Lecznice na krawędzi

Lecznice na krawędzi

Szpitale podległe uczelniom są zadłużone i obawiają się przekształceń w spółki.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, spośród 44 szpitali klinicznych w Polsce 7 jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej, a 17 grozi zakończenie 2012 r. z ujemnym bilansem. Według resortu zdrowia zobowiązania placówek klinicznych wynoszą teraz łącznie 634 mln zł.

Długi oznaczają, że w 2013 r. wiele szpitali, również te podległe uniwersytetom, będzie zmuszonych się przekształcić. Zgodnie z ustawą o działalności leczniczej jeśli właściciel placówki medycznej nie jest w stanie spłacić długu szpitala, musi albo przekształcić go w spółkę prawa handlowego, albo zlikwidować.

Władze uczelni będące właścicielami klinik są mocno zaniepokojone. – „Rektorzy nie wyobrażają sobie, by szpital kliniczny funkcjonował jako spółka. Jej celem jest generowanie zysków, a to trudno pogodzić z zadaniami, jakie ma uczelnia uniwersytecka” – mówi prof. Jacek Wysocki, rektor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Podkreśla, że celem szpitali klinicznych jest świadczenie wysokospecjalistycznych usług i leczenie pacjentów z ciężkimi przypadkami chorób, ale także kształcenie przyszłych lekarzy i pielęgniarek, a spółki nie będą miały interesu w przyjmowaniu bez opłat studentów na staże. – „Uczelni z kolei nie stać na płacenie za to, bo kwoty przekazywane na cele dydaktyczne przez Ministerstwo Zdrowia są dużo niższe niż opłaty, których oczekują podległe uczelniom szpitale” – zaznacza prof. Wysocki.

Dyrektorzy szpitali również obawiają się zmian. Już we wrześniu 2012 r. Maciej Kowalczyk, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Krakowie, alarmował premiera, że placówka jest w ciężkiej sytuacji finansowej – ma 20 mln zł długu. Poważnie zadłużone jest również Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku. – „Cały czas trwają restrukturyzacje. Potrzebne są jednak regulacje prawne, które potraktują inaczej szpitale uczelniane niż samorządowe” – wskazuje Tomasz Jędrzejczak, wicedyrektor gdańskiej placówki.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pracują na resztę świata

Pracują na resztę świata

W latach 2014-2020 polscy emigranci wytworzą dla innych państw nawet 130 mld euro PKB. Gdyby znaleźli pracę w Polsce, pieniądze zostałyby w kraju.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, od 2007 r. liczba emigrantów z Polski utrzymuje się powyżej 2 mln osób. – „W okresie 2014-2020 Polacy wytworzą dla PKB innych krajów ok. 85 mld euro. Ale trzeba wziąć pod uwagę to, że polski PKB per capita wynosi 65 proc. średniej dla 27 krajów UE. Dlatego przez te sześć lat ich realna siła nabywcza w Polsce wyniesie nawet 130 mld euro” – tłumaczy Janusz Kobeszko, ekspert ds. finansów publicznych z Instytutu Sobieskiego i autor publikacji „Wizja Polski 2014-2020”. Szacunki oparte są na wysokości PKB na mieszkańca oraz średnim kursie euro w 2010 r. Należy podkreślić, że wyliczenia strat uwzględniają fakt, że część pieniędzy Polacy pracujący za granicą przesyłają rodzinom w kraju (średnio ok. 4,5 mld euro rocznie).

To uproszczony model, jednak nawet jeśli od liczby 2 mln emigrantów odejmie się dzieci i młodzież do 18. roku życia oraz dorosłych niepracujących (razem stanowią ok. jedną piątą polskiej emigracji), strata PKB dla Polski w omawianym okresie to 96 mld euro. A gdyby, zgodnie z życzeniem prof. Stanisława Gomułki, w rachunkach m.in. obniżyć liczbę realnie pracujących emigrantów do ok. 1 mln – i tak wyjdą nam ogromne kwoty. Zdaniem ekspertów model – mimo przyjętych uproszczeń – dobrze pokazuje skalę zjawiska i jego skutki dla naszej gospodarki.

Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert rynku pracy z Uniwersytetu Warszawskiego, wskazuje, że straty dla Polski wynikające z emigracji mogą być jeszcze bardziej dotkliwe, jeśli Polska zacznie gospodarczo równać w dół do pogrążonych w recesji państw zachodnich. To nie będzie skłaniać emigrantów do powrotu, podobnie jak gorszy niż za granicą dostęp do świadczeń socjalnych czy zdrowotnych.

