Konsumenci drugiej kategorii

Konsumenci drugiej kategorii

Słowackie Stowarzyszenie Konsumentów po raz kolejny zwraca uwagę, że produkty tej samej marki różnią się jakością i składem w różnych krajach. Jak dotąd nie zdołali skłonić producentów do zmian tej praktyki.

Jak informuje serwis Wyborcza.biz, w pieprzu kupionym w Niemczech jest mniej pokruszonych ziaren niż w tym pochodzącym z Bułgarii. W rumuńskiej Coca-Coli znajdziemy tańszy cukier niż w tej z Austrii. Grupa europarlamentarzystów przedstawiła wyniki badań nad jakością markowych produktów w różnych krajach. W próbnym koszyku Słowackiego Stowarzyszenia Konsumentów znalazły się czekolada mleczna Milka, Coca-Cola, przyprawy Kotanyi oraz kawy Nescafe, Jacobs i Tchibo. Działacze stowarzyszenia zrobili zakupy w Austrii, Bułgarii Czechach, Niemczech, Polsce, Rumunii i na Słowacji.

– „Niektóre międzynarodowe koncerny przygotowują produkty o różnej jakości do różnych krajów. Kupujący za granicą nie może być pewny, do jakiej strefy został zaliczony dany kraj i jakiej jakości produkt kupuje” – piszą autorzy raportu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Poznań dla ludzi, nie dla myśliwców

Poznań dla ludzi, nie dla myśliwców

Baza myśliwców F16 w Krzesinach pod Poznaniem nigdy nie powinna powstać, bo taką lokalizację wykluczał stosowny raport. Treść dokumentu została jednak utajniona przez wysokich wojskowych, a decyzję o budowie bazy właśnie tam podjął m.in. ówczesny szef MON, Bronisław Komorowski.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, wnioski płynące z raportu jednoznacznie wskazują, że budowa bazy myśliwców pod Poznaniem powinna zostać przerwana choćby z uwagi na hałas, jaki powstaje przy jej funkcjonowaniu, bardzo dokuczliwy dla otoczenia. Eksperci tworzący raport ostrzegali przed uzasadnionymi protestami mieszkańców okolicy bazy – i takie protesty rzeczywiście nastąpiły. Znając te fakty, ówczesny minister obrony Bronisław Komorowski oraz dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Dulęba podjęli decyzję o lokalizacji obiektu w Krzesinach.

Eksperci lotniczy wskazują, że takie umiejscowienie bazy wynikało nie z przesłanek merytorycznych, lecz z ambicjonalnych nacisków części wojskowych. Chcieli oni uzyskać „coś w zamian” po przeniesieniu dowództwa wojsk lotniczych z Poznania do Warszawy. Jeden z ekspertów mówi gazecie o drugim „ważnym” powodzie decyzji: „Dla lotników wygodniej było mieszkać w pobliżu dużego miasta, niż na przykład w Powidzu. Zagrożeniami środowiskowymi mało kto się przejmował”.

W obliczu ujawnionych faktów rzecznik Ministerstwa Obrony Narodowej Jacek Sońta deklaruje, że sytuacja „zostanie poddana analizie”. MON nie zakłada jednak przeniesienia lotniska w inne miejsce. Dzieje się tak mimo że przeciwko lokalizacji bazy myśliwców F16 w Krzesinach od dłuższego czasu konsekwentnie opowiadają się mieszkańcy okolicy i wspierające ich środowiska społeczne. Poznańscy anarchiści już w 2006 r. wraz z mieszkańcami osiedla Marlewo oraz kilkoma organizacjami lewicowymi z Poznania protestowali przeciwko budowie wojskowego lotniska.

Piotr Kuligowski

Światowy Dzień Chorego

Światowy Dzień Chorego

Dziś Światowy Dzień Chorego. Z tej okazji stowarzyszenie Primum Non Nocere wydało oświadczenie, w którym stwierdza m.in., że beneficjentem zmian w polskich przepisach chroniących osoby chore nie będą  ani pacjenci, ani  szpitale czy  lekarze, lecz  firmy ubezpieczeniowe.

Oto całe oświadczenie:

11 lutego obchodzony jest Światowy Dzień Chorego. Jak w latach ubiegłych, tak i w tym roku,  Stowarzyszenie Primum Non Nocere, przekazuje do publicznej wiadomości  opinie o sytuacji osób które ucierpiały w efekcie błędów i wypadków medycznych i o wprowadzonych zmianach prawa.

Powołanie instytucji Rzecznika Praw Pacjenta, orzecznicza droga odszkodowań za błędy lekarskie (niby model skandynawski), tworzą fałszywe wrażenie, iż sprawujący władzę realizują, znane od lat, postulaty Stowarzyszenia Primum Non Nocere. Wynika to z użycia podobnych nazw do tych, których
używało od lat Stowarzyszenie. Pod nazwami tymi znalazły się jednak inne, nie nasze treści.

