby wykorzystać urlop w mało atrakcyjnym okresie. Niewykorzystany urlop nie przepada. Pracodawca ma obowiązek udzielić pracownikowi urlopu, aż do przedawnienia się roszczenia o udzielenie urlopu, które to roszczenie przedawnia się dopiero z upływem 3 lat licząc od ostatniego dnia danego roku kalendarzowego – czytamy w tekście portalu Interia.pl.

Urlop nie jest fanaberią, choć o tej oczywistej prawdzie coraz częściej zapominają pracodawcy. – „Pamiętajmy, że aby móc pracować efektywnie, pracownik potrzebuje regenerować siły i co jakiś czas odpoczywać. Z ankiety, którą przeprowadzaliśmy z naszymi użytkownikami w sierpniu, wynika, że tylko 9 proc. pracowników uważa, że zaledwie kilkudniowy urlop pozwoli im wypocząć. Większość potrzebuje minimum dwóch tygodni przerwy od pracy, a lekarze zalecają, by urlop trwał trzy tygodnie” – przypomina Krzysztof Kirejczyk.

Porody dla bogaczy

Porody dla bogaczy

Od 1 stycznia z 8 do 23% wzrósł VAT na ubranka dziecięce, co spowodowało podwyżkę cen takiej odzieży. Teraz rodzice otrzymali kolejny cios – znaczny wzrost cen artykułów dla malutkich dzieci, w tym głównie mleka i pieluch.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, rodzice uskarżają się na wzrost cen ubranek. Spodenki, bluzeczki czy kurtki dla maluchów kosztują o nawet kilkanaście złotych więcej niż do niedawna. Jak by tego było mało, od kilku tygodni mocno wzrosły ceny innych artykułów dla dzieci. – „Pod koniec grudnia za mleko dla dziecka w opakowaniu 800 g płaciłam w supermarkecie 28,99 zł. W ostatnią sobotę w tej samej sieci rachunek opiewał już na 42,99 zł” – żali się gazecie warszawianka, matka sześciomiesięcznego synka. Na jednym z forów internetowych inna matka pisze: „Jeszcze kilka tygodni temu mleko modyfikowane Bebiko było po 16,99 zł. Na początku lutego cena zwiększyła się do 18,99 zł. Więcej trzeba też zapłacić za pieluchy”.

Rodzice uważają, że wzrost stawek VAT na ubranka to powód nie tylko podwyżek cen odzieży, ale także pretekst, by producenci innych artykułów dziecięcych mogli żądać więcej za swoje wyroby. Niektórzy handlowcy przyznają to gazecie, twierdząc, że  wcześniej wstrzymywali się z podwyżkami w obawie przed reakcją konsumentów. Inni producenci tłumaczą to wysokimi cenami walut. – „Wzrosły ceny euro, co wpłynęło na koszt naszego produktu. Jesteśmy bowiem dystrybutorem, a nie producentem marki Humana” –wyjaśnia dziennikowi Maciej Rokicki, przedstawiciel handlowy spółki Verco. Małgorzata Kołodrub, kierownik ds. komunikacji Nutricii Polska, właściciela marek Bebiko, Bebilon czy Bobovita, mówi: „W najbliższym czasie podniesiemy ceny części naszych produktów. Powodem tej decyzji jest jednak nie tylko postępująca deprecjacja złotego, lecz także wzrost kosztów produkcji, w tym energii i paliw płynnych”.

Tak czy owak, posiadanie dzieci staje się coraz większym luksusem. Bo przecież nikt nikogo nie nakarmi i nie ubierze w „politykę prorodzinną”.