Lepsza niż metro

Lepsza niż metro

Rusza inwestycja tworząca bodajże pierwszą w Polsce nową trasę kolejową na przestrzeni ostatnich 25 lat.

Jak informuje portal DobraStronaPolski.pl, w najbliższych latach Pomorska Kolej Metropolitalna zrewolucjonizuje transport publiczny w Trójmieście i na Kaszubach. Pozwoli mieszkańcom wielu peryferyjnych dzielnic Trójmiasta szybciej dotrzeć do pracy i szkoły. Tysiące ludzi, codziennie stojących dziś w korkach, już niedługo będzie miało alternatywę w postaci szybkiego, bardziej ekonomicznego i ekologicznego transportu kolejowego.

Nowa trasa kolejowa będzie linią dwutorową. Połączy zachodnie, górzyste, nowe dzielnice Trójmiasta – tzw. Górny Taras z jego częścią centralną – nadmorską. Całość ma tworzyć element spójnej sieci komunikacyjnej. Dzięki PKM zostanie usprawniony transport zbiorowy w obrębie Gdańska, jego peryferii, aglomeracji i województwa. Łatwiej będzie dostać się na lotniska: Gdańsk Rębiechowo oraz planowane Gdynia Kosakowo. Docelowo kolej metropolitalna zostanie rozszerzona o odnogę połączenia z Kaszubami, w kierunku Kartuz, Kościerzyny i Bytowa. Będzie także zawierać elementy sytemu „park&ride” („parkuj i jedź”), umożliwiające dojazd do przystanków PKM własnym autem bądź rowerem i pozostawienie pojazdu na parkingu, by następnie pokonać dalszą trasę wygodną, szybką koleją.

Budowę PKM można porównać do powstania Szybkiej Kolei Miejskiej w latach 50. ubiegłego wieku. Wówczas też była to wizjonerska inwestycja, która obecnie stanowi kręgosłup komunikacyjny całego Trójmiasta – swego rodzaju naziemną linię metra. Nie ma w tym wypadku mowy o przesadzie. Zarówno częstotliwość kursowania jak i możliwości przewozowe stawiają ją niemal na równi z funkcjonalnością metra i to przy dużo niższych nakładach finansowych.

Aktualnie zostało wydane pozwolenie na budowę. Rozpoczął się II etap przetargu na budowę. Zakończone zostały prace przygotowawcze – geodezyjne, saperskie oraz porządkowanie terenu.

Ślad, którego nie warto zostawiać

Ślad, którego nie warto zostawiać

Szybki wzrost gospodarczy Chin wywiera coraz większą presję na środowisko naturalne – potwierdza nowe opracowanie.

Jak wynika z opublikowanego przez międzynarodową organizację ekologiczną WWF raportu „Ślad ekologiczny Chin 2012”, gospodarka najludniejszego państwa globu konsumuje obecnie 2,5 razy więcej zasobów naturalnych, niż Ziemia jest w stanie na dłuższą metę zapewnić. Wykorzystują je w tempie, które nie pozwala ani na ich regenerację, ani na redukcję emitowanego przez ten kraj dwutlenku węgla.

To właśnie emisja tego gazu cieplarnianego jest w przypadku Chin podstawowym składnikiem rosnącego wskaźnika śladu ekologicznego, odzwierciedlającego presję na środowisko naturalne. Jej procentowy udział w wartości śladu wzrósł z 10% w 1961 r. do 54% w 2008 r. Przyczyniły się do tego przede wszystkim emisje pośrednie, związane z produkcją dóbr konsumpcyjnych i usługami. W niektórych regionach Chin stanowią one nawet 90% wartości emisji CO2.

– „W celu zmniejszenia poziomu emisji, Chiny potrzebują nowoczesnych technologii oraz zmiany wzorców konsumpcji. Każdy z nas może mieć w tym swój udział i zmniejszyć swój ślad ekologiczny wybierając produkty, które wytworzone zostały w sposób przyjazny dla środowiska” – mówi Qiu Wei z WWF.

– „Chiny znajdują się teraz w decydującym momencie” – dodaje Wei. – „Wybory Chińczyków związane z konsumpcją, produkcją, inwestycjami i zarządzaniem zasobami naturalnymi będą miały ogromny wpływ na przyszłość kraju i świata. Jako druga potęga gospodarcza na świecie, Chiny kształtują w skali globalnej nie tylko rynki, ale także oddziaływają na środowisko. Zrównoważony rozwój może zapewnić ludziom bezpieczną przyszłość oraz optymalny dostęp do zasobów naturalnych” – zapewnia przedstawiciel WWF.

Raport „Ślad ekologiczny Chin 2012” (w języku angielskim) można przeczytać tutaj.