Opamiętanie?

Opamiętanie?

Właściciel Biedronki, firma Jeronimo Martins, zamierza poprawić relacje ze swoimi dostawcami, skracając czas oczekiwania na zapłatę za towary.

Jak informują „Wiadomości Handlowe”, w Portugalii w kwietniu br. firma zawarła porozumienie ze zrzeszającą 700 producentów żywności Portugalską Konfederacją Rolników. Zobowiązała się, że przez rok będzie płacić za dostarczone towary nie po 60, lecz maksymalnie po 10 dniach.

Według słów Pedro Leandro, dyrektora handlowego w grupie Jeronimo Martins, jest to odpowiedź na trudną sytuację dostawców, głównie warzyw i owoców, którzy mają ostatnio poważne problemy w dostępie do źródeł finansowania. Sieć postanowiła, że przy zawieraniu nowych kontraktów będzie mieć to na uwadze i wyraźnie skróci czas oczekiwania na pieniądze za dostarczony towar.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

W odpowiedzi na kampanię antyzwiązkową. List otwarty

W odpowiedzi na kampanię antyzwiązkową. List otwarty

Z inicjatywy twórców portalu Nowe Peryferie wystosowano list otwarty, którego sygnatariusze protestują przeciwko medialnej i politycznej nagonce na „Solidarność” i inne organizacje społeczne, które podjęły próbę zablokowania antyspołecznej reformy emerytalnej. Wśród pierwszych sygnatariuszy listu są redaktorzy i współpracownicy „Nowego Obywatela”.

Oto treść listu otwartego:

Niżej podpisani wyrażają poparcie dla działań „Solidarności” i innych organizacji, które podjęły próbę powstrzymania antyspołecznej i pozbawionej legitymizacji „reformy emerytalnej”.

W minionym tygodniu mieliśmy do czynienia z wyjątkowym, nawet jak na polskie warunki, natężeniem nagonki na związki zawodowe. Bezpośrednim pretekstem dla serii wypowiedzi ze strony osób, które odgrywają opiniotwórczą rolę w stosunku do części polskiego społeczeństwa (m. in. byłego prezydenta Wałęsy, obecnego – Bronisława Komorowskiego, prof. Magdaleny Środy, Janusza Palikota, Ryszarda Kalisza) był kolejny protest NSZZ „Solidarność” w sprawie reformy emerytalnej, który tym razem przyjął formę blokady parlamentu. Wobec tej nowej w Polsce metody walki o prawa pracownicze sfera publiczna zatrzęsła się z oburzenia, a aktorom politycznego teatru pomyliły się role. Były przewodniczący „Solidarności” zażądał od premiera spałowania protestujących, pewien poseł Ruchu Palikota poczuł się więźniem politycznym. Sam Palikot przejął się losem trawników, na które „szczali” związkowcy, zaś prof. Środa – kondycją polskiego katolicyzmu. Wielu rzekomo postępowych publicystów, na co dzień ubolewających nad „słabością polskiego społeczeństwa obywatelskiego”, zajęło się obroną majestatu władzy przed „partyjno-religijno-radykalnymi roszczeniowcami” (by ponownie nawiązać do pani etyk), czy zagrożeniem dla narodowego bezpieczeństwa, jakie niesie za sobą blokada Sejmu. Powróciły także dobrze znane sugestie, by związek zmienił nazwę i porzucił odwołania do „pierwszej «S»” , oraz zarzuty jego upolitycznienia. Znamienne, że o upolitycznieniu mówi się w odniesieniu do ostatnich paru lat, nigdy do czasów, kiedy związek „rozciągał parasol nad reformami” albo stanowił bezpośrednie zaplecze partii rządzącej. O upolitycznieniu ma np. świadczyć to, iż przeciwników reformy i zwolenników referendum związkowcy przepuszczali, a głosujących za rządowym projektem i przeciw referendum – nie. Nie mogło się też obyć bez jeszcze silniej osadzonych w tradycji naszej (?) debaty publicznej określeń: „warcholstwa” i „zadymiarstwa”. Szczególnie wiele uwagi poświęcono aktom przemocy, których mieli dopuścić się związkowcy.

