Ocalić Muzeum Techniki!

Ocalić Muzeum Techniki!

Muzeum Techniki w Warszawie, placówka o wieloletniej tradycji, chętnie odwiedzana przez zwiedzających, nie dostało w tym roku państwowej dotacji. Grozi mu likwidacja.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, problemy finansowe zawsze towarzyszyły tej instytucji. Brakowało funduszy na remont i na inwestycje. Teraz jednak sytuacja jest znacznie gorsza: muzeum nie ma pieniędzy na funkcjonowanie. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego odmówiło przyznania prawie 4,8 mln zł, a dotacje resortu są od 2003 r. głównym źródłem utrzymania Muzeum. Dochody z biletów i lekcji muzealnych pokrywają ok. 20 proc. potrzebnej sumy.

– „Nie wiem, skąd weźmiemy 2 mln zł na opłacenie czynszu. A poza główną siedzibą mamy jeszcze sześć placówek terenowych, zatrudniamy prawie sto osób. To wariaci, z których jedna trzecia pracuje za najniższą pensję krajową. Teraz nawet tego nie możemy im zapłacić. Mamy zaplanowane wystawy, których możemy już nie zrealizować” – mówi Piotr Zarzycki, wicedyrektor Muzeum Techniki.

Właściciel Muzeum Techniki, którym jest Federacja Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT, nie finansuje działalności instytucji. – „Jesteśmy organizacją społeczną i nie mamy pieniędzy. Koszty utrzymania muzeum są ogromne. Dlatego co roku występujemy o dotacje do ministerstwa” – tłumaczy Ewa Mańkiewicz-Cudny, prezes federacji. W tym roku po raz pierwszy Muzeum Techniki nie otrzymało dotacji.

Rzecznik Ministerstwa Nauki, Bartosz Loba, napisał w wyjaśnieniu: „Zadanie nie uzyskało rekomendacji zespołu ds. finansowania z uwagi na ogólnie sfinansowany wniosek niepozwalający odnieść się do zasadności kosztów. Znaczna część kosztów, zdaniem zespołu, dotyczy utrzymania Muzeum Techniki i nie jest związana z działalnością upowszechniającą naukę”. Federacja wystąpiła z nowym wnioskiem o dotację, uwzględniając zastrzeżenia resortu. Ministerstwo jeszcze go nie rozpatrzyło.

– „Zwróciliśmy się o pomoc do Ministerstwa Kultury. Odmówiło. 22 maja zbiera się nasz zarząd. Podejmiemy decyzję, co dalej. Szukamy różnych możliwości ratowania muzeum” – oznajmia Ewa Mankiewicz-Cudny. – „Jest pomysł zawiązania spółki z miastem” – dodaje.

Muzeum Techniki jako placówka podległa Federacji, a więc de facto prywatna, nie jest chroniona ustawą o muzeach. Oznacza to, że w razie likwidacji placówki zbiory muzeum mogą zostać wyprzedane. Wśród nich są takie perełki, jak Lotnia Lielienthala (jedna z czterech, które przetrwały), Kamera Prószyńskiego (pierwsza kamera reporterska) czy Wielka Encyklopedia Francuska (pierwsze wydanie z XVIII wieku!). Poza tym warto przypomnieć, że Muzeum Techniki to nie tylko jego główna siedziba w PKiN, ale także sześć oddziałów terenowych: Muzeum Motoryzacji (Warszawa), Huta Żelaza (Chlewiska), Kuźnia Wodna (Gdańsk), Muzeum Starożytnego Hutnictwa Świętokrzyskiego im. Mieczysława Radwana (Nowa Słupia), Muzeum Zagłębia Staropolskiego (Sielpia k. Końskich) oraz Oddział w Starej Kuźnicy.