Zarząd Stowarzyszenia Primum Non Nocere apeluje o rzeczywiste działania na rzecz poprawy funkcjonowania systemu ochrony zdrowia i zmiany sytuacji tych, którzy ucierpieli na skutek błędów i wypadków medycznych.

Istniejące instytucje nie zapewniają pomocy tym ludziom. Błędnie umiejscowiony jest urząd Rzecznika Praw Pacjenta. Urzędy stojące na straży konstytucyjnych praw i wolności obywatelskich powinny być niezależne zarówno od korporacji zawodowych, jak i od administracji rządowej. Tak funkcjonuje Rzecznik Praw Obywatelskich czy Rzecznik Praw Dziecka. Natomiast obowiązujące przepisy umiejscawiają Rzecznika Praw Pacjenta jako organ administracji rządowej.

Rzecznik powinien pomagać obywatelowi, gdy znajdzie się on w nierównym konflikcie czy to z przedstawicielem potężnej korporacji, czy z administracją systemu ochrony zdrowia.  Retorycznym wydaje się pytanie: Czy umiejscowienie tego urzędu jako elementu administracji rządowej, pozwala na konflikt z innymi instytucjami administracji publicznej, jak Narodowy Fundusz Zdrowia czy szpitale i na konflikt z potężną korporacją, jaką jak samorząd lekarski ? Czekanie Rzecznika, rok temu, na stanowisko premiera, przy skandalu z chemoterapią niestandardową, znacznie opóźniona reakcja na aferę z receptami na lekami refundowane w tym roku, dają jednoznaczną odpowiedź. Zmiany w prawie powinny doprowadzić do uniezależnienia urzędu Rzecznika od administracji.

Praktyka wskazuje, że Rzecznik, zamiast występować w interesie poszkodowanego pacjenta znaczną część skarg, przekazuje korporacji lekarskiej celem „rozpatrzenia zgodnie z kompetencjami”. Rzecznik powinien przestać działać jak urząd do przekierowywania pism, a w każdej sprawie powinien zajmować samodzielne stanowisko i podejmować działania. Zmiany w prawie powinny zobligować Rzecznika do prowadzenia postępowań przygotowawczych, i odstąpienia od przekazywania spraw „celem rozpatrzenia zgodnie z kompetencjami”, bo w praktyce często prowadzi to do „zamiecenia pod dywan”.

Nowe przepisy o zasadach i trybie ustalania odszkodowania i zadośćuczynienia w przypadku zdarzeń medycznych, są nieudolną próbą naśladowania lub raczej karykaturą modelu funkcjonującego w państwach skandynawskich. Wedle lansowanych tez, wprowadzone u nas rozwiązania mają uprościć i przyspieszyć uzyskanie świadczenia pieniężnego dla osób poszkodowanych przez błędy medyczne. Te sprawy, przed sądami trwają latami.

–  System funkcjonujący w państwach skandynawskich przyznaje odszkodowanie na podstawie stwierdzenia szkody, która przy właściwym leczeniu nie powinna była wystąpić. Model ten znacznie rozszerza uprawnia do otrzymania odszkodowania, bo otrzymają je ci wszyscy, którzy ucierpieli, a nie są w stanie dowieść winy, konkretnemu sprawcy. W państwach skandynawskich likwiduje on konflikt pomiędzy poszkodowanym, a tym, który może być podejrzanym o spowodowanie nieszczęścia.

– Polski ustawodawca wprowadził natomiast konstrukcję zdarzenia medycznego, które sprowadza się do stwierdzenia naruszenia właściwych procedur medycznych i jest b. zbliżone do udowodnienia winy w postępowaniu sądowym. Do tego wprowadzono znaczne ograniczenia wysokości odszkodowań. Narzuca się pytanie o sens tworzenia systemu para-sądów, przed którymi prawie to samo ma zostać udowodnione, co przed sądem, skoro przed sądem można otrzymać znacznie większe odszkodowanie.

Jeśli nie rozszerzono w Polsce, w stosunku do postępowań sądowych, zasad przyznawania odszkodowań, to dla samego przyśpieszenia ich uzyskiwania, dużo prostsze od tworzenia nowego prawa i powoływania komisji, byłoby usprawnianie pracy sądów. Uniknięto by też wprowadzenia nowych, dublujących ubezpieczeń szpitali, wypłacających ograniczone odszkodowania za szkody, które najczęściej objęte są i tak ubezpieczeniem od odpowiedzialności cywilnej.

Szacujemy, iż zakup wymaganych nowym prawem ubezpieczeń, kosztować będzie szpitale kilkaset milionów zł. Szacujemy, iż uprawnieni pacjenci (będzie ich prawdopodobnie podobna liczba jak tych, którzy uzyskują odszkodowania przed sądami) otrzymają tylko kilkadziesiąt milionów złotych odszkodowań.

