Tak się wciska kit

Tak się wciska kit

Analiza przeprowadzona przez brytyjski magazyn konsumentów wykazała, że produkty reklamowane jako „ze zmniejszoną zawartością tłuszczu”, „light” czy „lekkie”, wcale nie są zdrowsze niż tradycyjne produkty spożywcze.

Jak informuje Wyborcza.biz, przytaczając wyniki badań brytyjskiego magazynu konsumentów „Which?”, 6 na 10 konsumentów w Wielkiej Brytanii spożywa produkty typu „light” kilka razy w tygodniu, sądząc, że są one zdrowsze od zwykłej żywności i pomogą im zgubić zbędne kilogramy. Magazyn postanowił sprawdzić 12 takich produktów i porównać je ze standardowym jedzeniem. Okazało się, że różnice między nimi są minimalne, a często produkty „light” mają nawet więcej kalorii lub cukru niż zwykłe produkty. Przykładowo, ciasteczko czekoladowe McVietie’s w wersji „light” ma tylko 8 kalorii mniej niż w wersji „normalnej”. Z kolei jogurt Tesco z niską zawartością tłuszczu ma 130 kalorii, podczas gdy podobne opakowanie jogurtu Activia zawiera 123 kalorie. Jogurt Tesco zawiera też więcej cukru – 20,2 g (równowartość czterech łyżeczek) w porównaniu z produktem Activia (16,9 g).

„Which?” zwraca uwagę, że klienci często nie wiedzą, jaki skład powinny mieć produkty typu „light”. Na przykład produkt ze zmniejszoną zawartością tłuszczu – zgodnie z brytyjskimi regulacjami – powinien zawierać nie mniej niż 3 proc. tłuszczu. – „Konsumenci wybierają takie produkty, bo wierzą, że to zdrowy wybór, jednak często okazuje się, że tak nie jest. Dlatego polecamy, aby ludzie dokładnie czytali etykiety na produktach, zanim zdecydują się na zakup” – mówi dyrektor „Which?” Richard Lloyd.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Żarty się kończą

Żarty się kończą

Delegaci Walnego Zjazdu Delegatów śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” upoważnili regionalne władze związku do rozpoczęcia przygotowań do generalnego strajku ostrzegawczego.

– „Jestem przekonany, że ludzie czekają na odważne decyzje. Strajk jest najpotężniejszą bronią związkową. Do tej pory jej unikaliśmy, ale najwyższy czas po nią sięgnąć. Nasz region jest sercem przemysłowym Polski, który najdotkliwiej odczuwa skutki kryzysu. Osobno się nie obronimy, musimy to zrobić razem” – powiedział przewodniczący śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, Dominik Kolorz. Podkreślił, że uchwała podyktowana została napiętą sytuacją społeczno-gospodarczą. – „Obawiamy się, że w branżach energochłonnych, ale nie tylko, również w przemyśle motoryzacyjnym, służbie zdrowia czy w oświacie może dojść w najbliższych tygodniach i miesiącach do masowych zwolnień. Bezrobocie strukturalne na terenie Śląska i Zagłębia może osiągnąć bardzo duże rozmiary” – dodał Kolorz.

Zamiar zorganizowania generalnego strajku ostrzegawczego w regionie poparł Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i delegat na WZD Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. – „Ten rząd zepchnął nas na ulice. My to wyzwanie przyjmujemy” – powiedział Piotr Duda w swoim wystąpieniu.

Generalny strajk ostrzegawczy będzie miał charakter solidarnościowy i potrwa maksymalnie cztery godziny. Każda organizacja związkowa najpierw przeprowadzi referendum w tej sprawie w swoim zakładzie. Planowany termin protestu to grudzień 2012 roku lub styczeń przyszłego roku. Ostatni generalny strajk ostrzegawczy w regionie odbył się w maju 1981 roku.

Zakupy grupowe zamiast zwolnień

Zakupy grupowe zamiast zwolnień

Jest wiele lepszych sposób na oszczędności w placówkach leczniczych niż zwolnienia pracowników. Należą do nich m.in. grupowe zakupy leków czy energii – wciąż nie dość popularne.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, polskie szpitale nieśmiało działają na polu zakupów grupowych. A warto – to świetny sposób na podratowanie budżetu zadłużonych szpitali. Przepisy nie stoją temu na przeszkodzie, bo art. 16 prawa zamówień publicznych wskazuje jednoznacznie, że zainteresowani mogą wyznaczyć spośród siebie przedstawiciela, który przeprowadzi przetarg i zamówi np. potrzebne materiały.

O zaletach tego rozwiązania przekonały się już niektóre lecznice. W woj. mazowieckim aż 16 (m.in. szpitale płocki, międzyleski i bródnowski) porozumiało się, by jesienią zeszłego roku wspólnie kupić energię elektryczną. Organizatorem zakupów (przedstawicielem lecznic) była Mazowiecka Agencja Energetyczna. Dzięki wspólnym zakupom placówki zaoszczędziły łącznie 3,5 mln zł. Platformę zakupową energii dla szpitali w sierpniu zorganizował też śląski urząd marszałkowski. Do wspólnego przetargu przystąpiło 15 placówek medycznych, z których każda dzięki temu kupiła energię o 15,5 proc. taniej.

W podobny sposób można zakupić w niższych cenach leki. Samorząd śląski tworzy właśnie Centrum Zakupowe Leków, dzięki któremu według szacunków wicemarszałka Kleszczewskiego każda placówka kupi medykamenty o 20 proc. taniej.

Kolejny sposób na oszczędności to system szpitalny unit dose, czyli tzw. indywidualnych dawek leków. Odpowiednia ilość jest kupowana w opakowaniach hurtowych, a potem rozdzielana przez personel medyczny indywidualnie wśród pacjentów. Pozwala to na lepsze kontrolowanie zużycia leków i uniknięcie marnotrawstwa.

Jeszcze większe oszczędności przyniosłyby lecznicom platformy ogólnopolskie, a nawet międzynarodowe, dzięki którym mogłyby kupować także sprzęt medyczny czy wyżywienie. Z powodzeniem działają one w Anglii, we Francji i w Niemczech. Polska Federacja Szpitali postanowiła stworzyć podobne, ponadpaństwowe porozumienie, w którym udział zadeklarowało już 70 jednostek.

Kradzież w biały dzień

Kradzież w biały dzień

W tym roku pracodawcy w Polsce nie wypłacili zatrudnionym już niemal 138 mln zł. W większości przypadków zaległości są większe niż przed rokiem.

Jak informuje Wyborcza.biz., z decyzji wydanych przez Państwową Inspekcję Pracy wynika, że ponad 87 tys. osobom nie wypłacono wynagrodzeń lub innych świadczeń, z czego 50,5 tys. pracowników nie otrzymało pensji. Z płatnościami zalegało przeszło 11,2 tys. z 46 tys. firm skontrolowanych w pierwszych ośmiu miesiącach 2012 r.

Na szczycie niechlubnego rankingu znajduje się Górny Śląsk – według PIP do sierpnia pracodawcy nie wypłacili tam 32,8 mln zł wynagrodzeń. Kolejne miejsca na czarnej liście to: Poznań (19,6 mln zł), Warszawa (13,7), Kraków (9,6), Łódź (9,3 mln) i Kielce (8,2). W sumie przez osiem miesięcy tego roku w całym kraju nie zapłacono pracownikom 137,7 mln zł. Aż w 13 województwach inspektorzy odnotowali wzrost zaległości w porównaniu z takim samym okresem ubiegłego roku. Spadek nastąpił jedynie w Olsztynie, Opolu i Rzeszowie.

Wobec zeszłego roku liczba pracowników, którzy nie otrzymali wynagrodzeń, wzrosła o ponad 20 proc., a kwota zaległości – o 39 proc. W Świętokrzyskiem zaległości było dwa razy więcej niż przed rokiem – 341 przypadków (dotyczyły w sumie 6 tys. pracowników). – „Problem dotyczy przede wszystkim branży budowlanej. Przedsiębiorcy tłumaczą się zazwyczaj złą sytuacją finansową. Twierdzą, że inwestorzy bądź wykonawcy nie płacą im za wykonaną pracę i dlatego oni nie mogą wypłacić wynagrodzeń. Nie można jednak w ten sposób usprawiedliwiać niepłacenia pracownikom” – podkreśla Barbara Kaszycka, rzeczniczka prasowa Okręgowej Inspekcji Pracy w Kielcach. Po kontrolach część należności wobec pracowników została już uregulowana. – „Pracodawcy wypłacili w sumie około 4 milionów zaległych wynagrodzeń, czyli niemal połowę kwoty ustalonej w trakcie kontroli” – mówi Kaszycka o sytuacji w województwie.

Zaległości w budownictwie dotyczą całego kraju (20 mln) i są na drugim miejscu po sektorze przetwórstwa przemysłowego (51 mln), jeśli chodzi o największą łączną kwotę zaległości – podaje Danuta Rutkowska, rzeczniczka PIP. W pierwszych siedmiu miesiącach tego roku inspektorom udało się wyegzekwować należności w wysokości 40 mln dla ok. 43 tys. pracowników.

Oprócz zalegania z wypłatami inspektorzy odnotowali też inne nieprawidłowości: niewłaściwe naliczanie czasu pracy, nieprowadzenie karty ewidencji czasu pracy oraz nieprawidłowe stawki za nadgodziny, pracę w nocy czy w dniach ustawowo wolnych od pracy. Kaszycka podkreśla, że wielu przedsiębiorców w ogóle nie zna przepisów dotyczących zatrudniania pracowników. – „Podczas kontroli okazało się, że nie wiedzą na przykład, jaką stawkę muszą zapłacić pracownikowi za nadgodziny” – twierdzi rzeczniczka kieleckiego OIP.