Sądy pod lupą obywateli

Zima 2012 |

Polska jest krajem systemowego deficytu odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych. Nie chodzi przy tym tylko o sankcje formalne, administracyjne czy urzędowe, lecz także o reakcje opinii publicznej. I tak, po katastrofie smoleńskiej – której okoliczności ujawniły szereg fundamentalnych uchybień błędów i słabości aparatu państwa – Polacy zdecydowali się na przedłużenie rządzącym mandatu zaufania. W samym aparacie państwa nie tylko nie doszło do jakichkolwiek dymisji, ale część osób współodpowiedzialnych za uchybienia, otrzymała awanse (m.in. w BOR-ze). Nierozliczone pozostają też m.in. głośne afera hazardowa, afera taśm PSL (z wyjątkiem dymisji ministra rolnictwa) czy sprawa Amber Gold.

Jedną z barier dla oczyszczenia życia politycznego w Polsce jest właśnie specyficzne pojmowanie odpowiedzialności. W kontekście zamieszania własnego syna w aferę Amber Gold premier Tusk mówił: Nie mam wątpliwości, że spoczywa na mnie i na całej administracji, także na prokuraturze, wielka odpowiedzialność, żeby wyjaśnić absolutnie wszystkie szczegóły tej sprawy. Jednocześnie storpedowano pomysł powołania parlamentarnej komisji śledczej. W podobnym duchu w sierpniu 2012 r. minister sprawiedliwości Jarosław Gowin wypowiedział się na temat odpowiedzialności sędziów w związku z tą samą aferą: Sędziowie mieli prawo wydawać wyroki w zawieszeniu. A czy były one właściwe, to już będą rozliczani przez instancję wyższą, nie ludzką. Słowo „odpowiedzialność” w ustach polityków i funkcjonariuszy publicznych w Polsce odnosi się na ogół do odpowiedzialności moralnej. Z drugiej strony tendencja do kierowania dyskursu na tory odpowiedzialności moralnej (przed Bogiem i historią) wiąże się z prezentowaniem systemowych patologii jako przypadków jednostkowych, wyjątków, które, niestety, zawsze się zdarzają. W zależności od kontekstu odpowiedzialni są wszyscy (bo zawinił system) – czyli nikt osobiście – albo pojedyncze jednostki – a więc nie system, za którego sprawne funkcjonowanie odpowiadają rządzący. Na dodatek głośne przykłady unikania odpowiedzialności, a nawet nagradzania za uchybienia prowadzą do instytucjonalizacji nieodpowiedzialności.

Efektem jest – po części odziedziczona jeszcze z PRL, a po części wzmocniona powszechną pobłażliwością wobec niekompetencji już w III RP – nikła podmiotowość obywateli w stosunku do państwa. Polacy w dużej mierze czują się klientami, a nie mocodawcami władz publicznych. Taka sytuacja jest zresztą korzystna dla przedstawicieli klasy politycznej – brakowi zaufania towarzyszą niskie oczekiwania pod adresem klasy politycznej, a więc i niewielka skłonność do wyciągania konsekwencji wobec tych, którzy zawodzą. Sytuację pogarsza deficyt środków kontroli społecznej – słabość mediów lokalnych, pozorny pluralizm mediów ogólnopolskich, brak elit intelektualnych, w tym akademickich, zdolnych i gotowych do krytyki poczynań (każdej) władzy.

„Rozliczalność” a demokracja

Problem deficytu „rozliczalności” dotyczy wielu – może większości – obszarów życia publicznego w Polsce. Jednak szczególnie dotkliwy jest on w odniesieniu do rozmaitych instytucji, które z uwagi na pełnioną funkcję kontrolną cieszą się daleko idącą niezależnością. Są to np. służby specjalne, prokuratura czy sądy. Te instytucje łączy fakt, że z wielu ważnych powodów ustawodawca przydziela im znaczny zakres autonomii, nawet w krajach demokratycznych. Kontrola zewnętrzna jest ograniczona na rzecz kontroli sprawowanej przez organy wewnętrzne danej instytucji. Zasiadają w nich członkowie tego samego środowiska, którego przedstawiciele są przez nich kontrolowani. Do uzasadnienia kontroli wewnętrznej stosuje się najczęściej trzy grupy argumentów: 1. ocena działań profesjonalistów wymaga wyjątkowych kompetencji, posiadanych tylko przez przedstawicieli tej samej profesji; 2. informacje dotyczące pracy tych osób mają wrażliwy charakter – często są to dane posiadające klauzulę tajności; 3. należy zabezpieczyć przedstawicieli profesji przed wpływem zewnętrznym (ze strony np. władzy wykonawczej), ze względu na możliwość nieprawomocnego wykorzystania instytucji nadzoru.

Celowość kontroli środowiskowej to jedno, ale jej skuteczność to zupełnie odrębny temat. Nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, by zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie niesie ze sobą „bycie sędzią we własnej sprawie”. Dlatego nawet formalne istnienie systemu kontroli wewnętrznej nie może wykluczać sprawowania przez społeczeństwo demokratycznej kontroli zewnętrznej. Zasada niezależności nie oznacza bowiem nigdy niezależności od suwerena, którym w państwie demokratycznym jest naród, rozumiany jako wspólnota obywateli danego państwa.

Kłopot w tym, że od uzyskania formalnego statusu obywatela państwa demokratycznego w 1989 r. do uzyskania rzeczywistego wpływu na działanie instytucji publicznych – czyli ich rozliczania – droga jest daleka. Pierwszym jej etapem jest uzyskanie odpowiednich instrumentów prawnych. W tym zakresie jest zresztą w Polsce wiele do zrobienia, ale – ogólnie ujmując – dzisiejszy ustrój naszego kraju w zakresie praw przysługujących obywatelom nie odbiega od demokratycznych standardów. Mamy więc instytucje sprawdzone w krajach, gdzie władza publiczna jest realnie rozliczana za swoje działania w stopniu znacznie większym niż w Polsce.

Drugim etapem jest wiedza o działaniach funkcjonariuszy publicznych. Spośród różnych kanałów uzyskiwania informacji szczególnie ważne są media – z uwagi na możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Istotne są także doświadczenie osobiste – ze względu na siłę oddziaływania nieporównywalną z innymi kanałami pozyskiwania informacji, a także z racji najmniejszej podatności tego sposobu zdobywania wiedzy na manipulację. Manipulowanie doświadczeniem indywidualnych osób jest po prostu bardzo kosztowne.

Trzecim krokiem do „rozliczalności” władz publicznych jest zmiana postaw samych obywateli, w tym ich większa gotowość do angażowania się w działania na rzecz owej „rozliczalności”. Ostatnim elementem jest upodmiotowienie obywateli w relacjach z instytucjami władzy publicznej, czyli upowszechnienie tożsamości mocodawców systemu, a nie jego petentów. Stroną aktywną tego procesu musi być przede wszystkim społeczeństwo. Natomiast liczenie na to, że zajmą się tym instytucje władzy publicznej, jest zaprzeczeniem procesu demokratyzacji. Jego sednem jest właśnie wzięcie przez obywateli odpowiedzialności za kształt swojego państwa oraz kondycję instytucji publicznych. W połączeniu z instrumentami prawnymi oraz wiedzą o funkcjonowaniu instytucji społeczeństwo świadome swojej nadrzędnej roli w państwie jest zdeterminowane, aby rozliczać ze skuteczności funkcjonariuszy publicznych, gdyż ma świadomość, że ci są tylko jego pracownikami, a nie właścicielami.

Poza kontrolą

Dobitnym przykładem na to, jak formalne uprawnienia społeczeństwa do kontroli władz publicznych pozostają martwe w praktyce, jest – zapisana w art. 45 Konstytucji RP oraz art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – zasada jawnego postępowania przed sądem.

Sądownictwo zajmuje szczególne miejsce w naszym ustroju. Ma zagwarantowaną daleko idącą niezależność od pozostałych władz, choć samo kontroluje ich poczynania: sądy administracyjne kontrolują władzę wykonawczą, Trybunał Konstytucyjny – władzę ustawodawczą – a Sąd Najwyższy ocenia nawet legalność wyborów do parlamentu. Jednocześnie decyzje zapadające w sądach mają dużo większe znaczenie dla losów konkretnych obywateli. Wpływają nie na warunki brzegowe – jak wysokość podatków – ale na samą trajektorię ich dalszych losów. Odpowiedzialność trzeciej władzy domaga się skutecznego systemu kontroli społecznej.

Formalnie sądownictwo posiada wewnętrzny system kontroli dyscyplinarnej. Jest on sprawowany przez rzecznika dyscyplinarnego oraz jego zastępców. Funkcje te pełnią sędziowie. Tylko rzecznik może skierować sprawę do sądu dyscyplinarnego (składającego się z sędziów sądu wyższej instancji). Takich postępowań wszczyna się w Polsce ok. 50 rocznie, co przy liczbie ponad 10 tysięcy aktywnych sędziów oraz ponad 2 tysiącach sędziów w stanie spoczynku, którzy także podlegają odpowiedzialności dyscyplinarnej, wydaje się liczbą zaskakująco niską. Może to świadczyć o wyjątkowej kondycji moralnej sędziów. Może jednak świadczyć także o fasadowości instytucji powołanej do rozliczania sędziów z nieprawidłowego działania. Biorąc pod uwagę ilość skarg na same zachowanie sędziów, które co roku trafiają do prezesów sądów (według naszych szacunków jest to liczba ok. 4 tysięcy skarg rocznie dla samych tylko sądów rejonowych i okręgowych), liczba 50 wszczętych postępowań świadczy o tym, że sędziowie są rozliczani jedynie w zupełnie skrajnych lub oczywistych przypadkach naruszenia norm formalnych.

