Niekradzione tuczy (wszystkich)

Niekradzione tuczy (wszystkich)

Szwajcarzy nie ugięli się przed presją żądań lobby „antypirackiego”. Zamiast podpisywać zamordystyczne pakty i konwencje, zbadali wpływ „piractwa” na gospodarkę. Okazało się, że osoby „piratujące” rozmaite dobra kulturowe, wcale nie zaczęły wydawać mniej pieniędzy na udział w kulturze.

Jak informuje portal vbeta.pl, w Szwajcarii miała miejsce nietypowa sytuacja. Kraj ten, jak wiele innych, znalazł się na celowniku lobby „antypirackiego”, które domagało się zaostrzenia regulacji dotyczących prawa autorskiego. O ile w wielu krajach ich presja i „argumenty” okazały się skuteczne, o tyle władze Szwajcarii powiedziały: „sprawdzam”. Zlecono badania nad wpływem piractwa na gospodarkę. Wykazały one, że nie można udowodnić tezy, jakoby „piractwo” wpływało znacząco na kondycję i dochody branży rozrywkowo-kulturalnej.

Wnioski płynące z badań okazały się iście obrazoburcze na tle histeryzowania lobby „antypirackiego”. Okazało się, że „piraci” nie tylko nie szkodzą branży, ale stanowią jej najwartościowszych klientów, gotowych płacić najwięcej za dobra kultury. W Szwajcarii nie odnotowano zmian w strukturze budżetów domowych na przestrzeni czasu. Wydatki na szeroko rozumianą kulturę są obecnie podobne do tych, jakie były w czasach przed popularyzacją Internetu.

Mając w ręku taki oręż, władze Szwajcarii udzieliły odpowiedzi na żądania lobby „antypirackiego”. Brzmi ona tak: Ściąganie plików na własny użytek pozostanie legalne, nie będzie żadnego zaostrzania prawa, a dla branży będzie lepiej, jeśli zamiast forsować bardziej restrykcyjne prawo, dorośnie i dostosuje się do zmian zachodzących w świecie i nowych zwyczajów konsumentów. Utrzymane zostaną te regulacje, które karały za czerpanie zysków z rozpowszechniania „nielegalnych” plików, natomiast obywatele mogą bez obaw ściągać na własny użytek pliki udostępnione w internecie.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Rząd przyjazny banksterom

Rząd przyjazny banksterom

Ministerstwo Finansów oraz kluby PO i PSL opowiedziały się za odrzuceniem w pierwszym czytaniu projektu ustawy o podatku bankowym. PiS chciał, aby nowy podatek stał się alternatywą dla wprowadzonej w ubiegłym roku podwyżki VAT.

Jak pisze „Nasz Dziennik”, Platforma Obywatelska oraz Polskie Stronnictwo Ludowe opowiedziały się przedwczoraj za tym, aby bez głębszej dyskusji już w pierwszym czytaniu odrzucić projekt Prawa i Sprawiedliwości w sprawie wprowadzenia podatku od niektórych instytucji finansowych, nazywanego potocznie podatkiem bankowym.

PiS ponowiło swój projekt w tym względzie. Opozycja występowała o wprowadzenie podatku bankowego już podczas poprzedniej kadencji. Wówczas minister finansów Jacek Rostowski, odrzucając projekt opozycji, wyrażał gotowość wprowadzenia przez rząd podobnego podatku. Na zapowiedziach jednak się skończyło.

Zaproponowana przez PiS koncepcja podatku od instytucji finansowych przewiduje opodatkowanie ich aktywów stawką 0,39%. Miałoby to dać budżetowi około 5 mld zł: 4,1 mld zł z opodatkowania banków, 538 mln zł z opodatkowania towarzystw ubezpieczeniowych i 405 mln zł z opodatkowania aktywów towarzystw funduszy inwestycyjnych. Projekt przewiduje także m.in. zwolnienie z podatku aktywów o wartości nie przewyższającej 10 mln zł w celu ochrony niewielkich instytucji finansowych, dla których podatek mógłby okazać się zbyt dotkliwy.

Wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości, Beata Szydło, uzasadniając projekt w Sejmie, tłumaczyła, że proponowane rozwiązania mają stanowić alternatywę wobec wprowadzonej w ubiegłym roku podwyżki podatku VAT. Ta podwyżka najbardziej dotknęła gospodarstwa domowe o dochodach średnich i poniżej średniej.

Jak trafnie komentuje „Nasz Dziennik”, jeżeli trzeba sięgnąć do kieszeni przeciętnych obywateli, zwiększając chociażby stawkę podatku VAT, to kontrowersji w rządzie Donalda Tuska nie ma. Gdy pojawia się inicjatywa, aby budżet państwa w większym stopniu zasiliły instytucje finansowe, pojawia się ze strony rządzącej koalicji silne lobby obrony instytucji finansowych.

Ambasadorze, dbaj o dobre imię!

Ambasadorze, dbaj o dobre imię!

Śląsko-Dąbrowska „Solidarność” zwróciła się do ambasadora Włoch z prośbą o interwencję w związku z łamaniem zasad dialogu społecznego w Fiat Auto Poland. – „Postępowanie zarządu tyskiej fabryki z pewnością nie służy wizerunkowi włoskich inwestorów w Polsce” – mówi Dominik Kolorz, szef regionu Związku.

–  „Zdecydowaliśmy się na ten krok po spotkaniu z mediatorem Władysławem Rychłowskim. To jest w zasadzie nasza wspólna inicjatywa. Doszliśmy do wniosku, że jedyną szansą na skłonienie zarządu Fiat Auto Poland do przystąpienia do mediacji jest poinformowanie ambasadora o sytuacji w tym zakładzie” – wyjaśnia Kolorz.

W Fiat Auto Poland w Tychach oraz w jej spółkach zależnych od niemal roku trwa spór zbiorowy. 7 czerwca 2011 roku spór wkroczył w fazę mediacji. – „Niestety, od tego czasu przedstawiciele Zarządu Fiat Auto Poland S.A. nie pojawili się na ani jednym spotkaniu w ramach mediacji. 20 grudnia 2011 roku z inicjatywą mediacji w sporze wystąpił również Wojewoda Śląski, a więc przedstawiciel polskiego rządu w naszym regionie. Niestety również ta propozycja została odrzucona przez Zarząd Fiat Auto Poland S.A. Władze fabryki Fiata w Tychach zdają się ignorować nie tylko liczne pisma i apele NSZZ Solidarność o podjęcie rozmów, ale również wszelkie inicjatywy administracji rządowej RP” – napisali związkowcy w liście do ambasadora.

– „Takie lekceważenie strony społecznej jest niezrozumiałe. Reprezentacja pracowników ma prawo domagać się prowadzenia dialogu na temat warunków pracy i płacy. Liczymy, że po interwencji włoskiej ambasady zarząd spotka się wreszcie z mediatorem i dojdzie do rozmów na temat podwyżek wynagrodzeń w 2012 roku” – mówi Wanda Stróżyk, przewodnicząca „Solidarności” w Fiat Auto Poland.

W liście do ambasadora Riccardo Guariglia związkowcy wskazują również na odmienne traktowanie pracowników i związków zawodowych we włoskich zakładach koncernu oraz w fabryce w Tychach. – „We Włoszech Fiat słynie z poszanowania dialogu społecznego, a szefowie koncernu wielokrotnie podkreślali, że fabryka w Tychach jest perełką w całej grupie. Niestety postępowanie przedstawicieli Fiata w Polsce bardzo mocno nadwyręża wizerunek, zarówno tej marki, jak i wszystkich włoskich inwestorów w naszym kraju” – podkreśla Dominik Kolorz.