Jak mówi Michał Buława, pracownik Muzeum, placówka od trzech lat stara się przekonać Federację Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT do przekształcenia Muzeum w fundację. Fundacja taka, np. pod patronatem Prezydenta RP, mogłaby funkcjonować jak chociażby Zakład im. Ossolińskich. Wcześniej z kolei Muzeum postulowało o przekazanie go Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, z czym wiąże się apel o utworzenie Narodowego Muzeum Techniki.

Muzeum istnieje od 1955 r. Specjalnie dla niego zbudowano jedno ze skrzydeł Pałacu Kultury. Placówka zgromadziła ponad 11 tys. eksponatów i ponad 40 tys. woluminów. Co roku ogląda je 150 tys. zwiedzających. Muzeum organizuje też 10-12 wystaw i przeszło 3 tys. lekcji dla młodzieży rocznie. – „Mamy największą frekwencję wśród warszawskich placówek uczestniczących w »Nocy Muzeów«. Podczas poprzedniej edycji odwiedziło nas 10 tys. osób” – podkreśla Piotr Zarzycki.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Domy nie dla dziecka

Domy nie dla dziecka

Z każdym rokiem maleje liczba kandydatów na rodziców zastępczych i adopcyjnych, a opieszałość sądów i skomplikowana sytuacja prawna porzuconych dzieci sprawiają, że postępowania adopcyjne wydłużają się nawet do ośmiu lat.

Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, tylko 3 proc. dzieci w domach dziecka to sieroty – informuje Portal Samorządowy. 17 proc. wychowanków ma jednego, a 80 proc. oboje rodziców. Jednocześnie spada odsetek dzieci wracających do biologicznych rodzin (obecnie wynosi on między 25 a 30 proc.). Sytuacja nie poprawia się mimo wysiłków pomocy społecznej, domów dziecka czy Powiatowych Centrów Pomocy Rodzinie. Pracownicy tych instytucji wyjaśniają, że z połową rodzin w ogóle nie mogą się skontaktować (rodzice unikają kontaktu lub przebywają za granicą). Pozostałe wykazują nikłą chęć współpracy.

W tej sytuacji podstawową formą opieki państwa nad dziećmi powinny być rodziny zastępcze, które są zdecydowanie lepszą opcją wychowawczą niż domy dziecka – potwierdzają to badania dotyczące dalszych losów ich wychowanków. Tymczasem państwo faworyzuje tradycyjne instytucje. Rodziny zastępcze otrzymują dotacje na dziecko w wysokości średnio 1200 zł miesięcznie – domy dziecka natomiast 3200 zł.

Pracownicy socjalni alarmują, że z każdym rokiem kandydatów na rodziców zastępczych i adopcyjnych jest coraz mniej (np. w Sosnowcu w 2010 r. funkcjonowała tylko jedna rodzina zastępcza i nie utworzono żadnej nowej). Pomoc państwa jest znikoma, a akcje informacyjne – zachęcające do podjęcia wysiłku rodzicielstwa zastępczego – nie przynoszą pożądanych efektów.

Główną bolączką systemu adopcyjnego w Polsce jest przewlekłość postępowań, spowodowana m.in. nieuregulowaną sytuacją prawną dzieci. Zdecydowana większość wychowanków domów dziecka posiada oboje rodziców, którym sąd nie odebrał prawa do opieki. Średni czas postępowania adopcyjnego to dwa i pół roku, ale jeśli konieczne jest pozbawienie biologicznych rodziców władzy rodzicielskiej, postępowanie trwa nawet do ośmiu lat. W efekcie na rodzinę adopcyjną zamiast niemowlęcia może czekać uczeń. Aby temu przeciwdziałać, niektóre placówki wbrew prawu zgłaszają do ośrodków adopcyjnych dzieci jeszcze przed uregulowaniem ich sytuacji prawnej.

Zarówno placówki opiekuńczo-wychowawcze (domy dziecka), jak i resocjalizacyjne (zakłady wychowawcze) są przepełnione. Na kłopoty lokalowe nakładają się nieprawidłowości przy kierowaniu dzieci do tych instytucji. Brak przepływu informacji i chęci współdziałania utrudnia i tak już skomplikowaną sytuację dzieci. Z kolei kontrolowani zgłaszali ogromne trudności we współpracy z sądami. Według nich, sądy prowadzą sprawy dzieci opieszale, niechętnie przekazują dokumentację, często nie informują o terminach rozpraw, a nawet nie przesyłają dokumentacji związanej z adopcjami. Tak dzieje się np. w przypadku ośrodków adopcyjnych, których sądy nie uznają za stronę postępowania.

Smacznie, zdrowo i pod górkę

Smacznie, zdrowo i pod górkę

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się niszowe przetwory mleczarskie, produkowane w czystych ekologicznie regionach kraju. Napotykają jednak na problemy z promocją i dystrybucją.

Jak informuje Portal Spożywczy, zainteresowanie tradycyjnymi produktami jest większe w dużych aglomeracjach miejskich, jak Warszawa. Można je kupić m.in. na Praskiej Giełdzie Spożywczej – rynku hurtowym, obsługującym klientów detalicznych i mini-hurtownie. To tu co roku odbywają się Dni Produktów Regionalnych i Tradycyjnych Polskie Smaki. W tym roku, 21 września, już po raz ósmy swoje wyroby będą mogli zaprezentować regionalni producenci wędlin, pieczywa, przetworów mleczarskich, miodów, pierogów itp. Praska Giełda Spożywcza w ten sposób wychodzi naprzeciw małym, regionalnym producentom.

Piotr Urbaniak, kierownik hali w hurtowni Marpol na Praskiej Giełdzie Spożywczej, podkreśla, iż świadomość żywieniowa Polaków wzrasta. – „Klienci mają świadomość wartości produktów zdrowych i gdy tylko mają pieniądze, kupują produkty najmniej przetworzone i naturalne. We wszystkich kategoriach spożywczych, także nabiałowych, to, co posiada jak najmniej składników konserwujących i ma krótszą datę przydatności, jest w świadomości klientów zdrowe i chętnie po takie produkty sięgają” – przekonuje Urbaniak.

W hurtowni Marpol można kupić m.in. zsiadłe mleko z OSM w Krasnymstawie, oscypki oraz Wielkopolski Ser Smażony z OSM w Czarnkowie. Ten ostatni produkt posiada Chronione Oznaczenie Geograficzne Unii Europejskiej. Jak tłumaczy Zofia Just, wiceprezes OSM Czarnków, jest to produkt wyrabiany według tradycyjnej receptury. – „Jest bardzo dobry, znakomicie się rozpuszcza, nadaje do sosów, zapiekanek. Jest to twaróg bez żadnych dodatków konserwujących” – zachwala.

Tradycyjną metodą wytwarzane jest także zsiadłe mleko z OSM Krasnystaw. – „Dzięki temu posiada zwartą konsystencję i kroi się łyżką, a pakowanie w funkcjonalne kubki-miski daje możliwość bezpośredniego zastosowania w zestawie z młodymi ziemniakami lub kaszą” – tłumaczy Krzysztof Bortacki, kierownik działu handlu i marketingu OSM Krasnystaw. Dodaje również, że pomimo ogromnej konkurencji zsiadłe mleko, podobnie jak inne produkty tradycyjne OSM Krasnystaw, zyskują coraz większą rzeszę klientów. – „Rynek produktów tradycyjnych jest rynkiem rozwojowym. Klienci poszukują produktów naturalnych, produkowanych w oparciu o tradycyjne receptury, ale jednocześnie z wykorzystaniem nowoczesnej techniki i technologii” – podkreśla.

