Polszmat News?

Polszmat News?

Trzy byłe pracownice telewizji Polsat skierowały do sądu pozew przeciwko właścicielom firmy. Oskarżają ich o nagminne, wieloletnie łamanie praw pracowniczych i mobbing.

Jak informuje portal Wirtualne Media, pozew trzech byłych pracowniczek Polsat News trafił w połowie ubiegłego tygodnia do Sądu Okręgowego w Warszawie. Dziennikarki domagają się wypłaty honorariów, które wcześniej im obniżono, a także chcą zwrócić uwagę na to, jak Polsat postępuje ze swoimi pracownikami. – „Część osób zatrudnionych w telewizji czuje się traktowana przez pracodawcę jak niewolnicy. To chyba mocno nie pasuje do wizerunku firmy, która prowadzi fundację charytatywną pomagającą chorym dzieciom” – ocenia jedna z nich, Monika Jargot.

Producentki Monika Jargot i Joanna Kaniewska oraz jedna z prezenterek Polsat News, która chce pozostać anonimowa, twierdzą, że przez kilka lat pracy w tym kanale nagminne naruszano ich prawa pracownicze. Nadawca podpisał z nimi umowy o pracę za minimalną pensję, podczas gdy pozostałą część wynagrodzenia – za takie same obowiązki – otrzymywały na podstawie umowy cywilno-prawnej. Ponadto były wpisywane na dyżury w weekendy, mimo że formalnie nie było ich wtedy w pracy, więc nie mogły wziąć wolnego w inne dni. – „Poza tym bez możliwości dyskusji wydłużano nam dyżury o godzinę czy dwie, a w miesiącu przydzielano nawet 21 dyżurów” – mówi serwisowi Wirtualnemedia.pl Monika Jargot.

Monika Jargot i Joanna Kaniewska pracowały w Polsacie News od startu kanału, a Kaniewska była też wcześniej przez kilkanaście lat związana z samym Polsatem. Natomiast trzecia z dziennikarek oskarżających stację zaczęła w niej pracę rok później.

Kobiety twierdzą też, że przełożeni stosowali wobec nich długotrwały mobbing. Jako przykład podają, że w lipcu otrzymały wynagrodzenie pomniejszone o 10% i dowiedziały się od innych pracowników, że w październiku zostaną zwolnione. Oficjalnie nie wiadomo było dlaczego, bo żadna z dziennikarek nie dostała pisemnego uzasadnienia tej decyzji, więc nie mogła się też od niej odwołać. Nieoficjalnie – jak twierdzą – wiadomo było, że to kara za to, iż nie chciały się zgodzić na dyżury trwające dłużej niż 11 godzin.

Kobiety same zwolniły się z pracy, nie mogąc znieść atmosfery panującej wokół ich sytuacji. Postanowiły jednak pozwać byłego pracodawcę. Chcą nie tylko odzyskać pieniądze za liczne nadgodziny, ale także zwrócić uwagę na traktowanie pracowników w jednej z największych stacji telewizyjnych, która w dodatku reklamuje się jako „charytatywna”, pomagająca dzieciom. Według relacji producentek i prezenterki pozywających stację, w jej redakcji panuje niezdrowa atmosfera: reporterzy, wydawcy i producenci pracują po kilkanaście godzin dziennie. Często kończą pracę po 23.00, by ponownie być w niej kolejnego dnia nawet przed 7 rano.

Właściwe postępowanie sądowe powinno rozpocząć się za dwa-trzy miesiące.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Katastrofa nasza codzienna

Katastrofa nasza codzienna

Lider Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce, Leszek Miętek, komentując sobotnią katastrofę kolejową w okolicach Szczekocin, skrytykował system bezpieczeństwa ruchu kolejowego w Polsce i szkolenie maszynistów.

– „O bezpośrednich przyczynach katastrofy nie możemy jeszcze nic powiedzieć. Możemy natomiast wskazać praprzyczyny tej katastrofy, które leżą w systemie bezpieczeństwa ruchu kolejowego w Polsce. W Polsce mamy system sterowania ruchem kolejowym, który jest praktycznie sprzed 100 lat. Różni się tylko tym, że kiedyś były urządzenia mechaniczne, dzisiaj są elektryczne” – twierdzi Leszek Miętek, cytowany przez portal wnp.pl.

Na Centralnej Magistrali Kolejowej, gdzie doszło do tragicznego wypadku, podejmowano dopiero pierwsze próby wykorzystywania tzw. Europejskiego Sytemu Sterowania Ruchem Kolejowym (ETCS). System reaguje, gdy ktoś popełni błąd. – „Polski system opiera się tylko na decyzji pracownika – w lokomotywach mamy stare systemy tzw. samoczynnego hamownia pociągiem. To urządzenia, które zapala lampki i włącza sygnał przed semaforem. Maszynista musi przycisnąć tzw. czuwak aktywny, który włącza się co 90 sekund. To urządzenie ma być zabezpieczaniem, gdyby maszynista np. zasłabł. Jednak nie może korygować ewentualnych błędów czy pokazywać, jaki jest stan szlaku kolejowego” – wyjaśnia Leszek Miętek.

Lider ZZM zwrócił też uwagę na negatywne efekty postępującej od ponad 10 lat liberalizacji rynku kolejowego: „Jest wielu przewoźników, ale nie ma instytucji, która rzeczywiście zajmowałaby się koordynacją bezpieczeństwa na torach. Nie ma kadr, żeby kontrolować te rzeczy i to niestety się mści. Doprowadzono do tego, że każdy z przewoźników ustala własne zasady bezpieczeństwa ruchu kolejowego. Nie ma żadnej gwarancji, że one są ze sobą spójne. To też się zemści w przyszłości”.

Kolejny problem to szkolenia maszynistów. Leszek Miętek mówi: „Mamy tu ogromną lukę pokoleniową. Średnia wieku maszynistów przekroczyła już 50 lat. Szkoli się ludzi młodych, z ulicy. Przewoźnicy chcą to robić jak najkrócej. Urząd Transportu Kolejowego wyraża na to zgodę. Wysyłałem w tej sprawie apele do premiera, ministra Grabarczyka, ministra Nowaka. Bez odpowiedzi. W tej sytuacji o bezpieczeństwie ruchu kolejowego prawdopodobnie powiadomimy Komisję Europejską, skoro nie potrafimy się doprosić reakcji naszych władz”.

Budowanie dla bogat(sz)ych

Budowanie dla bogat(sz)ych

Z nowego raportu NIK wynika, że budownictwo komunalne znajduje się w zapaści. Niezamożne rodziny muszą czekać na takie lokum nawet kilkanaście lat.

O nowym raporcie pokontrolnym Najwyższej Izby Kontroli informuje „Gazeta Wyborcza”. Wedle niej, NIK zwraca uwagę, że państwo polskie pomaga głównie tym, którzy kupują mieszkania. Dawniej mogli oni skorzystać z ulg podatkowych, a obecnie m.in. z dopłaty do kredytu w ramach programu „Rodzina na swoim”. Ma on już ok. 140 tys. beneficjentów.

A co z tymi, których na zakup mieszkania nie stać? Ustawowy obowiązek zapewnienia im dachu nad głową spoczywa na gminach. Inspektorzy NIK poddali analizie 33 wybrane gminy. W latach 2008-10 mieszkania komunalne budowano tylko w 16 z nich – przodowały gminy Police, Skierniewice i Żory – a łącznie powstało 816 lokali. Tymczasem na przydział lokalu komunalnego w tych gminach czeka aż 23,3 tys. rodzin. Niektóre czekają od dawna – np. w Ciechanowie wciąż nie otrzymały lokalu niektóre rodziny, które złożyły wniosek w roku… 1995. Inne miały więcej szczęścia, ale i tak czas oczekiwania na mieszkanie komunalne w tym mieście wynosi 7-10 lat.