Kopie listu do ambasadora zostały też wysłane do ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniaka-Kamysza oraz do dyrektora generalnego Grupy Fiata Sergio Marchionne.

Fiat Auto Poland w Tychach zatrudnia przeszło 5300 pracowników. W zakładach powiązanych z Fiatem, które również obejmuje międzyzakładowy spór zbiorowy, czyli w Denso Thermal Systems Polska, Fiat GM Powertrain Polska oraz Sistema Poland łącznie pracuje ok. 2500 osób.

______________
Na podstawie http://solidarnosckatowice.pl

Wielcy i mali

Wielcy i mali

Jeronimo Martins Dystrybucja, odpowiedzialny za asortyment w sieci „Biedronka”, odpowiedział na apel Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich, aby w sklepach tej sieci sprzedawano produkty lokalnych spółdzielni mleczarskich. JMD deklaruje otwartość na współpracę.

Jak informuje Portal Spożywczy, w liście Alicji Koleśnik, dyrektor Działu Zakupów Jeronimo Martins Dystrybucja S.A., czytamy, że firma nie stosuje wobec dostawców różnych kryteriów współpracy i nie dyskryminuje lokalnych spółdzielni mleczarskich. Każdy może złożyć ofertę, która jest następnie wnikliwie analizowana przez JMD. „Biedronka” jest przekonana o wysokiej jakości produktów spółdzielni zrzeszonych w KZSM. Sieć wskazuje jednak, że skala działalności i model biznesowy „Biedronki” każe brać pod uwagę nie tylko jakość, lecz także powtarzalność i dostępność produktów, zapewnienie odpowiedniej ilości dostarczanych artykułów, a także posiadanie zdolności do współpracy długoterminowej.

Alicja Koleśnik podkreśla, że sieć Biedronka współpracuje z ponad 500 polskimi dostawcami, a 90 proc. produktów spożywczych w ofercie sieci Biedronka, w tym także nabiał, pochodzi z Polski. – „Nie wykluczamy, że będziemy w przyszłości analizować i testować dodatkowe modele współpracy z lokalnymi dostawcami, w tym w branży mleczarskiej. Pozwolę sobie także dodać, że lokalne mleczarnie wytwarzające mniejsze wolumeny produkcji, mogą osiągnąć masę krytyczną potrzebną do zaopatrzenia większych sieci handlowych, poprzez zrzeszanie się i kooperację” – czytamy w liście dyrektor JDM.

Dodaje ona też, że zaprasza podmioty zrzeszone w KZSM do kontaktu i do złożenia ofert współpracy. – „Wśród naszych dostawców znajdują się nie tylko te duże, ale także mniejsze, regionalne spółdzielnie mleczarskie, dostarczające swoje produkty do części naszych sklepów. Przykładem może służyć jedna ze spółdzielni zrzeszona właśnie w KZSM – mowa o OSM Piaski” – pisze Alicja Koleśnik.

Warto tu wskazać na dwie kwestie. O ile naiwnością byłaby wiara w „dobrą wolę” wielkich sieci handlowych, o tyle bez wątpienia słuszne są uwagi dyrektor JMD, że niewielkie lokalne spółdzielnie powinny na różne sposoby współpracować i łączyć siły, jeśli chcą być podmiotem na tyle silnym, aby liczono się z nimi. Nie zmienia to jednak faktu, że opisany tu problem pokazuje, że wielkie sieci handlowe bazują na zasadach, które mocno utrudniają współpracę z nimi mniejszym podmiotem i to bez złej woli kogokolwiek. Na przykład ograniczona skala produkcji takich przedsiębiorstw zupełnie nie pasuje do masowego modelu dystrybucji produktów w sieciach mających setki sklepów. Rosnący udział wielkich sieci w rynku będzie prawdopodobnie osłabiał pozycję niewielkich producentów, nie mogących do niech „wejść” ze swoimi produktami.

Warto przeczytać informację o apelu spółdzielni mleczarskich do władz „Biedronki” – tutaj.