Miasto może mądrze

Miasto może mądrze

Ruszyła pierwsza w Polsce spółdzielnia socjalna całkowicie sfinansowana, wspierana i nadzorowana przez miasto – Wiosło dla Łodzi.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, spółdzielnię założyło pięcioro młodych bezrobotnych: Anna – z wykształcenia filolog klasyczny, Dominika – pedagog opiekuńczo-wychowawczy, Maciek – student socjologii, Igor – student administracji oraz Jacek – doświadczony w gastronomii i w budowlance.

Spółdzielnia będzie zajmować się głównie usługami opiekuńczymi. Przy ul. Struga 27a uruchomione zostanie przedszkole i mini-kawiarenka dla rodziców. Niewątpliwy atut przedszkola to bardzo elastyczny czas pracy – można w nim zostawić dziecko na dwie godziny, żeby np. pójść do lekarza lub załatwić inne sprawy. Przez cały okres wakacji będą organizowane półkolonie.

Z kolei w drugim lokalu spółdzielni, przy ul. Piotrkowskiej 99, powstanie centrum aktywnego seniora. Będą tam również odbywać się korepetycje z przedmiotów ścisłych dla gimnazjalistów.

Spółdzielnia Wiosło dla Łodzi powstała w ramach programu zapobiegania enklawom biedy. Urzędnicy z MOPS i Powiatowego Urzędu Pracy zasiadają w radzie programowej i będą wspierać działanie inicjatywy. Możliwe jest zatrudnienie nawet 50 spółdzielców. Wszyscy mogą otrzymać zasiłki celowe na aktywizację zawodową oraz fachowe wsparcie prawników i doradców zawodowych. Za otrzymane dotacje spółdzielnia musi przetrwać rok. Później będzie musiała „powiosłować” o własnych siłach. Trzymamy kciuki!

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Polska w bankructwie

Polska w bankructwie

Nawet 100 tysięcy osób może stracić pracę, jeżeli kryzys w branży budowlanej przybierze na sile, a wszystko na to wskazuje.

Firmy budowlane mają ogromne problemy finansowe, a sam rząd w związku z końcem przygotowań do Euro 2012 zamierza znacznie ograniczyć inwestycje w infrastrukturę. Jak informuje portal Money.pl, Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało, że będzie dążyć do powołania sejmowej komisji śledczej, która ma zbadać nieprawidłowości przy budowie autostrady A2. Upadłość spółki DSS, głównego wykonawcy projektu, doprowadziła bowiem do tego, że wielu podwykonawców nie dostało należnych im pieniędzy. – „Chodzi o 60 firm, którym należy się około 50 milionów złotych” – wylicza Konstanty Sochacki, jeden z poszkodowanych przedsiębiorców.

Ta sprawa do jednak wierzchołek góry lodowej. Jak szacują eksperci, stracą również inwestorzy giełdowi i cała gospodarka, co z kolei wyraźnie odbije się na dynamice całego PKB. – „Spirala strachu wokół firm budowlanych nakręca się coraz bardziej i nie widać nikogo poza rządem, kto mógłby ją przeciąć. Najbliższe kwartały okażą się decydujące i na pewno nie obędzie się bez dramatów. Wystarczy bowiem, że jedna duża firma upadnie. Wówczas pociągnie za sobą mniejszych graczy, a banki odetną finansowanie projektów” – ocenia Piotr Nawrocki, analityk branży budowlanej z firmy Wood&Co.

W największych opałach są w tej chwili firmy, które podjęły się budowy dróg i autostrad. Zaangażowały się w te inwestycje, gdy Polska otrzymała prawo do organizacji Euro 2012, a rząd postanowił znacząco przyspieszyć projekty infrastrukturalne. W cztery lata miał zostać zrealizowany wielki plan budowy dróg, choć – jak oceniali fachowcy – na jego porządną realizację potrzeba było sześciu lat. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad jako główny inwestor podpisywała więc umowy z firmami budowlanymi, a te
często zrzucały ryzyko projektu na podwykonawców.

Zaczęły pojawiać się znaczące opóźnienia w płatnościach; firmy – najpierw te mniejsze, teraz również te duże – wpadły w poważne tarapaty finansowe. – „Sytuacja jest tak napięta, że kryzys w branży budowlanej może zmieść z rynku nawet 40 procent przedsiębiorstw” – szacuje Adrian Furgalski, analityk z zespołu doradców gospodarczych TOR. To oznacza, że pracę może stracić od 50 do nawet 100 tys. osób. Co więcej, w przyszłości tych pracowników będzie bardzo trudno odzyskać. To przecież w dużej mierze specjaliści, którzy zostaną zmuszeni do zmiany branży lub po prostu wyjadą za granicę.

Kryzys w branży budowlanej może spowodować również, że prognoza rządu dotycząca bezrobocia na poziomie 12,3 procenta na koniec tego roku i 8,5 procent na koniec 2014 r., najprawdopodobniej się nie sprawdzi.

Razem można więcej

Razem można więcej

Dzięki pomocy UNISON i brytyjskim studentom, Polki i inne emigrantki pracujące na Uniwersytecie Londyńskim wywalczyły podwyżkę. Od czerwca tego roku zamiast 6,50 funtów za godzinę dostawać będą 8,30 funtów.

Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, Polki wspólnie z emigrantkami z innych krajów, głównie Ameryki Łacińskiej, pracują jako sprzątaczki w budynkach dydaktycznych oraz akademikach. Pomimo pracy na uniwersytecie, zatrudnione były przez prywatną firmę, która płaciła im wynagrodzenie niewiele wyższe niż płaca minimalna –obecnie wynosi ona 6,11 funtów za godzinę.

Prywatyzowanie różnego rodzaju usług w sektorze publicznym w Wielkiej Brytanii jest obecnie normą. Dzięki temu podmioty publiczne, takie jak szpitale czy szkoły, mogą czynić oszczędności, które wynoszą średnio około 20 proc. poprzedniej płacy pracownika, zwolnione są bowiem z odprowadzania za takiego pracownika składki emerytalnej – wyjaśnia Adam Rogalewski, delegat OPZZ w brytyjskim związku zawodowym UNISON. Firmy prywatne wzbogacają udziałowców (często mają siedzibę zarejestrowaną poza Wielką Brytanią i nie płacą podatków), a jedynymi osobami, które na tym tracą, są pracownicy. W większości to emigranci, którzy nie znając dobrze realiów i języka, często nie mają wyboru i muszą się zgodzić na każde warunki pracy.

Dla pracownic Uniwersytetu Londyńskiego wyzysk jest już, na szczęście, przeszłością. Dzięki związkom UNISON (związek pracowników sektora publicznego) i UCU (związek pracowników akademickich) oraz studentom po przeszło roku aktywnej kampanii udało się wywalczyć dla nich prawo do godnej płacy. Godnej, czyli takiej, która jest ustalana niezależnie przez akademików, po wzięciu pod uwagę różnych czynników ekonomicznych, jak inflacja, koszty mieszkania, koszty utrzymania. Wszystko to pomaga w ustaleniu minimalnego wynagrodzenia, które pozwoliłoby pracownikowi po prostu (godnie) żyć (stąd angielska nazwa Living Wage). W przeciwieństwie do płacy minimalnej, nie jest ono obowiązkowe i bierze pod uwagę przede wszystkim potrzeby socjalne pracownika. Wynosi ono w Londynie 8,30 a poza nim 7,20 funtów na godzinę.

Kampania okazała się sukcesem nie tylko dzięki związkom zawodowym, ale przede wszystkim dlatego, że do walki o prawa pracownic włączyli się studenci. To oni organizowali demonstracje przed rektoratem, drukowali ulotki, zbierali podpisy oraz za darmo uczyli emigrantów języka angielskiego.

– „Wsparcie studentów i ich wiara w zwycięstwo były bardzo ważne podczas naszej prawie rocznej walki. To oni organizowali demonstracje, ponieważ my z obawy przed utratą pracy często bałyśmy się wychodzić na ulicę. Dzięki tym młodym ludziom i ich optymizmowi, udało nam się wygrać to, co się nam zawsze należało, godną pracę za godną płacę! Teraz wiem, że jestem częścią uniwersytetu i tak jak inni pracownicy jestem traktowana z szacunkiem” – powiedziała Mariola, jedna ze sprzątaczek pracujących w akademikach.

W najbliższym numerze „Nowego Obywatela” opublikujemy rozmowę o walce pracowników z Polski o swoje prawa na Wyspach Brytyjskich.

Łódź – wiosłuj szybciej albo utoń

Łódź – wiosłuj szybciej albo utoń

Urząd Miasta Łodzi ogłosił zasady nowej polityki mieszkaniowej. Biedni mieszkańcy zostaną wyprowadzeni z lokali komunalnych i socjalnych w centrum. W Śródmieściu mają mieszkać osoby co najmniej średnio zarabiające.

Jak informuje „Dziennik Łódzki”, miasto zamierza pozbyć się połowy z 60 tys. mieszkań, którymi dysponuje. W centrum ma pozostać 15 tys. lokali komunalnych, przy czym mają to być mieszkania o podwyższonym standardzie, m.in. w wyremontowanych lub nowych budynkach.

Lokale o niższym standardzie znajdą się na obrzeżach miasta. Według planów, ma to być 10 tys. mieszkań socjalnych z dostępem do wody i kanalizacji i 4 tys. lokali tymczasowych (np. dla osób eksmitowanych).

W jaki sposób władze miasta chcą się pozbyć lokatorów mieszkań komunalnych? Sprzedając wynajmowane lokale. Na pierwszy ogień pójdą małe wspólnoty, w których miasto ma do siedmiu lokali, następnie wspólnoty, w których ma mniejszościowy udział, a na końcu – pozostałe. Przy czym prywatyzacja budynku, który w 100 proc. należy do gminy lub w którym magistrat ma większość, będzie możliwa tylko wtedy, gdy wykup zadeklarują lokatorzy co najmniej połowy mieszkań.

Na wykup mieszkań będą obowiązywały bonifikaty, z roku na rok coraz mniejsze. Do 30 czerwca 2013 r. będzie jeszcze obowiązywała dzisiejsza, 90-procentowa bonifikata. Od 1 lipca 2013 r. do 30 czerwca 2014 r. – 75-procentowa. Po 1 lipca 2014 r. bonifikata osiągnie poziom docelowy, czyli 50 proc. Dziś o wykup mieszkania komunalnego może się starać najemca, który zajmuje dany lokal minimum pięć lat. Ten okres ma być jednak skrócony, by ułatwić najemcom wykup.

Czynsze pójdą w górę. Konkretne kwoty zostaną ustalone po konsultacjach społecznych, które właśnie się rozpoczęły. Wiadomo już jednak, że stawka bazowa, od której liczy się czynsze (dziś 5,02 zł za m kw.), będzie podnoszona co rok – aż do „uzasadnionego ekonomicznie” poziomu. Mówi się, że taki poziom to co najmniej 7-8 zł za m kw. Administracje mają reagować już na jednomiesięczne zaległości w płaceniu czynszu.

Władze miasta zapowiadają wprowadzenie systemu zachęt, w tym finansowych dla prywatnych inwestorów, którzy kupią działki i zechcą remontować albo budować mieszkania w centrum Łodzi oraz lokale socjalne na obrzeżach miasta. Magistrat ma wytypować budynki, przeznaczone do wyburzenia, w pierwszej kolejności w Śródmieściu. Wolne grunty wystawi na sprzedaż. Władze zakładają też sprzedaż z bonifikatą budynków, przeznaczonych do wyburzenia – ale z zapisem obowiązkowej rozbiórki w umowie.

Podwyżki, wyburzenia, wysiedlenia, pozbywanie się lokali komunalnych – cóż za ambitny, pomysłowy, a przede wszystkim prospołeczny program! I to w dodatku w mieście, które jest już wręcz przysłowiowo biedne i pozbawione perspektyw, zajmując od lat końcowe pozycje w statystykach obrazujących poziom życia w polskich dużych miastach. Ani ryby, ani wędki.