Lewica, czyli co?

Zima 2012 |

Każdy wielki nurt polityczno-ideowy jest zmienny i niejednoznaczny. W każdym pojawiają się patologie, nieraz go dominując. To – rzecz jasna – dotyczy też (może nawet szczególnie) lewicy. Gdy nurt ten ponad sto lat temu zyskiwał swoją tożsamość, jego identyfikacja była łatwiejsza niż obecnie. Odniesieniem był kapitalizm, postrzegany jako system niesprawiedliwy, nieefektywny i niedemokratyczny. Odpowiedzią – postulat jego zniesienia. Dominująca wówczas lewicowa ideologia czerpała z doktryny marksowskiej. Jednak marksizm opisywał i oceniał kapitalizm, ale bardzo ogólnikowo prezentował alternatywę.

Lewica opowiadała się za równością ludzi (szczególnie w kwestii położenia materialnego) oraz za ludowładztwem rozumianym jako system, w którym zbiorowość swobodnie kształtuje reguły życia społecznego. Zakładano, że ludzie – jeżeli uzyskają taką możliwość – opowiedzą się przeciw kapitalizmowi.

Lewica w realnym świecie stanęła wobec konkretnych dylematów. Kapitalizm – w miarę upływu czasu – wcale nie ewoluował w kierunku systemu coraz bardziej niesprawiedliwego i coraz mniej efektywnego. Już u schyłku XIX wieku rozpoczął się proces ustrojowej przebudowy kapitalizmu. Pozostawało to w związku z rodzącą się demokracją polityczną. Rosła rola parlamentów, a prawa wyborcze zyskali „zwykli ludzie”, choć najpierw tylko mężczyźni. Dało to możliwość skutecznego modyfikowania systemu w interesie tych grup (przede wszystkim robotników), które lewica uznawała za główne ofiary kapitalizmu. Kluczowe stało się pytanie, czy na tej drodze można się posunąć tak daleko, by – nie odrzucając konstytutywnych cech ładu kapitalistycznego (rynku i prywatnej własności) – uzyskać trwałą i wystarczającą poprawę położenia grup upośledzonych. Odpowiedź na to pytanie podzieliła – uprzednio względnie jednolity – nurt lewicowy na dwa odłamy: komunistyczny i socjaldemokratyczny.

Komuniści podtrzymywali tezę, że rynek i prywatna własność są nie do pogodzenia z celami lewicy, a rozszerzanie demokracji interpretowali jako wybieg ochronny kapitalizmu. Taka opinia zresztą dobrze harmonizowała ze słabością nurtu komunistycznego, który (nawet gdyby nie dotykały go represje) nie był zdolny do uzyskania szerokiego poparcia wyborczego. Stąd był tylko krok do afirmacji „dyktatury proletariatu”, a więc dyktatury mniejszości, która „wie lepiej”, co jest w interesie większości.

Socjaldemokraci postawili na daleko idącą reformę kapitalizmu. Uznali, że skoro większość w ramach systemu kapitalistycznego doświadcza dyskomfortu, to – jeżeli tylko wykorzystane zostaną możliwości, jakie daje demokracja – poprze ona jego zasadniczą reformę. Zaangażowali się w walkę o modyfikację zasad ekonomicznych systemu kapitalistycznego, jak choćby ubezpieczenia społeczne i podatki progresywne. Z postulatem „zniesienia” kapitalizmu socjaldemokraci rozstawali się stopniowo, a „socjalizm” (bardzo różnie pojmowany) był bardzo długo oficjalnym celem prawie wszystkich partii socjaldemokratycznych. Jednak w praktycznej polityce socjaldemokraci koncentrowali się nie na przygotowaniu rewolucji, lecz na pragmatycznej modyfikacji zasad kapitalizmu.

