Decyzje w rękach obywateli

Decyzje w rękach obywateli

Coraz więcej miast i gmin w Polsce stawia na budżet partycypacyjny. Pozwala on mieszkańcom współdecydować o rozdysponowaniu części środków z budżetu miasta. Resort administracji i cyfryzacji uruchomił specjalną stronę poświęconą budżetowi partycypacyjnemu, aby wspierać taką tendencję.

Budżet partycypacyjny jest od wielu lat stosowany w wielu krajach Europy Zachodniej. Do jego najważniejszych zalet można zaliczyć zwiększenie udziału i wpływu obywateli na finanse miasta, wzrost zaufania społeczności lokalnej do działań podejmowanych przez władze gmin oraz wzrost wiedzy i świadomości mieszkańców na temat możliwości finansowych miast.

Pionierem tego rozwiązania w Polsce jest Sopot, a próby wprowadzenia budżetu partycypacyjnego podejmowane były już m.in. w Płocku i w mniejszych miejscowościach, takich jak Karpacz. W tym roku po raz pierwszy formuła konsultowania budżetu zostanie zastosowana m.in. w Poznaniu. Mieszkańcy stolicy Wielkopolski zdecydują, na co miasto wyda 10 mln zł. Do 7 września wpłynęło ponad 340 wniosków zawierających ponad 260 pomysłów. Dotyczyły one głównie budowy dróg, ścieżek rowerowych, chodników oraz tworzenia miejsc do uprawiania sportu i rekreacji. Spośród propozycji wyłoniono 20 pomysłów, z których poznaniacy wybiorą w głosowaniu te do realizacji. Na kartach do głosowania znajdą się m.in. koncepcje rozbudowy Hospicjum Palium, stworzenia Muzeum Enigmy poświęconego poznańskim matematykom, którzy złamali niemieckie szyfry, budowy skateparku, stworzenia Wartostrady – poznańskiego ciągu pieszo-rowerowego nad Wartą, a także budowy mieszkań socjalnych. Głosować będzie można do 10 października w rozmieszczonych w centrum miasta specjalnych namiotach oraz w punktach informacyjnych Urzędu Miasta Poznania. Dodatkowo w weekendy na poznańskie ulice wyjadą „ruchome punkty głosowania” – zabytkowe autobusy. Prezydent Poznania Ryszard Grobelny zapowiedział, że w przypadku zainteresowania tą formą decydowania o miejskich pieniądzach, podobne projekty będą powtarzane w kolejnych latach. Według miejskich urzędników koszty projektu nie powinny przekroczyć 35-40 tys. zł.

Nad kształtem przyszłorocznego budżetu popracują również zielonogórzanie – informuje lokalne wydanie „Gazety Wyborczej”. Mieszkańcy Zielonej Góry mają do wykorzystania 3 mln zł. Wystarczy wypełnić formularz z propozycjami na stronie urzędu miasta. Jak dotąd, większość propozycji dotyczy infrastruktury drogowej: budowy dróg dojazdowych domów, remontów miejskich arterii (al. Zjednoczenia), budowy i naprawy chodników, poprawy oświetlenia czy bezpieczeństwa przy przejściach dla pieszych. Niektórzy przedstawiają nawet szacunkowe kosztorysy inwestycji. Głosowanie odbędzie się między 18 a 31 października.

Resort administracji i cyfryzacji uruchomił specjalną stronę poświęconą budżetowi partycypacyjnemu ze względu na coraz większe zainteresowanie samorządowców, społeczników i mieszkańców tą formą decydowania o wydatkach gminnych. Jak informuje „Portal Samorządowy”, ministerstwo chce, aby strona była miejscem wymiany praktyk, dlatego zachęca do nadsyłania informacji na temat zrealizowanych projektów.