Równie źle wygląda w badanych gminach kwestia lokali socjalnych, dla osób eksmitowanych z innych budynków z jakiegoś względu (niepłacenie czynszu, wypowiedzenie umowy najmu po reprywatyzacji itp.). W skontrolowanych gminach na realizację czekało ponad 12,6 tys. eksmisji do lokalu socjalnego. Tymczasem gminy dysponowały jedynie 1,4 tys. lokali. W efekcie gminy muszą wypłacać odszkodowania prywatnym właścicielom – NIK ocenił wartość ich roszczeń na niemal 60 mln zł.

Samorządy prawie nie budują mieszkań socjalnych. NIK uważa, że gminy czynią tak z powodu braku środków, a zarazem zarzuca rządowi niewielkie wsparcie dla samorządów lokalnych w tej kwestii. W 2009 r. gminy wystąpiły o dofinansowanie 158 inwestycji, a dotacje budżetowe otrzymało 100 inwestycji, dla pozostałych zabrakło środków. W 2010 r. dopłatę otrzymały 75 inwestycje tego typu na 152 pozytywnie ocenionych na etapie konkursowym. Poprawa nastąpiła w roku 2011, gdy wsparcie zyskały wszystkie poprawne formalnie inwestycje, w liczbie 104.

Jeszcze „Lotos” nie zginął

Jeszcze „Lotos” nie zginął

Dzięki głosom zjednoczonej opozycji oraz odważnym posłom koalicji, Sejm nie zgodził się na rekomendowane przez rząd odrzucenie już w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu ustawy w sprawie zachowania przez Skarb Państwa kontroli w Grupie Lotos.

Za dalszymi pracami nad obywatelskim projektem ustawy o zachowaniu przez państwo polskie większościowego pakietu akcji Grupy Lotos opowiedziało się 219 posłów, przeciw było 215, a 10 wstrzymało się od głosu. Za kontynuowaniem prac nad obywatelskim projektem ustawy, podpisanym przez ok. 200 tysięcy Polaków, opowiedzieli się zgodnie posłowie opozycji, ale także dwóch posłów PSL (Eugeniusz Kłopotek i Janusz Piechociński), oprócz nich 3 posłów PO i 6 PSL wstrzymało się od głosu.

Podczas sejmowego głosowania minister skarbu Mikołaj Budzanowski stwierdził, iż szanuje głos obywateli, którzy podpisali się pod projektem, lecz jest on w jego ocenie „niespójny, nielogiczny i jest bublem”. Minister przekonywał, że porzucono pomysł prywatyzacji Grupy Lotos, bowiem do ministra skarbu nie wpłynęły wiążące oferty na zakup pakietu akcji spółki. Budzanowski stwierdził, że realizacja obywatelskiego projektu kosztowałaby budżet państwa około 2,5 mld złotych. Tyle należałoby wydać na dokupienie akcji Lotosu, aby osiągnąć 70-procentowy udział w akcjonariacie spółki.

Podpisy pod obywatelskim projektem ustawy zbierano wiosną 2011 r., a w sierpniu złożono je na ręce marszałka sejmu. Autorzy projektu podkreślają, że kontrola nad strategicznym przedsiębiorstwem przynoszącym ogromne zyski do budżetu powinna pozostać w kraju. Obecnie właścicielem większościowym Lotosu (53,19 proc.) jest Skarb Państwa. W momencie ich sprzedaży istnieje niebezpieczeństwo, że Polska straci strategiczny zakład. Grupa Lotos, w skład której wchodzą rafinerie i inne zakłady na terenie całej Polski planowano sprzedać za ok. 6 mld zł. Tymczasem inwestycje w samą rafinerię gdańską Lotosu w ostatnich latach opiewają na ok. 10 mld. Do tego rachunku warto dodać jeszcze jedną liczbę – rocznie z podatków Grupy Lotos budżet państwa uzyskuje ok. 3 mld zł. Sprzedaż pokryje więc jedynie dwuletnie wpływy budżetu z podatków.