Postulaty socjaldemokratyczne stopniowo wprowadzano w życie. Sukcesy na pewno były ograniczone i nie przychodziły łatwo, ale też były niewątpliwe. Położenie klasy robotniczej, jej dobrobyt, zabezpieczenie społeczne i wykształcenie poprawiły się jeszcze przed I wojną światową. Jednak ogromny awans „zwykli ludzie” w krajach rozwiniętych (przede wszystkim w Europie Zachodniej, ale też w Stanach Zjednoczonych) przeżywali w okresie trzech dekad po II wojnie światowej, zwanym złotym wiekiem kapitalizmu. Szybko rósł dobrobyt, bezrobocie było niskie, rozbudowano zabezpieczenia społeczne, państwo gwarantowało dostęp do bezpłatnej edukacji i prawie bezpłatnej ochrony zdrowia. Pracownicy w niektórych krajach uzyskali realny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwami. Ludzie powszechnie cieszyli się wolnością osobistą i partycypowali w systemie demokratycznym. Systematyczna poprawa położenia materialnego uznana została za normę. Nie ustanowiono raju na ziemi, ale powojenny kapitalizm w rozwiniętych krajach był z pewnością najbardziej przyjaznym „zwykłym ludziom” systemem, jaki kiedykolwiek funkcjonował.

Socjalno-demokratyczno-etatystyczna reforma zagwarantowała kapitalizmowi stabilność i prestiż. To był wielki historyczny sukces socjaldemokratycznego odłamu lewicy, ale do utworzenia tego ładu przyczyniły się również środowiska i ugrupowania nielewicowe. Podobnie w wymiarze intelektualnym powojenny kapitalizm był „dziełem zbiorowym”. Decydujący wpływ miała doktryna ekonomiczna J. M. Keynesa, a dużo wcześniejsze pisma J. S. Milla zawierały idee, które dla socjaldemokratycznej reformy kapitalizmu również miały bardzo istotne znaczenie. Ideowi przeciwnicy formuły powojennego kapitalizmu istnieli, ale znaleźli się na marginesie (najważniejszą postacią był z pewnością F. von Hayek).

Nurt komunistyczny także uzyskał szansę na praktyczne sprawdzenie swojego programu. W Rosji po 1917 r., zgodnie z sugestią Marksa, zlikwidowano rynek i prywatną własność. Polityczną dyktaturę ustanowiono już nie tyle z powodów doktrynalnych, co z praktycznego powodu niemożności uzyskania demokratycznego mandatu. Od początku była to nie „dyktatura proletariatu”, lecz brutalna dyktatura aparatu partii komunistycznej. Ten system uległ błyskawicznej petryfikacji, a jego późniejsza (po II wojnie światowej) ekspansja dokonywała się przede wszystkim na drodze agresji Rosji Sowieckiej albo dzięki zmasowanej pomocy tego państwa dla środowisk komunistycznych w innych krajach.

W pierwszym okresie gospodarka krajów komunistycznych rozwijała się szybko, lecz skrajnie nieefektywnie, za cenę niebywale drastycznych ograniczeń dobrobytu. Aby utrzymać tempo wzrostu w warunkach potężnej tendencji do marnotrawnego zużywania zasobów, należało przeznaczać na rozwój coraz większą część wytwarzanej produkcji. Trzeba było też zatrudniać coraz więcej pracowników. „Pełne zatrudnienie” w krajach komunistycznych to po prostu rezultat nieefektywności ich gospodarek. Nieefektywność przesądzała też – wbrew temu, co niektórzy twierdzą – że marne były zabezpieczenie socjalne, standardy wykształcenia i ochrony środowiska, nie wspominając o warunkach mieszkaniowych. Bardzo wątpliwe są też twierdzenia, że komunizm przyniósł sprawiedliwość. Wprawdzie różnice w dochodach pieniężnych były z pewnością ograniczone, ale dystrybucja wielu dóbr (szczególnie mieszkania i samochody) i usług (wypoczynek, ochrona zdrowia) została podporządkowana politycznej hierarchii i przesądzała o silnych nierównościach. Zreformowany kapitalizm, z perspektywy celów lewicy, wykazał swoją bezwzględną przewagę nad projektem komunistycznym.

Oczywiście pod presją społecznego niezadowolenia podejmowano próby zmodyfikowania systemu komunistycznego. Polegały one na ogół na wprowadzeniu do jego porządku nieco elementów kapitalistycznych – trochę rynku i prywatnej własności oraz odrobinę wolności. Zmiany (przesilenia) wzbudzały wielkie i autentyczne nadzieje – na Węgrzech, w Czechosłowacji i w Polsce – bo system komunistyczny miał jednak urok wielkiej idei. Wydawało się więc wielu, że zła jest nie sama idea, lecz jej pokraczna realizacja. Znaczna większość społeczeństw krajów komunistycznych długo godziła się z wytyczną: socjalizm tak, wypaczenia nie. Modyfikacja systemu przebiegała jednak z ogromnymi oporami, bo elity polityczne systemu komunistycznego zajęły wcześniej uprzywilejowaną pozycję i nie były zdolne do rezygnacji z niej.

Jednak nie ten czynnik miał rozstrzygające znaczenie – fundamentalna niesprawność wynikała z istoty tego systemu. Dla ludzi miało znaczenie, jaki konkretny kształt miał system komunistyczny, ale dopóki obowiązywały zasadnicze jego cechy, tak długo trwały też ich główne następstwa. System komunistyczny nie mógł być skutecznie zreformowany, bo reforma godziła w jego fundamenty ustrojowe.

Historia rodzimej wersji systemu komunistycznego mieści się w zarysowanym schemacie, choć Polska – z racji swojej tradycji i tożsamości – doświadczała komunizmu w formach mniej ortodoksyjnych, m.in. nigdy nie skolektywizowano rolnictwa i nie została złamana siła Kościoła. Zaraz po II wojnie środowiska lewicy niekomunistycznej (przede wszystkim PPS-owskie) komuniści uznali za wrogie. Bogata tradycja intelektualna i polityczna lewicy socjaldemokratycznej została odrzucona, a osoby związane z tą tradycją prześladowano. W latach 1949–1955 sowieckie wzorce zdominowały zarówno politykę, jak i gospodarkę. Po „Październiku” system został wprawdzie złagodzony, ale ani zakres zmian, ani rezultat nie były (i być nie mogły) satysfakcjonujące. Wydaje się jednak, że jeszcze protesty w grudniu 1970 r. nie wyrażały utraty nadziei na „reformę socjalizmu”, lecz komunistycznym animatorom systemu postawiony został wówczas de facto warunek: możecie rządzić, jeżeli zapewnicie stały wzrost dobrobytu. Spełnienie tego warunku było jednak niemożliwe bez odrzucenia konstytutywnych cech systemu – jego samolikwidacji. To wówczas nie nastąpiło i (szczególnie za sprawą „Solidarności”) system komunistyczny w Polsce stracił wszelką legitymację. Mógł trwać tylko dzięki przemocy. Wszedł w fazę rozkładu, a w roku 1989 został wyeliminowany. Bilans ponad czterech dekad komunizmu w Polsce jest pod każdym chyba względem negatywny.

Jak należy traktować komunizm? Jako jeden z dwóch nurtów lewicy czy jako jego patologię? Odpowiedź na to pytanie nie może być tylko kwestią konwencji. Jałowe wydają się zabiegi polegające na przyjęciu, że nie ma związku między praktyką krajów socjalistycznych a marksowskim „przesłaniem”, choć – istotnie – dostrzec można też kolizję między marksowską doktryną a polityką krajów „realnego socjalizmu”. Byli działacze (choćby Róża Luksemburg), którzy komunistyczny system kontestowali z pozycji doktryny marksowskiej. Jednak gospodarka bez rynku i prywatnej własności to esencja marksizmu. Tu nie ma rozbieżności między doktryną i praktyką.

Natomiast jeżeli przyjmiemy, że do tożsamości lewicy należy postulat równości i ludowładztwa, to komunizm jawi się jako… najgłębsza patologia lewicy. To wskutek działania systemu komunistycznego życie straciły miliony osób (szacunki sięgają nawet 100 mln). To w tym systemie najdrastyczniej ograniczona została wolność ludzi i wyeliminowano wszelkie mechanizmy demokratyczne. Jakkolwiek komunizm nie był jedynym systemem niosącym ucisk i nędzę, to tylko ten system w praktyce był tak totalnym zaprzeczeniem własnych zapowiedzi.

Upadek systemów komunistycznych w latach 90. nie wzmocnił lewicy socjaldemokratycznej. Choć uzyskała ona po lewej stronie pozycję całkowicie dominującą, to – inaczej niż kilka dekad wcześniej – jej tożsamość nie była wyrazista. Socjaldemokratyczna polityka w rozwiniętych krajach (gdzie wcześniej triumfowała) znalazła się w impasie – i to znacznie wcześniej niż upadły systemy komunistyczne. Ich upadek został jednak – bezzasadnie, ale skutecznie – zinterpretowany jako dowód nieprzydatności również nurtu socjaldemokratycznego.