Wzory formularzy ułatwiających wymianę informacji na temat budżetu partycypacyjnego znajdują się tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

1% naszej uwagi

1% naszej uwagi

Ponad połowa podatników nie interesuje się, komu przekazała 1 procent swojego podatku – wybiera pierwszą lepszą organizację. Poza tym, jak zwykle najwięcej pieniędzy dostały najbardziej znane podmioty, agresywnie się reklamujące.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, Ministerstwo Finansów ogłosiło listę organizacji, którym przekazaliśmy 1 procent zeszłorocznych podatków. Przekazanych zostało aż o 53 mln zł więcej niż rok wcześniej, czyli w sumie 457 mln zł. Zdecydowało się na ten gest 11 mln podatników – o milion więcej niż w 2011 r.

Z drugiej strony, aż 56 proc. podatników nie korzysta z możliwości przekazania organizacjom pozarządowym części swojego podatku. Poza tym tylko 27 proc. drobnych przedsiębiorców – tych, którzy rozliczają się ryczałtem – przekazuje jeden procent.

Co więcej, jak wynika z badań Domu Badawczego MAISON dla Krajowego Centrum Kompetencji, 58 proc. podatników nie interesuje się, komu przekazało jeden procent! Wiele osób rozlicza PIT za pomocą bezpłatnych programów komputerowych i albo zostawia organizację, która została automatycznie wpisana w rubryce „jeden procent” jako przykład, albo wybiera początkową pozycję z dostępnej w programie listy organizacji.

Możliwość odpisywania jednego procenta miała pomóc przede wszystkim małym organizacjom, jednak ponad połowa środków uzyskanych tą drogą przypadła 50 największym organizacjom, które stanowią 0,7 proc. wszystkich OPP. To organizacje obecne w ogólnopolskich mediach, firmowane przez znane twarze. Np. Fundacja Anny Dymnej, trzecia w rankingu największych beneficjantów, dostała 7,5 mln, podczas gdy mniej widoczna w mediach, choć znana z profesjonalizmu i skuteczności Polska Akcja Humanitarna – 850 tys. zł. Ostatni w rankingu Uczniowski Klub Sportowy „Skrzyszów” dostał… 80 gr, co oznacza, że nie wybrali go nawet rodzice dzieci, które w tym klubie ćwiczą.

Jest też inna tendencja: podatnicy wolą wspierać konkretne osoby niż organizacje. Dlatego Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, która zbiera na tzw. subkonta zakładane na konkretne dzieci, od lat króluje w rankingu beneficjantów jednego procentu. Tym razem dostała ponad 108 mln zł. Niestety, dzieci, których rodzice potrafią lepiej je „wypromować”, zbierają więcej, niż te, których rodzice tego nie potrafią.

Wśród organizacji, które szczególnie potrzebują pieniędzy z jednego procenta, jednak nie mogą na nie liczyć, są m.in. organizacje strażnicze – czyli te, które patrzą władzy na ręce. One nie mogą korzystać z pieniędzy dzielonych przez władzę (a więc także ze środków unijnych), bo oznaczałoby to dla nich utratę niezależności. Organizacjom takim udaje się uzyskać dużo pieniędzy tylko gdy spektakularnie zaistnieją w mediach, jak np. Greenpeace, który dostał ponad 2 mln zł. Jedynie 5 tys. zł otrzymało Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich, które bardzo prężnie działa m.in. na rzecz transparentności władzy i wygrało z prezydentem Bronisławem Komorowskim sprawę o ujawnienie opinii w sprawie reformy OFE.

Cud? Wystarczył rozsądek

Cud? Wystarczył rozsądek

Wzrost gospodarczy, brak deficytu budżetowego, szybkie wychodzenie z kryzysu – oto wieści z Islandii. Czy to cud? Nie – wystarczyła polityka niezgodna z praktyką neoliberalizmu.

Stały wzrost gospodarczy, stały spadek ryzyka w finansach – to kolejne bardzo dobre wieści banku centralnego Islandii. Kraju, który w ciągu czterech lat przeniósł się z gospodarczego piekła do nieba. Jak podkreśla zachodnia prasa ekonomiczna, stało się tak dzięki innym metodom niż te stosowane teraz w eurostrefie – informuje portal tvn24.pl.

