Kredyt na szkolną wycieczkę?

Kredyt na szkolną wycieczkę?

Coraz mniej uczniów wyjeżdża na szkolne wycieczki, ponieważ ich rodziców na to nie stać.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, z relacji rodziców warszawskich uczniów wynika, iż wycieczki szkolne kosztują od 440 zł (tyle kosztowała wycieczka do Krakowa i na Jurę Krakowsko-Częstochowską zorganizowana przez jedną ze szkół) do nawet kilku czy kilkunastu tysięcy złotych w przypadku wyjazdów zagranicznych. Nawet w przypadku tych najtańszych podróży niewielu rodziców jest w stanie od razu wyłożyć całą sumę, większość odkłada co miesiąc trochę pieniędzy. W przypadku drogich podróży – często biorą kredyt. W każdej klasie jest jednak co najmniej kilkoro dzieci, które nigdy i nigdzie nie wyjeżdżają, bo ich rodziców na to nie stać.

– „Często rodzice ukrywają prawdziwy powód, dlaczego dziecko nie jedzie. Podają przeróżne wymówki, a to długo oczekiwana wizyta u lekarza specjalisty, a to ważna rodzinna impreza. Chcą ukryć problemy finansowe i ochronić dziecko przed uszczypliwościami ze strony kolegów” – mówi wicedyrektorka jednej z warszawskich szkół integracyjnych.

Szkoły nie mają obowiązku organizować wycieczek i „zielonych szkół”, dlatego ostatnio coraz częściej rezygnują z uczniowskiej turystyki. Od trzech lat 2-4 dniowych wyjazdów ze szkołą jest coraz mniej. Według Instytutu Turystyki do 2009 r. na wycieczki wyjeżdżało około 40 proc. uczniów, teraz niecałe 30 proc.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Masowe zwolnienia nauczycieli

Masowe zwolnienia nauczycieli

Związkowcy alarmują: w bieżącym roku szkolnym pracę może stracić nawet dwa razy więcej nauczycieli niż kilka miesięcy temu.

Przyczyny ryzyka zwolnień to nowa podstawa programowa w szkołach ponadgimnazjalnych, niż demograficzny i przepełnione klasy. Jak informuje Wyborcza.biz, we wrześniu 421 nauczycieli w świętokrzyskich szkołach nie wróciło do pracy, bo dostali wypowiedzenia. Oprócz nich zatrudnienie straciło jeszcze ok. 200 nauczycieli, którym skończyły się umowy na czas określony. Zwolnień na taką skalę nie było od lat. Co gorsza, koniec tego roku szkolnego może przynieść ich jeszcze więcej. Dokładna ich liczba będzie znana dopiero pod koniec maja – wtedy dostaną wypowiedzenia. Jednak Henryk Ślusarski, przewodniczący świętokrzyskiej sekcji oświatowej „Solidarności” już dzisiaj przewiduje, że liczba zwolnionych w porównaniu z ubiegłym rokiem szkolnym może się podwoić.

Zdaniem związkowców przyczyną sytuacji jest przede wszystkim nowa podstawa programowa w szkołach ponadgimnazjalnych, zgodnie z którą uczniowie tylko w pierwszej klasie realizują kształcenie ogólne, a później nauka jest ukierunkowana. – „Na profilach humanistycznych licealiści w ogóle nie będą mieć biologii czy chemii, a zamiast tego przyrodę. A to sprawi, że zabraknie godzin z tych przedmiotów” – przewiduje Wanda Kołtunowicz, prezes świętokrzyskiego okręgu Związku Nauczycielstwa Polskiego. Według Ślusarskiego nauczyciele biologii, fizyki i chemii będą mieć nawet o jedną trzecią godzin mniej. W podobnej sytuacji znajdą się nauczyciele języka polskiego.

Zagrożeni utratą pracy mogą też poczuć się nauczyciele pracujący na niepełnych etatach. – „Niektórzy od przyszłego roku szkolnego mogą mieć tylko po kilka godzin. Wtedy dyrektorzy pewnie zwolnią taką osobę, a godziny rozdzielą między innych nauczycieli” – twierdzi Kołtunowicz.

Problemem jest także niż demograficzny. – „Liczba uczniów w szkołach spada. Samorządy, żeby zaoszczędzić, upychają ich w coraz większych klasach. W szkołach organizuje się też coraz mniej zajęć pozalekcyjnych. Nauczycielom odpadają więc pojedyncze godziny” – wyjaśnia prezes świętokrzyskiego ZNP.

Pacjencie, lecz się sam

Pacjencie, lecz się sam

Rosnące bezrobocie sprawiło, że tylko w okresie od stycznia do lipca do kasy NFZ wpłynęło 700 mln zł mniej, niż planowano. To może oznaczać jeszcze dłuższe niż obecnie kolejki do lekarzy w 2013 r.

Jak informuje „Dziennik Polski”, resort finansów szacuje, że stopa bezrobocia w tym roku osiągnie poziom 13 proc., a liczba bezrobotnych zwiększy się o 150 tys. A mniej pracujących to mniej wpływów ze składek zdrowotnych, odprowadzanych przez ZUS do kasy NFZ. Ponadto, na skutek pogarszającej się sytuacji ekonomicznej wysokość pensji nie wzrasta, a wraz z nią wysokość składki – zwraca uwagę dr Jerzy Gryglewicz, ekspert ds. ochrony zdrowia.

Oznacza to, że przyszły rok będzie jeszcze gorszy, jeśli chodzi o czas oczekiwania na wizytę u lekarza lub na zabieg. Już dziś, żeby dostać się do kardiologa, hepatologa czy okulisty, trzeba czekać do lutego lub marca przyszłego roku, na operację zaćmy 2-3 lata, a na wszczepienie endoprotezy nawet do roku 2026.

Zdaniem dr. Adama Kozierkiewicza, eksperta ds. systemów ochrony zdrowia, zapowiadany dalszy wzrost bezrobocia bez wątpienia odbije się na finansach NFZ, a tym samym na dostępności leczenia. Jeśli nawet szpitale otrzymają od funduszu miesięczne transze zgodnie z umową, to nie zostaną im w pełni zwrócone koszty tegorocznych świadczeń wykonanych ponad limit narzucony przez NFZ. W efekcie szpitale i przychodnie będą zadłużać się coraz bardziej, co zmusi je do wydłużania kolejek.

Bolesław Piecha, przewodniczący Sejmowej Komisji Zdrowia, ostrzega: w przyszłym roku szpitale, nie widząc innego wyjścia, będą likwidować nierentowne oddziały. Już teraz dyrektorzy dramatycznie niedoinwestowanych klinicznych szpitali dziecięcych zapowiedzieli, że jeśli NFZ nie podniesie stawek, będą zamykać oddziały przynoszące największe straty.

Według deklaracji NFZ w przyszłym roku na służbę zdrowia przeznaczonych zostanie 66,7 mld zł, czyli tylko o 2,2 mld więcej niż w 2012 r. Przy czym są to tylko plany – biorąc pod uwagę realia gospodarcze, pieniędzy może być jeszcze mniej. Tymczasem długi szpitali wynoszą już ponad 11 mld zł, a wobec systematycznie rosnących cen koszty ich funkcjonowania stale wzrastają.

Równe płace bez względu na płeć

Równe płace bez względu na płeć

Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania zapowiada wprowadzenie przepisów, które doprowadzą do wyrównania wynagrodzeń kobiet i mężczyzn pracujących na tych samych stanowiskach.

Jak informuje Newseria.pl, proponowane przepisy mają nałożyć na firmy obowiązek składania sprawozdań ze średnich zarobków kobiet i mężczyzn. – „Dzięki temu w firmie, w której zatrudnionych jest np. kilkanaście osób w księgowości, moglibyśmy porównać pensję na tym stanowisku kobiet i mężczyzn, i stwierdzić, czy pensje kobiet księgowych są w stosunku 1 do 1 do pensji mężczyzny księgowych” – wyjaśnia pełnomocnik rządu ds. równego traktowania, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz.

Obowiązujące w Polsce przepisy gwarantują wszystkim pracownikom równość m.in. w zakresie warunków zatrudnienia lub awansowania bez względu na płeć. Kobiety i mężczyźni mają więc prawo do jednakowego wynagrodzenia za tę samą pracę lub pracę o jednakowej wartości – a zatem taką, której wykonywanie wymaga od pracowników porównywalnych kwalifikacji zawodowych, potwierdzonych stosownymi dokumentami lub doświadczeniem zawodowym, a także porównywalnej odpowiedzialności i wysiłku. Dotyczy to nie tylko płacy zasadniczej, ale i innych składników wynagrodzenia – premii, dodatków funkcyjnych czy nagród. Pracownik, wobec którego pracodawca naruszył zasadę równego traktowania w zatrudnieniu, ma prawo do odszkodowania w wysokości nie niższej niż minimalne wynagrodzenie za pracę. Kodeks Pracy przewiduje także ochronę pracownika, który domaga się odszkodowania za naruszenie przepisów o równości w zatrudnieniu. Pracodawca nie może więc z tego powodu np. rozwiązać z pracownikiem umowy o pracę. Tyle w teorii, a co z praktyką?

– „Mimo istniejącego w prawie zakazu dyskryminacji płacowej nie ma żadnej metody, żadnego narzędzia, które pozwalałoby monitorować różnice płacowe, czyli tak zwaną lukę płacową między pensjami kobiet i mężczyzn” – mówi Agnieszka Kozłowska-Rajewicz.

Tymczasem, jak alarmuje Unia Europejska, kobiety w Europie zarabiają średnio 16,4 proc. mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach.