Faszyzm nie przejdzie

·

Faszyzm nie przejdzie

·

Sprawy związane ze Smoleńskiem nigdy nie wydawały mi się tematem na felieton dla „Nowego Obywatela”. Przede wszystkim dlatego, że jako pismo i środowisko nie zajmowaliśmy się nigdy tą kwestią w jakiś systematyczny sposób. Do sprawy Smoleńska, owszem, niejednokrotnie nawiązywała Joanna Duda-Gwiazda, przypominam sobie także swój tekst napisany dla uhonorowania tragicznie zmarłego prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego, „Księga otwarta w przyszłość”. I pewnie nadal nie poruszałbym tutaj tego tematu, gdyby nie reakcje części lewicowych czytelników na felieton Joanny Gwiazdy, „Węgry naszym sojusznikiem”. Reakcje, mówiąc najoględniej, zacietrzewione.

Co do katastrofy smoleńskiej, przyznam, nie mam takiej pewności jak Joanna Gwiazda, że to zamach. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że była to faktyczna tragedia o daleko idących konsekwencjach i ukazująca w bardzo złym świetle stan naszego państwa. Brak mi, owszem, pewności, że był to zamach, ale nie mam też pewności, że nie był to zamach. Wolałbym zaś nie zdawać się w takich sprawach na stwierdzenia typu „wierzę, że był to zamach” lub „nie wierzę, że był to zamach”, ze względu na ich ograniczoną wartość merytoryczną oraz własną przyrodzoną niechęć do potakiwania tym czy innym osobom lub osobnikom, sugerującym, co powinienem o danej sprawie myśleć.

Stąd, przyznam szczerze, właściwą treścią tego felietonu nie jest sam Smoleńsk, ale garść refleksji wysnutych po reakcjach na tekst działaczki pierwszej „Solidarności”. Reakcjach, które pokazują, jak bardzo sformatowane, żenująco „salonowe” i (zakładam, że nieświadomie) konformistyczne są opinie części lewicy, chlubiącej się swoją tolerancją, otwartością, światłym i nieuprzedzonym oglądem rzeczywistości.

Dezaprobatę wzbudził pogląd Joanny Gwiazdy, jakoby Smoleńsk był zamachem. Owszem, autorka nie do końca jest szczera ze swoimi czytelnikami, przychylnymi i nieprzychylnymi: nie mówi nam, czyim dziełem miałby być zamach: Platformy Obywatelskiej, władz rosyjskich, CIA, Mossadu, fundamentalistów islamskich? A może potencjalni zamachowcy działali wspólnie? Jako osoba publiczna, Joanna Gwiazda musi uważać na słowa: jasne sformułowania w tej kwestii mogłyby skończyć się procesem. Tak czy inaczej, kto stoi za zamachem, tego Pani Joanna nam nie mówi. Jej prawo, bodaj wszyscy unikamy w pewnych okolicznościach formułowania opinii, które narazić nas mogą na zbyt daleko idące kłopoty. Chyba że w ogóle nie mamy własnych opinii, albo skrupulatnie poddajemy się autocenzurze – żeby nie podpaść własnemu środowisku, kolegom i koleżankom z pracy, rodzinie, szefom, sitwom i koteriom. Chyba że mamy takie poglądy, z którymi żyje się nam na ogół lekko, łatwo i przyjemnie, bo co najwyżej niektóre z nich uchodzą za nieszkodliwe dziwactwa lub słabostki. Moja lojalność wobec Kościoła rzymskokatolickiego, jak sądzę, sporej części znajomych lewicowców wydaje się takim właśnie niegroźnym wariactwem. Ale nie o tym tu mowa.

Joanna Gwiazda pozwoliła sobie zatem, z punktu widzenia naszej światłej i tolerancyjnej lewicy, na dwie myślo- i słowozbrodnie. Pierwsza z nich to warunkowe poparcie dla rządu Viktora Orbana. Jak wiadomo z polskich i europejskich mediów, które obiektywizmem popisywały się już niejednokrotnie (m.in. w czasie bombardowań Serbii przez USA), Orban jest faszystą, niebezpiecznym populistą, nienawidzi Romów, z pewnością też Żydów, a najpewniej jeszcze bliższych części lewicy Palestyńczyków. I oczywiście jest skrajnym prawicowcem i krypto-liberałem. Nasi dzielni lewicowcy nie zniosą nigdy takiego typa.

Co prawda, część z nich równocześnie skłonna jest zauważyć pewne pozytywne cechy u Janusza Palikota, przecież też liberała. Ale Palikot jest przynajmniej antyklerykałem i piewcą obyczajowego libertynizmu, co czyni go postacią o wiele bardziej pozytywną od premiera Węgier, który być może troszczy się o Węgry, lecz źle się troszczy. A źle się troszczy, bo nie jest „nasz” i nie lubią go ci, z którymi „my” wolimy się lubić, przynajmniej w sprawach tak fundamentalnych, jak walka z faszyzmem, ksenofobią i nietolerancją. Tak zatem Orban jest faszystą, Gwiazdowie oszołomami, czy może „pojebami”, jak napisał u mnie na Facebooku jeden z lewicowców walczących o tolerancyjną, wolną od (katolickich) uprzedzeń Polskę. A światła polska lewica – nigdy sitwiarska i lokajska – nie zniesie faszyzmu i ciasnoty umysłowej. Pewnie dlatego, że obawia się konkurencji.

Druga z myślo- i słowozbrodni Joanny Gwiazdy to ów fatalny pogląd, że „Smoleńsk to zamach”. Tu już ciemnota i fanatyzm oraz prawactwo Gwiazdowej widoczne są jak na dłoni. Przecież żaden samodzielnie myślący człowiek, znaczy się z definicji każdy lokalny lewicowiec, czy to trockista, czy to „blumsztajnista”, czy to przeciętny, lewomyślny czytelnik przewodników „Krytyki Politycznej”, nie wpadnie na taki pomysł. Pewne poglądy są z definicji „prawicowe”: jak wiadomo, zamach to coś takiego, co się nie przydarza, a jeśli się przydarza, to musi wynikać np. z walki klas, albo żeby choć w „Gazecie Wyborczej” coś o tym było. Ewentualnie gdyby Žižek esej jakiś o zamachu w Smoleńsku napisał… Ale nie napisze, więc jakże to tak, żeby zamach? To tylko Gwiazdowa może wpaść na taki pomysł, zarażona prawackimi miazmatami.

Bo przecież prezydent był śmiesznym pisowskim facecikiem, Katyń to problem prawicy, patriotyzm to anachronizm, a Polska jest passé, w odróżnieniu od – dajmy na to – praw zwierząt i pogadanek o Lacanie. A w „Nowym Obywatelu” wszystko Gwiazdowej wydrukują, bo to przecież też faszyści, socjal-szowiniści trzymający się na ogół polskiego podwórka, gdy lewicowość powinna być zdecydowanie kosmopolityczna i bezpiecznie odległa od pewnych kwestii niewygodnych z punktu widzenia schlebiania sponsorom lewicy. Poza tym nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z faktu, że nawet „nasi prekariusze” mówią po polsku, niektórzy chodzą w niedzielę do kościoła a w dowcipach i przekleństwach używają brzydkiego słowo „pedał”, jak nie przymierzając pewna posłanka Sojuszu Lewicy Demokratycznej… Pech, co zrobić, że nie są bardziej europejscy i politycznie poprawni.

Szyderstwa szyderstwami, ale problem jest poważniejszy. Dotyczy bowiem tego, co można ogólnie zatytułować „lewica a sprawa polska”, czy też „lewica a suwerenność narodowa”. Lokalna lewica unika terminów w rodzaju „polskość”, „polski interes” itp., bo zwykle się boi, że wpadnie w „odchylenie nacjonalistyczne”. Wszak, jak wiadomo, Ala ma kota, a „robotnicy nie mają ojczyzny”. Zresztą, łatwiej dziś w Polsce o Alę i kota niż o robotnika, koszmarnie zatem upraszczając, część lewicy spokojnie może oddawać się walce z faszyzmem, nietolerancją (tą prawicową) i ciemnotą (także prawicową). Tudzież węszyć odstępców od jedynie słusznej doktryny, niezależnie, czy będzie to alterglobalizm, internacjonalizm czy jakiś inny światły „-izm”. A poza tym cieszyć się niepomiernie swoją etyczną i cywilizacyjną wyższością nad prawicowym ciemnogrodem.

Przecież żaden lewicowiec nie może, zgodnie z panującymi kanonami, mówić o patriotyzmie czy suwerenności narodowej. Co tam tradycje polskiej lewicy niepodległościowej, komuna pokazała, kto miał rację w tym sporze, a postkomuniści udowodnili wszem i wobec, że jako lewica „dają radę”… Od Millera przez Olejniczaka po Arłukowicza. I z powrotem. Ponadto każdy lewicowiec, który Gwiazdów nazwie „pojebami” lub z pobłażaniem zakwalifikuje Joannę Gwiazdową do leczenia psychiatrycznego, to człowiek umiaru i wyważonych sądów. Nie jego to wina, że ziemia musi ścierpieć ludzi o poglądach niewyważonych i nieumiarkowanych. A z takimi trzeba krótko: tolerancja tolerancją, ale to, co nam nie pasuje, odpowiednim słowem lub środowiskowym donosem w ziemię wdepczemy…

Czy Joanna Gwiazdowa ma rację, czy jej nie ma w kwestii Smoleńska – nie wiem. Czy Orban jest wrogiem lewicy? To mnie akurat mniej obchodzi, jeśli tylko uda mu się przywrócić społeczeństwu węgierskiemu dobrobyt, szacunek obywateli wobec własnego państwa, jeśli ukróci arogancję i wszechwładzę międzynarodowej finansjery i nie stanie się przy tym kimś w rodzaju Pinocheta czy Jaruzelskiego. A póki co nie grozi mu to. W każdym razie, bliżej mi do Gwiazdowej i Orbana (do nich, nie do „Klubów »Gazety Polskiej«” czy publicystów „Uważam Rze”) niż do śmiesznych uprzedzeń naszych lewicowców, histeryzujących, gdy spostrzegą myśli i działania nie pasujące do ich doktrynerskich wyobrażeń o prawicy i lewicy.

I to właśnie pod adresem tych jednomyślnie lewomyślnych, grzecznie pilnujących kanonu wierzeń światłych a „jedynie słusznych”, oburzonych, gdy im zgrzytnie opinia nie pasująca do zestawu tych wdrukowanych i słusznych poglądów, na straży których stoją różnej maści (drobni) cwaniacy, krzyknę: faszyzm nie przejdzie! Wasz faszyzm, towarzyszki i towarzysze, przyjaciele Wielkiego Brata.

Krzysztof Wołodźko

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie