Publiczny brak standardów

Publiczny brak standardów

Brytyjski publiczny koncern medialny – BBC – zamiast zatrudniać ludzi na etat, współpracuje z ich jednoosobowymi „firmami”. Dzięki temu BBC oraz jego „gwiazdorzy” unikają płacenia części podatków i składek na ubezpieczenie.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, według brytyjskiego odpowiednika NIK, czyli Komisji Wydatków Publicznych brytyjskiej Izby Gmin (Public Accounts Committee), z 25 tys. freelancerów współpracujących z BBC poprzez własną firmę aż ponad połowę – 13 tys. – stanowią osoby wykonujące pracę typowo etatową. Powód? Wielu czołowych pracowników BBC zarabia ponad 150 tys. funtów rocznie, więc musiałoby płacić 50 proc. podatku dochodowego. Mając własne firmy, płacą go tylko 21 proc.

Wśród osób zatrudnianych w ten sposób jest m.in. prezenter programu „Newsnight” Jeremy Paxman, który twierdzi, że BBC zmusiło go do założenia własnej firmy pod groźbą utraty prowadzenia programu. Na takim rozwiązaniu stacja również oszczędza – nie opłaca np. ubezpieczenia zdrowotnego. BBC temu zaprzecza, natomiast potwierdza dane zawarte w raporcie PAC. Stacja obiecała już rewizję umów. David Smith, szef BBC od spraw podatkowych, tłumaczył się, że cały świat mediów postępuje dziś w ten sposób, bo coraz mniej firm stać na etaty, więc obniżają swoje koszty, przenosząc pracowników na takie umowy. Trudno jednak uznać, by główny brytyjski publiczny nadawca radiowo-telewizyjny i największa tego rodzaju instytucja na świecie, która dziś otrzymuje rocznie z abonamentu 3,6 mld funtów, faktycznie była zmuszona do takich posunięć.

Dziennik „The Telegraph” przeprowadził sondaż wśród czytelników, pytając, co myślą o umowach BBC. Aż 80 proc. potępiło ten proceder, odpowiadając: „Żadna mała firma nie wywinęłaby się od odpowiedzialności za coś takiego, dlaczego państwowemu koncernowi ma ujść na sucho?”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dobrze mówi!

Dobrze mówi!

Poseł Jan Warzecha negatywnie ocenia nowelizację ustawy o paszach, przyjętą głosami posłów z PO i PSL.

Jak przypomina portal Farmer.pl, zakaz używania pasz GMO miał wejść w życie w 2009 r., ale został przesunięty o cztery lata. Teraz postanowiono o kolejnym przedłużeniu moratorium – do końca 2016 r. Negatywnie ocenia tę decyzję poseł Jan Warzecha (PiS). – „Przyjęcie tych rozwiązań uzależnia produkcję mięsa wieprzowego, drobiowego i jaj od importu komponentów białkowych z krajów znajdujących się na innych kontynentach” – oświadczył on. – „Polska importuje ok. 2,5 mln ton soi rocznie. Rynek zmonopolizowali importerzy komponentów paszowych i ta ustawa ten monopol podtrzymuje. Co więcej, grozi nam wzrost cen mięsa i jaj na rynku krajowym. Polska jest nadal potentatem w produkcji żywności, a dodatni bilans handlowy w tym segmencie wynosi 3 mld euro” – dodał.

Według Warzechy zbagatelizowano głosy posłów z PiS, którzy przekonywali, że soję powinno się zastąpić roślinami strączkowymi i motylkowymi krajowej produkcji oraz śrutą i makuchem rzepakowym. Na temat tych rozwiązań pozytywnie wypowiada się wielu naukowców.

Zdaniem posła gdyby projekt nowelizacji był zgłoszony jako rządowy, a nie poselski, nie uniknąłby konsultacji społecznych i zostałby odrzucony.

– „Czy można zbagatelizować doniesienia francuskich naukowców z uniwersytetu w Caen, którzy dowodzą, że modyfikowane jedzenie jest niebezpieczne dla zdrowia?” – pyta poseł. – „Przedstawili oni wyniki swoich badań dowodzące, że szczury karmione kukurydzą GMO zaczęły chorować na raka, żyły krócej i niektóre z nich miały zniekształcone ciała. Zwycięstwem w walce z genetycznie modyfikowanymi kreacjami jest postawienie przed sądem głównej biotechnologicznej firmy, znanej jako Syngenta, za zaprzeczanie, iż jej kukurydza Bt faktycznie zabija zwierzęta. Oskarżenie przeciwko mega-korporacji zostało ostatecznie wydane po długiej walce prawnej zainicjowanej przez niemieckiego rolnika Gottfrieda Gloecknera, którego bydło padło po spożyciu toksyny Bt i tajemniczej chorobie” – relacjonuje Warzecha.

Liberalniej znaczy drożej

Liberalniej znaczy drożej

Przyspieszają prace nad przepisami liberalizującymi polski rynek gazowy. Ich przyjęcie będzie oznaczać gwałtowny wzrost cen gazu.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, prace w Ministerstwie Gospodarki nad projektem prawa gazowego, które ma doprowadzić do uwolnienia rynku gazu w Polsce, mają zakończyć się jeszcze w tym tygodniu. Najpóźniej 17 października projekt powinien być już przyjęty przez Komitet Stały Rady Ministrów, skąd następnie trafi do Sejmu.

Dokument powstaje w związku z obowiązkiem dostosowania naszego rynku do unijnych regulacji. Komisja Europejska już grozi Polsce, że jeśli od nowego roku nie uwolnimy cen gazu, obarczy nas gigantycznymi karami – nawet 270 tys. euro dziennie.

Nowa wersja projektu różni się od prezentowanej kilka miesięcy temu. Według ustaleń DGP m.in. zwiększono z 15 do 30% poziom obliga giełdowego, czyli ilości surowca, jaką spółki handlujące gazem będą musiały sprzedawać za pośrednictwem giełdy towarowej. Eksperci z PwC twierdzą, że w drugim roku liberalizacji rynku obowiązkowo przez giełdę powinno przechodzić już 50 proc., a w trzecim – 75 proc.

– „W pierwszym okresie liberalizacji ceny pójdą w górę. Innej możliwości nie ma” – twierdzi Marek Kamiński z firmy analitycznej Ernst & Young. Wzrost cen wyniesie przynajmniej kilka, a możliwe, że nawet kilkanaście procent.

Łódź zwija żagle

Łódź zwija żagle

Łódzki budżet na 2013 r. będzie budżetem „oszczędnym”. Cięcia dotkną m.in. teatry, biblioteki, drogowców i inne instytucje podległe marszałkowi województwa.

Jak informuje „Dziennik Łódzki”, w przyszłym roku oszczędności dotkną wszystkie jednostki podległe samorządowi województwa, w tym jednostki kultury i budżetowe, jak np. Zarząd Nieruchomości Województwa Łódzkiego, Wojewódzki Zarząd Dróg, Wojewódzki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych. Pracownicy Urzędu Marszałkowskiego otrzymali już informację o zamrożeniu pensji.

W budżecie na 2013 r. na działalność siedmiu instytucji kultury podległych marszałkowi przeznaczono w sumie jedynie 59 mln zł. Teatr Wielki i jego sztandarowa impreza Łódzkie Spotkania Baletowe oraz Muzeum Sztuki otrzymują stałe kwoty – po ich odjęciu zostaje tylko 18 mln zł do podziału między pozostałe instytucje. W 2012 r. budżet samej tylko Filharmonii Łódzkiej wynosił ok. 13 mln zł, zaś Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. J. Piłsudskiego w Łodzi – ok. 5,5 mln zł.

Niewesoła sytuacja czeka także placówki lecznicze. W szpitalu im. Jana Pawła II w Bełchatowie firma konsultingowa (zatrudniona za namową Urzędu Marszałkowskiego) pomaga szukać oszczędności, by zapobiec pogłębieniu zadłużenia placówki. Od listopada zostaną zlikwidowane stanowiska wiceordynatorów wszystkich oddziałów. Restrukturyzacja czeka administrację – część pracowników dostała ofertę odejścia na wcześniejszą emeryturę lub do innej pracy, w zamian za odprawę. Zatrudnienie w placówce może stracić nawet 50 osób.

Łódzkie szpitale na razie zwolnień nie planują, ale jest jasne, że w 2013 r. nie dostaną dużych pieniędzy na inwestycje. Oszczędności spowodują zmniejszenie limitów przyjęć pacjentów. W 2011 r. szpitale podległe marszałkowi powiększyły swój dług o 70 mln zł. W tym roku sytuacja może się powtórzyć. Do tej pory szpitale same musiały spłacać swoje zaległości, czego często nie robiły. Przyszłoroczne długi, na skutek nowej ustawy, która wchodzi w życie w 2013 r., będą musiały być spłacone przez organy założycielskie. Urząd Marszałkowski chcąc uniknąć tego nowego obowiązku, już opracowuje programy oszczędnościowe dla placówek służby zdrowia w Łódzkiem.