Wolny rynek hien cmentarnych

Wolny rynek hien cmentarnych

Dziennikarskie śledztwo prowadzone w 11 krajach ujawniło, iż dostawcy czołowego producenta implantów z ludzkiej tkanki stosują w pogoni za zyskiem nieetyczne metody.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, z ciał zmarłych ludzi pozyskuje się elementy, które ratują żywych: ścięgna pozwalają chodzić sportowcom po kontuzji, rogówka przywraca wzrok, skóra leczy rany, z kości wyrabia się implanty oraz klej chirurgiczny. Niestety, ponieważ ludzkie ciało w ramach tego „recyklingu” może przynieść od 80 tys. do 200 tys. dol. zysku, firmy komercyjne, które zajmują się pozyskiwaniem tkanki, posuwają się do nadużyć. W 2005 r. np. firma Biomedical Tissue Services kupiła nielegalnie od nowojorskich grabarzy tysiąc ciał, z których po kryjomu „wymontowała” odpowiednie części. Podobne wydarzenia miały miejsce na Ukrainie, w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, w Estonii, na Łotwie. „Produkty” trafiały następnie do zleceniodawcy, czyli RTI Biologics, czołowego amerykańskiego producenta implantów przygotowywanych z ludzkiej tkanki.

Nadużyć dopuszczają się głównie firmy amerykańskie, sprzyja temu słaba kontrola. Co istotne, nadużycia podnoszą ryzyko przeniesienia z dawcy na biorcę infekcji bakteryjnych, żółtaczki, wścieklizny czy HIV. Od 2002 r. udokumentowano 1,3 tys. infekcji i 40 zgonów po wszczepieniu produktów z ludzkiej tkanki.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Śmieciowe umowy do śmietnika!

Śmieciowe umowy do śmietnika!

W ciągu 2-3 tygodni zostanie wysłana do Komisji Europejskiej skarga przeciw Polsce związana ze stosowaniem umów o pracę na czas określony – poinformował rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”.

W komunikacie dotyczącym sprawy związek wskazał, że Prezydium Komisji Krajowej „Solidarności” postanowiło złożyć skargę na Polskę do Komisji Europejskiej „w sprawie niewłaściwej implementacji norm europejskiego prawa pracy w kontekście umów na czas określony”.

Wyjaśniono, że chodzi o dyrektywę dotyczącą porozumienia ramowego w sprawie pracy na czas określony, zawartego przez Europejską Unię Konfederacji Przemysłowych i Pracodawców (UNICE), Europejskie Centrum Przedsiębiorstw Publicznych (CEEP) oraz Europejską Konfederację Związków Zawodowych (ETUC).

„»Solidarność« uważa, że Polska nie zapobiega nadużyciom wynikającym z wykorzystywania kolejnych umów na czas określony, wyłącza pozostałe umowy terminowe, stosuje zbyt krótki czas pomiędzy jedną a drugą umową oraz dopuszcza do wielokrotnego zawierania takich umów dla wykonania prac o charakterze cyklicznym” – poinformowano w komunikacie.

Wątpliwości związkowców budzi art. 251 Kodeksu pracy. „Solidarność” uważa, że przepis ten nie ustanawia ram dla zapobiegania nadużyciom wynikającym z wykorzystywania kolejnych umów na czas określony (umowy na czas wykonania określonej pracy, umowy na okres próbny). Zaznaczono, że regulacja ta odnosi się jedynie do umów o pracę zawartych na czas określony, z wyłączeniem pozostałych umów terminowych.

Według związku polskie prawo pracy – niezgodnie z regulacjami UE – uznaje za kolejne umowy o pracę na czas określony tylko takie, pomiędzy którymi nie występuje przerwa dłuższa niż jeden miesiąc.

„Solidarność” wskazuje ponadto, że zaskarżony przepis wśród obiektywnych powodów usprawiedliwiających wielokrotne zawieranie umów okresowych wymienia umowy zawierane dla wykonania prac o charakterze cyklicznym.

Jest alternatywa dla GMO

Jest alternatywa dla GMO

Rolnicy coraz przychylniejszym okiem spoglądają na pomysł produkcji pasz z rodzimych roślin motylkowych w kontrze do importowanych pasz z soi, zazwyczaj modyfikowanej genetycznie.

Jak informuje portal Farmer.pl, według Andrzeja Morawskiego, przedstawiciela małej wytwórni pasz w Kcyni, 1 procent białka w tonie śruty sojowej kosztuje 45 zł, czyli ok. 10 zł więcej niż w paszy z łubinu wąskolistnego. Wytwórnia Pasz „Morawski” produkuje dziennie kilkadziesiąt ton paszy dla lokalnych rolników. Zdaniem pana Andrzeja duże wytwórnie preferują wytwarzanie pasz z soi, ponieważ jest to prostsze pod względem organizacyjnym. Przy produkcji pasz z rodzimego białka roślinnego trzeba przystosować wytwórnię do możliwości magazynowania i linie technologiczne do produkcji tego typu pasz, jednak zdaniem Morawskiego warto.

Oczywiście, aby podjąć wysiłek przystosowania, trzeba mieć pewność zbytu, a tę – według Morawskiego – może zwiększyć znakowanie żywności. – „Jeżeli będzie popyt – bo żywność oznakowana może spowodować zwiększenie popytu – to wytwórnie będą właśnie poszukiwały pasz z udziałem rodzimych źródeł białka roślinnego” – przekonuje.

Co istotne, wytwarzane przez Morawskiego pasze z roślin motylkowych znajdują popyt u rolników. – „Wytwórnia posiada jako zaplecze nieduże gospodarstwo rolne, 150 ha” – mówi Morawski. – „Od 4 lat uprawiam już rośliny motylkowe. Stworzyłem taką trójpolówkę i na razie ona zdaje egzamin. Czyli idą zboża – ze względu na to, że to są słabsze gleby – idzie pszenżyto. Potem owies – jako taka roślina sanitarna. I potem łubin. Łubin żółty, łubin wąskolistny. W tym roku spróbowałem część pola przeznaczyć na bobik. I jest rewelacyjny. Z rozmowy z rolnikami wiem, że z tych pasz są zadowoleni” – przekonuje.

Lobby koncernów GMO i ich lokalni utrzymankowie twierdzą, że bez importowanej paszy sojowej z soi GMO grozi nam wzrost kosztów produkcji, czyli także podwyżki cen mięsa i nabiału w sklepach. Jak widać, istnieje alternatywa dla ich szemranego biznesu – alternatywa polska, zdrowa i tańsza. Mogliby na niej zarobić nasi rolnicy, mógłby zarobić skarb państwa, a konsumenci mogliby mieć pewność, że nie spożywają czegoś o niezbadanych skutkach zdrowotnych.

Wielki handel psuje jakość?

Wielki handel psuje jakość?

Prezes Dagomy, firmy zajmującej się przetwórstwem owocowo-warzywnym, krytycznie wypowiada się na temat działań sieci handlowych, które „wykańczają” polskich producentów i zmuszają ich do produkowania wyrobów kiepskiej jakości.

Jak informuje „Portal Spożywczy”, zdaniem Georgiosa Orfanosa, prezesa Dagomy, rozwój sieci dyskontowych w Polsce jest „ewenementem na skalę europejską”, co sprawia, że „tracą na tym polscy kupcy, handlowcy i całe społeczeństwo”.

Orafnos zarzuca dyskontom stawianie takich warunków w umowach (chodzi o zaniżanie cen produktów), które sprawiają, że producentom nie opłaca się dla nich produkować, albo zmuszeni są obniżać jakość, żeby wyjść na swoje. – „Jeśli podpisuje się kontrakt na rok z ustaloną ceną, to nawet ze względu na nieprzewidziane zdarzenia (w 2011 r. był to np. potężny skok cenowy cukru), trzeba dotrzymać tych sztywnych postanowień, co jednocześnie oznacza straty dla producenta. A jak przekonaliśmy się w ostatnich sezonach, cen surowców nie da się przewidzieć” – wyjaśnia. – „Dodatkowo w Polsce nie ma żadnego odgórnego wsparcia rodzimego handlu. Ani władze regionalne, ani rząd nie chce zatrzymać ekspansji dyskontów!” – dodaje.

Obecnie Dagoma nie produkuje na zlecenie żadnej sieci handlowej. – „Nie zamierzam firmować produktów złej jakości, a Dagoma nie będzie produkować »sztucznej żywności« tylko dla zysku. Jak wiadomo, można wyprodukować dżem czy sok za kilka groszy, ale bez zawartości owoców” – mówi prezes.

Jego zdaniem w Polsce nie przykłada się wagi do jakości produktów. – „Poczynania decydentów, rządów czy przepisy, które tworzą są niekiedy pozbawione logiki. Ostatnio przystosowaliśmy zakład do przepisów HACCP, wydaliśmy na to określoną sumę pieniędzy, a polskie przepisy zabraniają nam eksponować certyfikat na etykiecie produktów, żeby nie tworzyć »niezdrowej« konkurencji między producentami. Czyli klient tak naprawdę nie ma szans ocenić jakości wyrobu, który kupuje…” – stwierdza Orfanos.

Dodaje, że na całym świecie odbywają się różnego rodzaju akcje i programy uświadamiające społeczeństwo, co należy jeść, a w Polsce dzieje się dokładnie odwrotnie. – „Wygląda to jak lobby za dyskontami, które sprzedają tanią żywność dla społeczeństwa, które nie jest jeszcze bogate” – tłumaczy.