Związki krytycznie o exposé Tuska

Związki krytycznie o exposé Tuska

Trzy największe centrale związkowe w Polsce bardzo krytycznie oceniły wystąpienie premiera Tuska i jego tezy przewodnie.

Przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Piotr Duda komentuje m.in.: „Zapowiedź Premiera dalszego uelastyczniania rynku pracy, w tym szczególnie wydłużenia do 12 miesięcy okresu rozliczeniowego i wprowadzenie ruchomego czasu pracy to jasny sygnał, że koszty kryzysu znowu zostaną przerzucone na pracowników. Ostrzegamy, że będzie to źródłem dalszego zubożenia społeczeństwa i istotnych problemów społecznych. Mamy nadzieję, że Premier zdaje sobie sprawę, że może dojść do eskalacji społecznego niezadowolenia. »Solidarność« nie będzie się temu biernie przyglądać. Dotychczasowe doświadczenia z inwestycjami publicznymi, szczególnie tymi związanymi z Euro 2012 pokazały, że rząd sobie z nimi – delikatnie mówiąc – nie radzi. Jak dotąd przyniosły one więcej złego niż dobrego. Doprowadziły do upadłości wielu firm, szczególnie z branży budowlanej i utraty tysięcy miejsc pracy. Jeśli dzisiaj słyszymy o inwestycjach na wielką skalę, które mają przeciwdziałać bezrobociu, jesteśmy pełni obaw. Jeśli będzie to wyglądało tak jak dotychczas, to zamiast koła zamachowego rozwoju gospodarki, będziemy mieli raczej młyńskie koło u szyi, które pociągnie nas na samo dno. Hipokryzją ze strony Premiera jest deklaracja zdecydowanej walki z bezrobociem w sytuacji zamrożenia wielu miliardów złotych na Funduszu Pracy. Dopóki ich nie uwolni, nie ma prawa mówić o trosce o bezrobotnych i miejsca pracy. Polityka prorodzinna w postaci dłuższego płatnego urlopu macierzyńskiego, choć to krok w dobrym kierunku, będzie miała bardzo ograniczony zakres. To taka typowa kiełbasa na kiju, bo przecież skierowana do młodych kobiet, z których 70 proc. pracuje dziś na śmieciówkach lub jest bezrobotna. Dlatego skorzysta z tego pozytywnego rozwiązanie niewiele z nich, głównie pracujących na etacie, a tych w Polsce jest coraz mniej. Podczas expose nie padło z ust Premiera jak zamierza wspierać demografię w przypadku młodych ludzi pracujących na umowach śmieciowych. Jak chce im pomóc w założeniu rodziny przy zarobkach 1000-1500 zł brutto. Jak mają wziąć kredyt na zakup lub budowę domu i jak zamierza pan ich zachęcić do posiadania dzieci. Nie usłyszeliśmy też od szefa rządu odpowiedzi na pytanie, skąd weźmie pieniądze na przyszłe emerytury dla ludzi dziś pracujących na śmieciówkach. Niech premier powie publicznie, kto dopłaci przyszłym emerytom skazanym dzisiaj na umowy śmieciowe jeśli nie uzbierają na minimalną emeryturę. Jak te osoby będą mogły skorzystać w przyszłości z emerytury częściowej, jeśli nie wypracują sobie odpowiedniej liczby lat pracy składkowych, uprawniających do tego świadczenia”.

Z kolei Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych wydało oświadczenie, w którym stwierdza: „OPZZ z rozczarowaniem przyjęło dzisiejsze wystąpienie premiera w Sejmie. Szef rządu nie przedstawił żadnych propozycji odnośnie spraw kluczowych dla setek tysięcy Polaków i Polek. Nie znaleźliśmy w exposé pomysłów na przeciwdziałanie narastającym negatywnym zjawiskom takim jak: wzrost bezrobocia, likwidacja setek zakładów pracy, tysiące zlikwidowanych szkół, zamykanie szpitali i pogarszanie dostępu do opieki medycznej, spadek realnych wynagrodzeń, rosnące ubóstwo, masowa emigracja. Premier wbrew początkowym deklaracjom nie przedstawił też żadnych propozycji dotyczących ograniczenia umów »śmieciowych«. Niezadowolenie społeczne i zdenerwowanie pracowników rośnie w zastraszającym tempie. Dzisiaj mamy już pierwsze negatywne efekty: narastające napięcia na kolei, rozpoczynające się strajki w górnictwie czy przemyśle metalowym. Dlatego OPZZ nie udziela wotum zaufania rządowi Donalda Tuska. W ocenie OPZZ ważniejsze od poparcia rządu w Sejmie jest uzyskanie akceptacji społecznej”.

Trzecia z dużych central, Forum Związków Zawodowych, uważa, że przemówienie premiera Tuska było pełne obietnic bez pokrycia. W ocenie FZZ wystąpienie okazało się rozczarowujące, bez konkretów, realnych pomysłów. Dużo w nim było retoryki, obietnic bez pokrycia, zachęcania do wiary i nadziei, że będzie dobrze. Premier podkreślił, że udało się zrobić, m.in.: podwyższenie wieku emerytalnego – w opinii FZZ tego raczej rząd powinien się wstydzić, choćby dlatego, że dokonał reformy wbrew woli narodu, który teoretycznie ma reprezentować. 84 proc. społeczeństwa nie akceptowało podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn. Rozwiązanie jest wątpliwe konstytucyjnie, czyli kolejny przykład tworzenia przez rząd złego prawa, które już zostało do Trybunału zaskarżone. Podwyższenie to miało charakter czysto matematyczny, nieprzemyślany, bez obudowy w postaci programów aktywizujących bezrobotnych, które Forum w swojej opinii do ustawy proponowało. Premier zapowiada w tzw. drugim exposé m.in. zaciskanie pasa, bo przed nami trudny rok, a niezbędne jest utrzymanie dodatniego wzrostu gospodarczego – FZZ wątpi jak ma to zrobić znaczna część społeczeństwa: ponad 10 proc. społeczeństwa zarabiająca niecałe 1200 zł na rękę np. przy czteroosobowej rodzinie, żyjący z zasiłku w wysokości 500 zł, emeryt otrzymujący niecałe 900 zł po 40 latach pracy. Większość Polaków zarabia zresztą niecałe 2100 zł brutto i za to musi utrzymać rodzinę. Chyba wyobraźnia premiera tak daleko w ogóle nie sięga. Do tego bezrobocie sięga 13 proc., a ukryte jest oczywiście znacznie większe. Tymczasem premier ani słowem nie wspomina o odblokowaniu środków z Funduszu Pracy, które zamraża minister finansów zamiast przeznaczać je na walkę z bezrobociem, tworzyć miejsca pracy. Premier nie zapowiedział też wprowadzenia składek na ZUS od umów śmieciowych – FZZ podkreśla, że premier nie chce podnosić kosztów pracy, ale jednak nie proponuje rozwiązań, które choć trochę ucywilizowałyby pracę tej grupy osób, nie chce wprowadzać regulacji dających zatrudnionym np. na zlecenie czy kontrakty prawa zbliżone do pracujących na umowę o pracę, np. prawo do płatnego urlopu, zwolnienia lekarskiego, urlopu macierzyńskiego itp. Stanowisko premiera co najmniej rozczarowuje. Co zrobić, by nie było tak, że z 14 mln zarabiających Polaków 5 mln płaci składki na ZUS inne niż wynikające z ich dochodów – jak zauważa FZZ, premier nie mówi wprost, że chodzi o przedsiębiorców, którzy płacą najniższe składki mimo zarobków na poziomie milionów złotych rocznie. Wprowadzenie ruchomego czasu pracy, wydłużenie okresów rozliczeniowych do 12 miesięcy – w opinii FZZ to rozmontowywanie prawa pracy, kolejny ukłon w stronę przedsiębiorców bez jakichkolwiek osłon dla pracowników; poza tym nie ma żadnego realnego potwierdzenia, że większa elastyczność pracy powoduje wzrost liczby miejsc pracy. Do 2015 r. wszystkie dzieci będą miały miejsca w żłobkach i przedszkolach – FZZ twierdzi, że tak można wszystko obiecywać. Premier  milczy na temat kosztów utrzymania tych placówek, wskazując jedynie ułatwienia przy ich budowie.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

1% naszej uwagi

1% naszej uwagi

Ponad połowa podatników nie interesuje się, komu przekazała 1 procent swojego podatku – wybiera pierwszą lepszą organizację. Poza tym, jak zwykle najwięcej pieniędzy dostały najbardziej znane podmioty, agresywnie się reklamujące.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, Ministerstwo Finansów ogłosiło listę organizacji, którym przekazaliśmy 1 procent zeszłorocznych podatków. Przekazanych zostało aż o 53 mln zł więcej niż rok wcześniej, czyli w sumie 457 mln zł. Zdecydowało się na ten gest 11 mln podatników – o milion więcej niż w 2011 r.

Z drugiej strony, aż 56 proc. podatników nie korzysta z możliwości przekazania organizacjom pozarządowym części swojego podatku. Poza tym tylko 27 proc. drobnych przedsiębiorców – tych, którzy rozliczają się ryczałtem – przekazuje jeden procent.

Co więcej, jak wynika z badań Domu Badawczego MAISON dla Krajowego Centrum Kompetencji, 58 proc. podatników nie interesuje się, komu przekazało jeden procent! Wiele osób rozlicza PIT za pomocą bezpłatnych programów komputerowych i albo zostawia organizację, która została automatycznie wpisana w rubryce „jeden procent” jako przykład, albo wybiera początkową pozycję z dostępnej w programie listy organizacji.

Możliwość odpisywania jednego procenta miała pomóc przede wszystkim małym organizacjom, jednak ponad połowa środków uzyskanych tą drogą przypadła 50 największym organizacjom, które stanowią 0,7 proc. wszystkich OPP. To organizacje obecne w ogólnopolskich mediach, firmowane przez znane twarze. Np. Fundacja Anny Dymnej, trzecia w rankingu największych beneficjantów, dostała 7,5 mln, podczas gdy mniej widoczna w mediach, choć znana z profesjonalizmu i skuteczności Polska Akcja Humanitarna – 850 tys. zł. Ostatni w rankingu Uczniowski Klub Sportowy „Skrzyszów” dostał… 80 gr, co oznacza, że nie wybrali go nawet rodzice dzieci, które w tym klubie ćwiczą.

Jest też inna tendencja: podatnicy wolą wspierać konkretne osoby niż organizacje. Dlatego Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, która zbiera na tzw. subkonta zakładane na konkretne dzieci, od lat króluje w rankingu beneficjantów jednego procentu. Tym razem dostała ponad 108 mln zł. Niestety, dzieci, których rodzice potrafią lepiej je „wypromować”, zbierają więcej, niż te, których rodzice tego nie potrafią.

Wśród organizacji, które szczególnie potrzebują pieniędzy z jednego procenta, jednak nie mogą na nie liczyć, są m.in. organizacje strażnicze – czyli te, które patrzą władzy na ręce. One nie mogą korzystać z pieniędzy dzielonych przez władzę (a więc także ze środków unijnych), bo oznaczałoby to dla nich utratę niezależności. Organizacjom takim udaje się uzyskać dużo pieniędzy tylko gdy spektakularnie zaistnieją w mediach, jak np. Greenpeace, który dostał ponad 2 mln zł. Jedynie 5 tys. zł otrzymało Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich, które bardzo prężnie działa m.in. na rzecz transparentności władzy i wygrało z prezydentem Bronisławem Komorowskim sprawę o ujawnienie opinii w sprawie reformy OFE.

Cud? Wystarczył rozsądek

Cud? Wystarczył rozsądek

Wzrost gospodarczy, brak deficytu budżetowego, szybkie wychodzenie z kryzysu – oto wieści z Islandii. Czy to cud? Nie – wystarczyła polityka niezgodna z praktyką neoliberalizmu.

Stały wzrost gospodarczy, stały spadek ryzyka w finansach – to kolejne bardzo dobre wieści banku centralnego Islandii. Kraju, który w ciągu czterech lat przeniósł się z gospodarczego piekła do nieba. Jak podkreśla zachodnia prasa ekonomiczna, stało się tak dzięki innym metodom niż te stosowane teraz w eurostrefie – informuje portal tvn24.pl.

Jesienią 2008 roku, trzy tygodnie po bankructwie Lehmann Brothers, rząd Islandii ogłosił, że trzy duże banki – Kaupthing, Glitnir i Landsbankinn – zadłużone w sumie na 85 mld dolarów, są niewypłacalne. Liczący zaledwie 320 tys. mieszkańców kraj pogrążył się w jednym z największych kryzysów gospodarczych w swojej historii.

Dziś gospodarka Islandii znowu ma się dobrze. PKB wyniosło -6,6 proc. w 2009 r., -4 proc. w 2010 r., a w tym roku ma być już 2,1 proc. na plusie. Cztery lata temu deficyt budżetowy sięgał 13,5 proc. PKB, w 2013 r. Islandczycy mają już wyjść pod tym względem na zero – zapowiada premier Johanna Sigurdardottir. Bezrobocie, które podskoczyło do prawie 8 proc. w 2010 r., powinno spaść do około 5 proc. w 2013 r. Nadzwyczajna pożyczka z Międzynarodowego Funduszu Walutowego w wysokości 2,1 mld dolarów została spłacona przed terminem.

Zachodnia prasa, m.in. „La Tribune”, podkreśla, że stało się tak dlatego, że Islandia obrała zupełnie inną drogę niż ta, którą strefa euro podąża od 2010 r. Reykjavik nawet nie próbował ratować banków. Trzy giganty, których skumulowane bilanse dziesięciokrotnie przewyższały PKB kraju, nie zostały dokapitalizowane. Zamiast ratować banki, bezwzględnie ścigano finansistów winnych krachu, stawiając im zarzuty. Same banki zostały znacjonalizowane. Reykjavik nie próbował ratować interesów wierzycieli zagranicznych jak i krajowych. Wprowadzono kontrolę przepływów kapitału. Rząd przeniósł punkt ciężkości wsparcia gospodarki z sektora bankowego do tradycyjnych gałęzi gospodarki, jak rybołówstwo i turystyka.

Czas na rolniczą rewolucję!

Czas na rolniczą rewolucję!

Małopolski samorząd rolniczy domaga się uproszczenia prawa, aby właściciele małych gospodarstw mogli sprzedawać produkty wytwarzane przez nich domowym sposobem. Rolnicy chcą także punktów sprzedaży bezpośredniej.

Jak informuje „Dziennik Polski”, małopolscy rolnicy marzą o przeniesieniu na polski grunt rozwiązań stosowanych chociażby we Francji czy Austrii i chcą sprzedawać swoje towary bezpośrednio klientom w wyznaczonych do tego celu punktach. Chcieliby również poszerzyć asortyment sprzedawanych przez siebie produktów o artykuły przetworzone, np. sery czy konfitury. Ryszard Czaicki, prezes Małopolskiej Izby Rolniczej, zaznacza, że w wielu krajach rolnicy mają możliwość samodzielnego sprzedawania nabiału, mięsa, wina.

– „U nas jest problem, bo rygorystyczne prawo dopuszcza sprzedaż jedynie produktów nieprzetworzonych, surowych warzyw czy owoców. Rolnik nie może sprzedawać masła lub sera, bo powstają z przetworzonego mleka. Jeśli w gospodarstwie ma tego nadmiar, to pozostaje mu wyrzucić albo dać kurom” – ubolewa Czaicki.

Rolnicy żalą się też, że np. kilogram ziemniaków sprzedają hurtowym odbiorcom po 10 groszy, a później w sklepie cena wzrasta do 70 groszy za kg. – „Producent napracuje się przy sadzeniu, pieleniu, zbiorach, ale nie zarobi, bo obniża cenę, żeby sprzedać, zyskują na tym pośrednicy, a klient kupuje drogo” – mówi Marek Lenczowski, rolnik z Sieprawia.