Jesienią 2008 roku, trzy tygodnie po bankructwie Lehmann Brothers, rząd Islandii ogłosił, że trzy duże banki – Kaupthing, Glitnir i Landsbankinn – zadłużone w sumie na 85 mld dolarów, są niewypłacalne. Liczący zaledwie 320 tys. mieszkańców kraj pogrążył się w jednym z największych kryzysów gospodarczych w swojej historii.

Dziś gospodarka Islandii znowu ma się dobrze. PKB wyniosło -6,6 proc. w 2009 r., -4 proc. w 2010 r., a w tym roku ma być już 2,1 proc. na plusie. Cztery lata temu deficyt budżetowy sięgał 13,5 proc. PKB, w 2013 r. Islandczycy mają już wyjść pod tym względem na zero – zapowiada premier Johanna Sigurdardottir. Bezrobocie, które podskoczyło do prawie 8 proc. w 2010 r., powinno spaść do około 5 proc. w 2013 r. Nadzwyczajna pożyczka z Międzynarodowego Funduszu Walutowego w wysokości 2,1 mld dolarów została spłacona przed terminem.

Zachodnia prasa, m.in. „La Tribune”, podkreśla, że stało się tak dlatego, że Islandia obrała zupełnie inną drogę niż ta, którą strefa euro podąża od 2010 r. Reykjavik nawet nie próbował ratować banków. Trzy giganty, których skumulowane bilanse dziesięciokrotnie przewyższały PKB kraju, nie zostały dokapitalizowane. Zamiast ratować banki, bezwzględnie ścigano finansistów winnych krachu, stawiając im zarzuty. Same banki zostały znacjonalizowane. Reykjavik nie próbował ratować interesów wierzycieli zagranicznych jak i krajowych. Wprowadzono kontrolę przepływów kapitału. Rząd przeniósł punkt ciężkości wsparcia gospodarki z sektora bankowego do tradycyjnych gałęzi gospodarki, jak rybołówstwo i turystyka.

Czas na rolniczą rewolucję!

Czas na rolniczą rewolucję!

Małopolski samorząd rolniczy domaga się uproszczenia prawa, aby właściciele małych gospodarstw mogli sprzedawać produkty wytwarzane przez nich domowym sposobem. Rolnicy chcą także punktów sprzedaży bezpośredniej.

Jak informuje „Dziennik Polski”, małopolscy rolnicy marzą o przeniesieniu na polski grunt rozwiązań stosowanych chociażby we Francji czy Austrii i chcą sprzedawać swoje towary bezpośrednio klientom w wyznaczonych do tego celu punktach. Chcieliby również poszerzyć asortyment sprzedawanych przez siebie produktów o artykuły przetworzone, np. sery czy konfitury. Ryszard Czaicki, prezes Małopolskiej Izby Rolniczej, zaznacza, że w wielu krajach rolnicy mają możliwość samodzielnego sprzedawania nabiału, mięsa, wina.

– „U nas jest problem, bo rygorystyczne prawo dopuszcza sprzedaż jedynie produktów nieprzetworzonych, surowych warzyw czy owoców. Rolnik nie może sprzedawać masła lub sera, bo powstają z przetworzonego mleka. Jeśli w gospodarstwie ma tego nadmiar, to pozostaje mu wyrzucić albo dać kurom” – ubolewa Czaicki.

Rolnicy żalą się też, że np. kilogram ziemniaków sprzedają hurtowym odbiorcom po 10 groszy, a później w sklepie cena wzrasta do 70 groszy za kg. – „Producent napracuje się przy sadzeniu, pieleniu, zbiorach, ale nie zarobi, bo obniża cenę, żeby sprzedać, zyskują na tym pośrednicy, a klient kupuje drogo” – mówi Marek Lenczowski, rolnik z Sieprawia.