Prenumeratorzy mają lepiej!

Prenumeratorzy mają lepiej!

Jesienny numer „Nowego Obywatela” trafi do ogólnej dystrybucji za ok. dwa tygodnie, jednak już teraz można zapoznać się z wybranymi tekstami, spisem treści oraz okładką. Natomiast do prenumeratorów egzemplarze zostały już wysłane!

Prenumeratorom radzimy często sprawdzać skrzynki, gdyż właśnie wysłaliśmy do nich paczki z pachnącym farbą „Nowym Obywatelem” nr 6 (57), którego oficjalna premiera odbędzie się w piątek (19 października 2012 r.), podczas Festiwalu Obywatela w Łodzi. Ponieważ do ogólnopolskiej dystrybucji pismo trafi kilka dni po zakończeniu imprezy, prenumeratorzy mają prawo czuć się uprzywilejowaną grupą czytelników – dostarczenie im pisma „przed wszystkimi” jest skromną formą podziękowania za zakup pisma w sposób, który buduje naszą niezależność finansową (więcej na ten temat tutaj).

Pozostałym odbiorcom naszego periodyku pozostaje na razie lektura spisu treści oraz paru tekstów, które zdecydowaliśmy się w całości udostępnić na naszej WWW. Z tymi materiałami można się zapoznać tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

1% naszej uwagi

1% naszej uwagi

Ponad połowa podatników nie interesuje się, komu przekazała 1 procent swojego podatku – wybiera pierwszą lepszą organizację. Poza tym, jak zwykle najwięcej pieniędzy dostały najbardziej znane podmioty, agresywnie się reklamujące.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, Ministerstwo Finansów ogłosiło listę organizacji, którym przekazaliśmy 1 procent zeszłorocznych podatków. Przekazanych zostało aż o 53 mln zł więcej niż rok wcześniej, czyli w sumie 457 mln zł. Zdecydowało się na ten gest 11 mln podatników – o milion więcej niż w 2011 r.

Z drugiej strony, aż 56 proc. podatników nie korzysta z możliwości przekazania organizacjom pozarządowym części swojego podatku. Poza tym tylko 27 proc. drobnych przedsiębiorców – tych, którzy rozliczają się ryczałtem – przekazuje jeden procent.

Co więcej, jak wynika z badań Domu Badawczego MAISON dla Krajowego Centrum Kompetencji, 58 proc. podatników nie interesuje się, komu przekazało jeden procent! Wiele osób rozlicza PIT za pomocą bezpłatnych programów komputerowych i albo zostawia organizację, która została automatycznie wpisana w rubryce „jeden procent” jako przykład, albo wybiera początkową pozycję z dostępnej w programie listy organizacji.

Możliwość odpisywania jednego procenta miała pomóc przede wszystkim małym organizacjom, jednak ponad połowa środków uzyskanych tą drogą przypadła 50 największym organizacjom, które stanowią 0,7 proc. wszystkich OPP. To organizacje obecne w ogólnopolskich mediach, firmowane przez znane twarze. Np. Fundacja Anny Dymnej, trzecia w rankingu największych beneficjantów, dostała 7,5 mln, podczas gdy mniej widoczna w mediach, choć znana z profesjonalizmu i skuteczności Polska Akcja Humanitarna – 850 tys. zł. Ostatni w rankingu Uczniowski Klub Sportowy „Skrzyszów” dostał… 80 gr, co oznacza, że nie wybrali go nawet rodzice dzieci, które w tym klubie ćwiczą.

Jest też inna tendencja: podatnicy wolą wspierać konkretne osoby niż organizacje. Dlatego Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, która zbiera na tzw. subkonta zakładane na konkretne dzieci, od lat króluje w rankingu beneficjantów jednego procentu. Tym razem dostała ponad 108 mln zł. Niestety, dzieci, których rodzice potrafią lepiej je „wypromować”, zbierają więcej, niż te, których rodzice tego nie potrafią.

Wśród organizacji, które szczególnie potrzebują pieniędzy z jednego procenta, jednak nie mogą na nie liczyć, są m.in. organizacje strażnicze – czyli te, które patrzą władzy na ręce. One nie mogą korzystać z pieniędzy dzielonych przez władzę (a więc także ze środków unijnych), bo oznaczałoby to dla nich utratę niezależności. Organizacjom takim udaje się uzyskać dużo pieniędzy tylko gdy spektakularnie zaistnieją w mediach, jak np. Greenpeace, który dostał ponad 2 mln zł. Jedynie 5 tys. zł otrzymało Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich, które bardzo prężnie działa m.in. na rzecz transparentności władzy i wygrało z prezydentem Bronisławem Komorowskim sprawę o ujawnienie opinii w sprawie reformy OFE.

Cud? Wystarczył rozsądek

Cud? Wystarczył rozsądek

Wzrost gospodarczy, brak deficytu budżetowego, szybkie wychodzenie z kryzysu – oto wieści z Islandii. Czy to cud? Nie – wystarczyła polityka niezgodna z praktyką neoliberalizmu.

Stały wzrost gospodarczy, stały spadek ryzyka w finansach – to kolejne bardzo dobre wieści banku centralnego Islandii. Kraju, który w ciągu czterech lat przeniósł się z gospodarczego piekła do nieba. Jak podkreśla zachodnia prasa ekonomiczna, stało się tak dzięki innym metodom niż te stosowane teraz w eurostrefie – informuje portal tvn24.pl.

Jesienią 2008 roku, trzy tygodnie po bankructwie Lehmann Brothers, rząd Islandii ogłosił, że trzy duże banki – Kaupthing, Glitnir i Landsbankinn – zadłużone w sumie na 85 mld dolarów, są niewypłacalne. Liczący zaledwie 320 tys. mieszkańców kraj pogrążył się w jednym z największych kryzysów gospodarczych w swojej historii.

Dziś gospodarka Islandii znowu ma się dobrze. PKB wyniosło -6,6 proc. w 2009 r., -4 proc. w 2010 r., a w tym roku ma być już 2,1 proc. na plusie. Cztery lata temu deficyt budżetowy sięgał 13,5 proc. PKB, w 2013 r. Islandczycy mają już wyjść pod tym względem na zero – zapowiada premier Johanna Sigurdardottir. Bezrobocie, które podskoczyło do prawie 8 proc. w 2010 r., powinno spaść do około 5 proc. w 2013 r. Nadzwyczajna pożyczka z Międzynarodowego Funduszu Walutowego w wysokości 2,1 mld dolarów została spłacona przed terminem.

Zachodnia prasa, m.in. „La Tribune”, podkreśla, że stało się tak dlatego, że Islandia obrała zupełnie inną drogę niż ta, którą strefa euro podąża od 2010 r. Reykjavik nawet nie próbował ratować banków. Trzy giganty, których skumulowane bilanse dziesięciokrotnie przewyższały PKB kraju, nie zostały dokapitalizowane. Zamiast ratować banki, bezwzględnie ścigano finansistów winnych krachu, stawiając im zarzuty. Same banki zostały znacjonalizowane. Reykjavik nie próbował ratować interesów wierzycieli zagranicznych jak i krajowych. Wprowadzono kontrolę przepływów kapitału. Rząd przeniósł punkt ciężkości wsparcia gospodarki z sektora bankowego do tradycyjnych gałęzi gospodarki, jak rybołówstwo i turystyka.

Czas na rolniczą rewolucję!

Czas na rolniczą rewolucję!

Małopolski samorząd rolniczy domaga się uproszczenia prawa, aby właściciele małych gospodarstw mogli sprzedawać produkty wytwarzane przez nich domowym sposobem. Rolnicy chcą także punktów sprzedaży bezpośredniej.

Jak informuje „Dziennik Polski”, małopolscy rolnicy marzą o przeniesieniu na polski grunt rozwiązań stosowanych chociażby we Francji czy Austrii i chcą sprzedawać swoje towary bezpośrednio klientom w wyznaczonych do tego celu punktach. Chcieliby również poszerzyć asortyment sprzedawanych przez siebie produktów o artykuły przetworzone, np. sery czy konfitury. Ryszard Czaicki, prezes Małopolskiej Izby Rolniczej, zaznacza, że w wielu krajach rolnicy mają możliwość samodzielnego sprzedawania nabiału, mięsa, wina.

– „U nas jest problem, bo rygorystyczne prawo dopuszcza sprzedaż jedynie produktów nieprzetworzonych, surowych warzyw czy owoców. Rolnik nie może sprzedawać masła lub sera, bo powstają z przetworzonego mleka. Jeśli w gospodarstwie ma tego nadmiar, to pozostaje mu wyrzucić albo dać kurom” – ubolewa Czaicki.

Rolnicy żalą się też, że np. kilogram ziemniaków sprzedają hurtowym odbiorcom po 10 groszy, a później w sklepie cena wzrasta do 70 groszy za kg. – „Producent napracuje się przy sadzeniu, pieleniu, zbiorach, ale nie zarobi, bo obniża cenę, żeby sprzedać, zyskują na tym pośrednicy, a klient kupuje drogo” – mówi Marek Lenczowski, rolnik z Sieprawia.