Wygląda na to, iż rzeczywistymi beneficjentami zmian prawa, nie będą ani pacjenci, ani szpitale czy lekarze, lecz firmy ubezpieczeniowe.

Kolejne rządy zajmują się tworzeniem złudzeń, iż realizują postulaty społeczne, jednocześnie nie zapewniając realnej pomocy ludziom pokrzywdzonym przez błędy lekarskie i wypadki medyczne. Ci zaś nie mogą liczyć ani na pomoc w procesie dochodzenia sprawiedliwości, ani na wsparcie w trudach codziennej egzystencji. Nie zajmuje się tym Rzecznik Praw Pacjenta. Ludzie ci są bezradni, a nie zawinili swojemu kalectwu, biedzie czy niedołężności.

Oczekujemy zmniejszenia biurokracji działań dla człowieka, który jeśli dojdzie do popełnienia błędu, powinien otrzymać natychmiastową pomoc, a gdy jest chory powinien szybko otrzymać leczenie.

dr Adam Sandauer – honorowy przewodniczący Stowarzyszenia Primum Non Nocere

Zbigniew Dudko – przewodniczący Stowarzyszenia

Warszawa, Białystok 9 lutego 2012 r.

Lichwo, ojczyzno moja…

Lichwo, ojczyzno moja…

Nowa ustawa o kredycie konsumenckim miała rozwiązać problem „gwiazdek” i „haczyków” w reklamach pożyczek. Niestety niewiele z tego wynikło.

„Gazeta Wyborcza” przypomina, że nowelizacja ustawy o kredycie konsumenckim weszła w życie w grudniu 2011 r. Banki i inne podmioty świadczące usługi finansowe mają odtąd nowe obowiązki, m.in. muszą zapewnić klientowi kartę informacyjną ze wszystkimi opłatami towarzyszącymi kredytowi, żeby mógł on łatwiej porównać jego cenę w kilku instytucjach. Poza tym klient ma teraz więcej czasu na rezygnację z kredytu – 14 dni.

Najbardziej wyczekiwaną przez konsumentów zmianą są jednak zapisy dotyczące reklam pożyczek. Wedle nich reklamy powinny podawać – „w sposób jednoznaczny, zrozumiały i widoczny” – stopę oprocentowania, całkowitą kwotę kredytu i rzeczywistą roczną stopę oprocentowania. Oprócz tego „w stosownych przypadkach” banki zobowiązane są również do podania informacji o czasie obowiązywania umowy, całkowitej kwocie do zapłaty oraz wysokości rat. Podobne zalecenia obowiązywały już wcześniej, jednak teraz postawiony został wymóg, aby wszystkie te informacje były podawane na podstawie reprezentatywnego przykładu. Czyli takiego, jakiego odzwierciedlenie bank może się spodziewać w zawartych przez siebie 2/3 umów danego rodzaju.

Do tej pory banki z premedytacją kusiły klientów reklamami zawierającymi najkorzystniejszą z możliwych opcji, zaś o warunkach, jakie trzeba spełnić, aby z takiej skorzystać, informowały drobnym druczkiem. W praktyce często okazywało się, że jest ona w zasięgu możliwości jedynie najbardziej majętnych klientów. Czy wspomniana nowelizacja ustawy zmieniła tę sytuację? Niestety nie. Banki stosują się do niej, zawierając w reklamach informację o reprezentatywnym przykładzie, ale… umieszczają ją dużo mniejszą, często wyblakłą czcionką poniżej głównego hasła reklamowego, które nadal uwypukla możliwości dostępne garstce wybrańców. Umożliwia im to sama ustawa, która nie precyzuje swoich kluczowych zapisów. Na kredytodawcę nie jest bowiem nałożony obowiązek opierania hasła reklamowego na reprezentatywnym przykładzie – nakazuje mu się jedynie, aby poinformował należycie klienta w przekazie reklamowym o stopie oprocentowania kredytu, całkowitej kwocie kredytu oraz rzeczywistej rocznej stopie oprocentowania, oraz żeby wyliczenia wynikały z  reprezentatywnego przykładu. Nie jest również powiedziane, gdzie ta informacja ma się znajdować w obrębie reklamy, ani że ma być wyróżniona największą czcionką. Poza tym ustawa nie zabrania zawierania w reklamach innych informacji o warunkach kredytu (np. o najniższej stawce oprocentowania) poza tą dotyczącą reprezentatywnego przykładu. Banki skwapliwie wykorzystują luki w prawie i dalej z powodzeniem manipulują informacją na niekorzyść naiwnych klientów.

Wygląda więc na to, że nowelizacja ustawy nie zmieni nic w życiu konsumentów. Klientom banków pozostaje polegać na własnej spostrzegawczości i dociekliwości.

Magdalena Wrzesień