W gospodarce rozwiniętych krajów kapitalistycznych, mniej więcej w drugiej połowie lat 70., pojawiły się zjawiska kryzysowe, takie jak stagnacja wzrostu, przyrost bezrobocia czy inflacja. Działo się tak właściwie we wszystkich krajach rozwiniętych, w których system został ukształtowany generalnie w zgodzie z projektem socjaldemokratycznym. Obejmował on aktywną, keynesowską regulację makroekonomiczną, progresywne podatki, rozbudowane państwo opiekuńcze, spory sektor przedsiębiorstw publicznych itp. Choć trudno jednoznacznie przesądzić o związku zjawisk kryzysowych z zasadami „socjaldemokratycznego modelu” kapitalizmu, to objaśnienie spiętrzenia problemów mankamentami systemu socjaldemokratycznego nasuwało się wielu obserwatorom. W każdym razie neoliberałowie skutecznie przekonali dużą część opinii publicznej, że ten związek jest bliski i uniwersalny.

Nie ograniczali się oni zresztą do krytyki, lecz zaprezentowali program reformy (czy raczej: kontrreformy) kapitalizmu. Makroekonomiczna polityka antycykliczna została uznana za przeciwskuteczną. Opiekuńcze zadania państwa zalecano zredukować. Osłabieniu miała ulec – przez zmniejszenie opodatkowania i ustanowienie podatków płaskich lub liniowych – redystrybucja dochodów, a sektor przedsiębiorstw publicznych miał zostać wyeliminowany. Rynek miał działać całkowicie swobodnie, a usługi społeczne (ochrona zdrowia, ubezpieczenia emerytalne czy edukacja) miały być co najmniej poddane rygorom komercjalizacji. Na konkurencję, dzięki „deregulacji”, miały być otwarte branże dotychczas zmonopolizowane i będące na ogół domeną przedsiębiorstw państwowych, z takich dziedzin jak: wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej i gazu, transport kolejowy i lotniczy, telekomunikacja, poczta itd. Ważne znaczenie miał postulat „otwarcia” gospodarek przez eliminację ograniczeń w handlu i wobec przepływów kapitałowych.

Przekonywano, że jeżeli tylko polityka pieniężna zagwarantuje niską inflację, a motywacja jednostek zostanie „wyzwolona” dzięki niskim i płaskim podatkom (a budżet będzie zrównoważony), to gospodarka rozwijać się będzie szybko – z pożytkiem dla zwykłych ludzi. Neoliberalna doktryna trafnie uderzyła w słabe punkty „socjaldemokratycznego kapitalizmu”. Bo też model ten nie był wolny od patologii. Makroekonomiczna regulacja z polityki antycyklicznej przekształciła się w oportunistyczną politykę powiększania długu publicznego, a państwo opiekuńcze stawało się coraz bardziej marnotrawne.

Partie socjaldemokratyczne na krytykę neoliberalną zareagowały w najwyższym stopniu defensywnie. Najpierw próbowały ją ignorować, a następnie stopniowo, ale i chaotycznie, wycofywały się ze swojej generalnej linii programowej. Programy tych partii w latach 90. można chyba najlepiej określić jako „kunktatorski neoliberalizm”. Z reguły nie akceptowały one najdalej idących zaleceń neoliberalnych, ale bardziej wynikało to ze strachu przed wyborcami niż z pryncypialnych przekonań przywódców. Do tej polityki partie socjaldemokratyczne starały się dopasować swoje doktryny. Popularne stały się więc pomysły Trzeciej Drogi czy Nowego Centrum. Poszukując nowej pozycji, partie socjaldemokratyczne skierowały uwagę na „mniejszości”. Socjalne zaangażowania zostały wyparte właśnie przez postulaty praw dla różnych mniejszości, szczególnie seksualnych. W znacznej mierze postulat równości materialnej był zastępowany przez postulat równości płci.

Pod presją neoliberalnej krytyki nie doszło do skrystalizowania nowej tożsamości socjaldemokratycznej. Ale też partie działające pod socjaldemokratycznymi szyldami nie zostały wyeliminowane ze sceny politycznej. W wojnie między ofensywnymi środowiskami neoliberalnymi a defensywnie zorientowaną socjaldemokracją zarysował się impas. Neoliberalizm uzyskał znaczną przewagę przede wszystkim w kwestiach ideologicznych (i w postawach grup zamożnych), a znacznie mniejszą na płaszczyźnie realnych zmian. Mimo ostrej krytyki państwa opiekuńczego i progresywnych podatków nawet partie liberalne i konserwatywne ostrożnie wprowadzały zmiany. Kapitalizm ukształtowany po wojnie nie zmienił się radykalnie. Daleko posunął się proces eliminacji publicznego sektora przedsiębiorstw, dokonano deregulacji wielu rynków, gospodarki w znacznej mierze zostały otwarte na konkurencję zagraniczną, ale „państwo opiekuńcze” zostało okrojone stosunkowo nieznacznie, podobnie jak prawa pracownicze. Nie dokonała się jednak w Europie Zachodniej postulowana przez neoliberałów radykalna rewolucja podatkowa. Wprawdzie stępione zostało ostrze progresji, ale w Europie w sektorze publicznym nadal gromadzono i wydatkowano bardzo dużą część dochodu narodowego. Przed ostatnim kryzysem było to z reguły 40 do 50% PKB – obecnie jeszcze więcej. Wszystko to oznacza, że „socjaldemokratyczny kapitalizm” w znacznej mierze ocalał. Jednak doktryna neoliberalna utrzymała dominującą pozycję i „skrzypi” dopiero w następstwie obecnego kryzysu.

O ile ład ustrojowy w krajach europejskich ukształtował się w dekadach powojennych, a potem został tylko po części zmodyfikowany, o tyle w Polsce i innych krajach postkomunistycznych system był budowany niejako od podstaw i dokonywało się to w okresie pełnej dominacji (w wymiarze intelektualnym i emocjonalnym) neoliberalizmu. Żywe było też negatywne doświadczenie komunizmu, utożsamione z opiekuńczością i etatyzmem. Nie ukształtowała się silna partia polityczna o tradycyjnie socjaldemokratycznej tożsamości. Owszem, komuniści wywiesili socjaldemokratyczny sztandar, ale była to barwa ochronna. Zdemoralizowane środowisko SLD posługiwało się socjalnymi i etatystycznymi hasłami dla pozyskania wyborców, ale rządząc realizowało postulaty doktryny neoliberalnej (konstytucja, komercjalizacja w służbie zdrowia i ubezpieczeniach, eksmisja „na bruk”, postulaty podatku liniowego).

W Polsce ukształtował się system kapitalistyczny odległy od powojennego wzorca europejskiego, bardziej rynkowy i indywidualistyczny. Zrodził on wielkie nierówności dochodowe i majątkowe. Nie jest respektowana zasada „równego startu”. Prawa pracownicze są radykalnie ograniczone, a związki zawodowe słabe. Pracownicy mają status siły roboczej. Korzyści z prywatyzacji majątku, stworzonego wielkim wysiłkiem społecznym przez kilka dekad, przechwyciły wąskie grupy – przede wszystkim zagraniczne, gdyż duże przedsiębiorstwa w znacznej większości należą do zagranicznych właścicieli. Ale fakt, że transformacja przyniosła sporo negatywnych następstw, nie uzasadnia negatywnej oceny globalnej. Na odesłaniu komunizmu do lamusa historii nie można było stracić.

Obecny kryzys w światowej gospodarce stawia na porządku dziennym pytania o program modyfikacji ładu kapitalistycznego. Nie wyłoniły się frapujące odpowiedzi. Środowiska neoliberalne interpretują kryzys w kategoriach „wypadku przy pracy” i zalecają… bardziej konsekwentne respektowanie zasad rynkowych. Środowiska „socjaldemokratyczne” zgłaszają postulaty wycinkowych modyfikacji, które nie składają się na spójny program i są skutecznie kontrowane przez niechętne tym postulatom grupy interesów (tak dzieje się choćby z postulatem ograniczenia gigantycznych apanaży menedżerów bankowych). Nie widać intelektualnego odrodzenia socjaldemokracji. Brak spójnej i odważnej alternatywy przekreśla szanse socjaldemokratów na objęcie roli lidera zmian. To nie przypadek, że kontestacyjne ruchy „wykluczonych” są spontaniczne i – niestety – pozbawione programu.

W Polsce sytuacja jest odmienna. Wprawdzie z powodu splotu kilku szczególnych okoliczności przeszliśmy przez pierwszą fazę kryzysu dość łagodnie, ale nasz model kapitalizmu nie ma wielu cech ukształtowanych po wojnie w Europie Zachodniej. Zdecydowanie dotkliwiej jawi się kwestia jego potencjalnej korekty. Szczególnie, że w najbliższych latach ostrzejsze staną się konsekwencje trwania tego systemu. Trzeba liczyć się ze znacznie wolniejszym wzrostem gospodarki i blokadą mobilności społecznej.

Nie wydaje się, by istniała globalna alternatywa dla kapitalizmu, ale – szczególnie w Polsce – ważne jest, aby demokratyczny mechanizm gwarantował możliwość modyfikacji systemu. Nie zawsze jednak „realna demokracja” stwarza takie możliwości. W Polsce scena polityczna nie jest „konkurencyjna”. Coraz bardziej dominuje więc „postpolityka”. Ważne są skandale, wielkie pieniądze i „snucie opowieści”. Mało istotne są programy i wiarygodność. Wielu opisuje ten stan jako normalną ewolucję „realnej demokracji”. Gdyby przyjąć, że mają rację, to trzeba by też uznać, iż demokracja to przede wszystkim teatr pozorów.

Polska scena polityczna jest z pewnością niekompletna. Stosunkowo jednoznacznie wykrystalizowała się tylko opcja liberalna. Choć PO jest partią bardzo pragmatyczną, to jej polityka jest określona przez neoliberalną tożsamość i interesy „rdzeniowego” elektoratu. Widać to dobrze choćby na przykładzie podniesienia wieku emerytalnego. „Prawica” dysponuje silną reprezentacją parlamentarną, ale jej tożsamość jest coraz bardziej niejednoznaczna, zachowania cechuje populizm, a poważna odpowiedź na pytanie o model kapitalizmu nie pada. W parlamencie mają też reprezentację ugrupowania określające się jako lewicowe. Jednym z tych ugrupowań kieruje komunistyczny aparatczyk z PZPR-u, który rządził później pod sztandarem socjaldemokracji, ale całkowicie zrezygnował z elementarnych postulatów lewicy. Drugim jest osobnik, który neoliberalną samoidentyfikację przemalowuje na „lewicową”, ale koncentruje się na prawach gejów, zwalczaniu Kościoła i legalizacji „miękkich” narkotyków. Trudno oczekiwać, że któraś z tych grup przedstawi wizję reformy polskiego kapitalizmu. Byłaby ona zresztą całkowicie niewiarygodna.

Mamy kłopot.

dr hab. Ryszard Bugaj

(ur. 1944) – doktor habilitowany nauk ekonomicznych, polityk socjaldemokratyczny, publicysta. Jako student brał udział w działalności opozycyjnej wobec władz komunistycznych (m.in. w protestach Marca ’68), co przypłacił relegowaniem z uczelni. Związany z KOR oraz „Solidarnością” od ich powstania, był m.in. przedstawicielem Krajowej Komisji Porozumiewawczej w rządowej Komisji ds. Reformy Gospodarczej. Po 13 grudnia 1981 r. zaangażowany w działalność podziemną. Od 1982 r. do dziś pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. W latach 1988–1990 działał w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie; uczestnik obrad Okrągłego Stołu w zespole ds. gospodarki i polityki społecznej, współprzewodniczący grupy roboczej ds. samorządu i form własności; poseł na Sejm kontraktowy. W wolnej Polsce zaangażowany w budowę lewicy skoncentrowanej na interesach pracowników najemnych i odcinającej się od PRL. Był posłem na Sejm I kadencji (z listy Solidarności Pracy, której był współzałożycielem) i II kadencji z listy Unii Pracy, którą współtworzył w 1992 r. i której przewodniczył w latach 1993–1997. W 1998 r. odszedł z Unii Pracy w proteście przeciwko polityce nowych władz partii, które dążyły do współpracy z postkomunistami. Był doradcą społecznym Prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. ekonomicznych. Odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>