Piotr Urbaniak przyznaje, że kilka lat temu na Praskiej Giełdzie Spożywczej można było znaleźć więcej produktów tradycyjnych, jednak nie sprzedawały się one w takiej ilości, jak zwykłe produkty mleczne, dlatego hurtownie musiały ograniczyć swój asortyment. Problemem jest oczywiście cena – za wysoką jakość trzeba zapłacić więcej. Tymczasem, producenci nie mogą pozwolić sobie na często wysokie nakłady marketingowe, potrzebne do wypromowania produktu. – „Potrzeba dużo pracy, aby taki produkt wprowadzić na rynek i przekonać do niego klientów. Oznacza to także nakłady finansowe, bo należałoby robić pokazy, degustacje wyrobów” – tłumaczy Zofia Just.

Wielu producentów chce oferować swoje ekologiczne i zdrowe wyroby, jednak ze względu na ich unikalność i wysokie standardy produkcji nie mogą oni oferować konkurencyjnej ceny. Dla takich właśnie producentów zarząd Praskiej Giełdy Spożywczej przygotowuje program, dzięki któremu małe zakłady mogłyby oferować swoje wyroby przy wsparciu Giełdy.

Skarb będzie wreszcie chroniony?

Skarb będzie wreszcie chroniony?

Ogłoszony przez Ministra Środowiska plan działań dla Puszczy Białowieskiej jest dużym krokiem do przodu na rzecz skutecznej ochrony tego cennego kompleksu leśnego – uważają organizacje ekologiczne Greenpeace, Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i WWF Polska.

Zapowiedź utrzymania pozyskania drewna na poziomie ustalonym na rok 2011 i całkowite wyłączenie z gospodarki leśnej drzewostanów stuletnich to dobry kierunek działań – oceniają wspomniane trzy organizacje ekologiczne, które od lat dopominają się o skuteczną ochronę Puszczy Białowieskiej, przyrodniczego skarbu nie tylko w skali Polski, ale i całej Europy. Pozytywnym sygnałem jest fakt, że Minister podtrzymał decyzję swojego poprzednika o rocznym pozyskaniu drewna w wielkości 48,5 tys. m3. Potwierdził też, że przyjęta właśnie definicja stuletnich drzewostanów, w których zostanie zaprzestane prowadzenie gospodarki leśnej, jest zgodna z postulatami naukowców i ekologów. Dotyczy bowiem takich obszarów, na których stare drzewa mają przynajmniej 10 proc. udziału.

W przypadku cięć sanitarnych padła zapowiedź wyłączenia z nich ponad stuletnich drzewostanów. Jednak kwestia tych cięć, pod których pretekstem w poprzednich latach pozyskiwano drewno, wymaga monitoringu. Dotychczas, mimo zakazów, gospodarka leśna była prowadzona na tych obszarach. Dlatego deklaracje Ministra w tej sprawie zdaniem organizacji ekologicznych powinny jak najszybciej przyjąć formę aktu prawnego, który będzie egzekwowany.

Nierozwiązana pozostaje kwestia odpowiednich zapisów dotyczących wycinek drzew w okresie lęgowym ptaków, które zagrażają m.in. dzięciołom: białogrzbietemu i trójpalczastemu, włochatce i sóweczce. Ważne będzie również przestrzenne porównanie planowanego przez Lasy Państwowe pozyskania drewna z położeniem obszarów cennych przyrodniczo.

Puszcza Białowieska nazywana przez leśników najlepiej chronionym lasem w Europie jest jednym z nielicznych w Polsce kompleksów, gdzie gospodarka leśna nie jest certyfikowana w systemie FSC. Co więcej, kilka lat temu Białowieski Park Narodowy utracił prestiżowy Dyplom Obszarów Chronionych Rady Europy ze względu na wycinkę ponadstuletnich drzewostanów w zagospodarowanej części Puszczy. Ministerialna decyzja jest na pewno krokiem do przodu, ale wciąż należy dopilnować wdrożenia postulatów zgłaszanych przez naukowców i organizacje ekologiczne.