Wielu komentatorom umknął tymczasem szerszy obraz sytuacji, tj.:  zablokowanie wniosku o referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, kolejne dowody kompletnego braku zainteresowania rządu dialogiem społecznym. Publicyści i eksperci, zwykle bardzo zatroskani o „młodą polską demokrację”, uporczywie ignorują fakt, że parlament zmienił się w ostatnich latach w maszynkę do głosowania. Bezkrytycznie przyjęli za to opowieść „oblężonych” posłów z emerytalnej koalicji o ich poczuciu zagrożenia wobec agresywnego tłumu (szczególnie wobec „bierności policji”; Janusz Palikot zasugerował nawet, że w antysystemowym spisku brała udział… administracja parlamentu, która odmówiła mu dostępu do zapisów kamer przemysłowych z Wiejskiej). Jawne fałsze, jak ten mówiący, że podwyższenie wieku emerytalnego „nastąpi za 30 lat”, albo teza, że skutkiem wykluczenia sporej grupy wiekowej z systemu ubezpieczeń społecznych będzie wzrost przyszłych świadczeń emerytalnych, wypowiadane są z kamienną twarzą zarówno przez ministrów obecnego rządu RP, jak i licznych dziennikarzy i komentatorów.

Pragniemy zauważyć, że parogodzinna blokada parlamentu stanowi formę protestu zarówno uprawnioną, jak i nie odbiegającą od metod stosowanych przez stronę społeczną w „starych demokracjach”. Wyrażamy zarazem stanowczy sprzeciw wobec manipulacji i wrzutek propagandowych, jakimi częstują nas publiczni funkcjonariusze i tzw. czwarta władza. Opowiadamy się przeciwko dalszemu ograniczaniu funkcji społecznych państwa, przeciwko decyzjom, które nie są, jak każe się nam wierzyć, ekonomiczną koniecznością, lecz świadomym wyborem politycznym, który spowoduje zwiększenie nierówności i niesprawiedliwości w Polsce. Protestujemy przeciwko dalszemu naruszaniu zasad demokracji, dialogu społecznego i konstytucyjnych praw związkowych, żądając zarazem od wpływowych instytucji kontrolnych: głównonurtowych mediów, wielkich organizacji pozarządowych i instytucji państwowych, by broniły tych zasad co najmniej równie gorliwie, jak bronią nienaruszalności osobistej parlamentarzystów.

Listę dotychczasowych sygnatariuszy można znaleźć tutaj – w tym samym miejscu można podpisać ten dokument. Zachęcamy!

Leczyć – nie kupczyć!

Leczyć – nie kupczyć!

Prezes Towarzystwa Farmaceutyczno-Ekonomicznego, dr Tadeusz J. Szuba, wystosował pismo dotyczące ustawowego zakazu reklamy leków w aptekach. Wyjaśnia w nim, czemu wprowadzenie tego zakazu było słuszne i dlaczego powinno być respektowane.

Dr Szuba krytykuje politykę, która u zarania III RP rozpoczęła proces „skupczenia” aptek i ukierunkowania ich na jak największy zysk – kosztem dobra pacjenta. Jego zdaniem, wszechobecne w aptekach reklamy firm farmaceutycznych dotyczą nie leków najlepszych i najtańszych, lecz najdroższych i przeważnie nie najlepszych. Uważa również, że wprowadzone na masową skalę tzw. programy lojalnościowe skłaniają aptekarza do współpracy z hurtownikiem, finansowanej przez drogich producentów, a oferowane rabaty, upusty czy darowizny są de facto łapówkami.

Podkreślił, że działania koncernów farmaceutycznych żerują na niewiedzy pacjenta, który nie zdaje sobie sprawy, że lek A kosztujący 20 zł i lek B kosztujący 100 zł mogą mieć ten sam lub bardzo zbliżony skład. Jeśli pacjentowi zaoferuje się lek B z np. 20-złotowym rabatem, kupi go, sądząc że trafiła mu się okazja nabycia taniej lepszego leku. Według szacunków Towarzystwa Farmaceutyczno-Ekonomicznego, pacjenci na samych tylko lekach refundowanych przepłacali 2,5 mld złotych rocznie. Na nierefundowanych jeszcze więcej.

Ustawa o refundacji leków z 12 maja 2011 r. zakazuje reklamy aptek i punktów aptecznych oraz ich działalności, jednak sprawa jest wciąż dyskutowana – przeciwnicy ustawy ślą skargi do Ministerstwa Zdrowia oraz inspektorów farmaceutycznych. Dr Szuba przestrzega m.in. przed działaniami hurtowni Pelion i powołanej przez nią spółki Dbam o Zdrowie, które próbują przekonać apteki do zakupów leków w trybie „lojalnościowym” i apelują o zniesienie zakazu reklamy leków w aptece. Twierdzą, że programy lojalnościowe nie są expressis verbis zakazane ustawą o refundacji. Podobne działania podejmuje Business Center Club.

Dr Szuba zdecydowanie opowiada się za utrzymaniem zakazu reklamy leków w aptekach oraz zniesieniem programów lojalnościowych. „Apteka przy swoich funkcjach ustawowych ma pomagać w odzyskiwaniu zdrowia, odradzać buble, doradzać leki tańsze (nie gorsze) i wszystko robić bezinteresownie, z własnej inicjatywy, w oparciu o obiektywną wiedzę naukową” – podkreśla.

Cały list dr. Szuby można przeczytać tutaj.

Rodzina – nie zyski

Rodzina – nie zyski

Rodzice maluchów uczęszczających do stołecznych żłobków protestują przeciwko nowym stawkom opłat – chcą, aby opieka była tańsza.

W kwietniu sąd administracyjny uznał za nieważne przepisy dotyczące stawek opłat za żłobki – przypomina „Gazeta Wyborcza”. Placówki nie mają obecnie podstawy prawnej, aby je pobierać. Na początku maja ogłosiły, że nie będą tego robić. Urzędnicy jednak szykują w pośpiechu projekt nowej uchwały, która określi zasady płacenia za żłobki zgodne z wyrokiem sądowym. Chodzi m.in. o wprowadzenie opłat za godziny (zamiast miesięcznej stałej kwoty).

Rodzice, którzy zaskarżyli poprzednią uchwałę, nie chcą zgodzić się na stawki proponowane obecnie: ok. 2 zł za godzinę opieki. Wyliczyli, że przy 10-godzinnym pobycie dziecka w placówce, żłobki wcale nie potanieją – nadal trzeba będzie płacić ponad 370 zł miesięcznie. Dodając do tego koszt posiłków, kwota wzrasta do ok. 500 zł. – „Apelujemy o zmianę perspektywy myślenia z »fiskalnej« na prorodzinną i przyjęcie takich opłat, które będą kompromisem między poprzednią ich wysokością a unieważnionymi stawkami” – napisała Małgorzata Lusar do radnych i prezydenta Warszawy w imieniu stowarzyszenia Głos Rodziców.

Jaka kwota byłaby możliwa do zaakceptowania przez protestujących rodziców w stolicy? – „Wprowadzenie stawki, przy której łączna miesięczna opłata za dziesięciogodzinny pobyt dziennie z wyżywieniem wynosiłaby 400 zł, byłoby wyraźnym sygnałem, że Warszawa chce prowadzić politykę prorodzinną. Zostałoby to przyjęte z prawdziwym entuzjazmem i ulgą przez rodziców” – zapewnia Małgorzata Lusar.