Istnieją również przykłady na to, że również w bulwersujących opinię społeczną przypadkach naruszenia etyki zawodowej, a nawet podejrzeń naruszenia prawa przez sędziów, istniejący system nie gwarantuje rozliczenia danego sędziego. Przykładem jest toruński sędzia Zbigniew Wielkanowski, którego najpierw, według „Rzeczpospolitej”, widywano w towarzystwie lokalnych gangsterów, a który potem został oskarżony o pomówienie przed policją byłej kochanki. Wielkanowski przez prawie 10 lat odwoływał się od wyroków, nie stawiał na rozprawy i przedstawiał zwolnienia lekarskie, dzięki czemu uniknął prawomocnego rozstrzygnięcia – sprawa uległa przedawnieniu. Sędziemu „zwrócono” wtedy 190 tys. złotych wynagrodzenia, obniżonego w czasie trwania postępowań. Mimo kilkuletniej choroby i stwierdzenia niezdolności do pracy przez orzecznika ZUS, Wielkanowski zaraz po przedawnieniu zarzutów odzyskał zdrowie i skutecznie zaskarżył decyzję Krajowej Rady Sądownictwa przenoszącą go w stan spoczynku. W 2010 r. wrócił do orzekania w toruńskim sądzie rejonowym. Mieszkańcy Torunia są więc sądzeni w sprawach rodzinnych przez osobę, która m.in. podała policji nieprawdziwe informacje nt. awantury, jaką wszczął w mieszkaniu – będącej wówczas studentką – kochanki, i co do której kontaktów ze światem przestępczym cały czas pozostają uzasadnione wątpliwości.

Z kolei sędzia Ryszard Milewski – którego kompromitującą rozmowę z domniemanym pracownikiem kancelarii premiera ujawniła „Gazeta Polska Codziennie” – przedstawił już drugie zwolnienie lekarskie Rzecznikowi Dyscyplinarnemu. Ten ostatni ma obowiązek wysłuchać wyjaśnień sędziego, zanim będzie mógł wszcząć właściwe postępowanie dyscyplinarne. Za 3 lata przekonamy się, czy także on wyzdrowieje po przedawnieniu przewinienia.

Jest sposób

W odróżnieniu od kontroli nad władzą wykonawczą i ustawodawczą podjęcie wysiłku zewnętrznej kontroli władzy sądowniczej wymaga ogromnych środków. Wynika to z rozproszenia odpowiedzialności: każdy sędzia z osobna występuje i orzeka „w imieniu Rzeczypospolitej”. Mamy zatem do czynienia ze strukturą hierarchiczną tylko w sferze administracji, ale nie w zakresie władzy. Aby kontrola była skuteczna, musi dotyczyć każdego orzekającego sędziego.

Paradoksalnie takie rozproszenie odpowiedzialności może pomóc w sprawowaniu kontroli społecznej. Przykładem na to jest metoda court watch, czyli obywatelski monitoring sądów. Wywodzi się ona ze Stanów Zjednoczonych, gdzie mniej lub bardziej sformalizowane grupy obywateli starają się obserwować jak najwięcej postępowań przed lokalnymi sądami, występując w roli publiczności. W Polsce misji promocji i rozwoju tej metody podjęła się Fundacja Court Watch Polska.

Fundacja należy do organizacji pozarządowych zwanych strażniczymi (ang. watchdog), które zajmują się kontrolą działań podmiotów uprzywilejowanych w stosunkach z pojedynczymi obywatelami. Zwykle działania strażnicze przyjmują postać obywatelskich śledztw, systematycznych obserwacji lub analizy dokumentów. Są prowadzone w stosunku do konkretnych podmiotów w wąsko zakrojonym obszarze problemowym i przez grupę (przynajmniej docelowo) „profesjonalistów z misją”, tzw. strażników.

Metoda działania, którą przyjęła Fundacja Court Watch Polska, wyróżnia się wykorzystaniem na dużą skalę krótkoterminowego i niezobowiązującego quasi-wolontariatu. Ponieważ nie sposób samodzielnie prowadzić monitoringu rozpraw we wszystkich sądach w Polsce jednocześnie, Fundacja namawia osoby postronne, aby korzystały z prawa do uczestnictwa w rozprawach w charakterze publiczności i odwiedzały lokalne sądy – choćby z ciekawości. Od obserwatorów oczekujemy wypełnienia w trakcie rozprawy krótkiej ankiety dotyczącej jej przebiegu i przesłania jej później przez Internet. Pytania kwestionariusza są tak skonstruowane, że jest w stanie odpowiedzieć na nie osoba po dwugodzinnym szkoleniu z podstawowej wiedzy o sądownictwie. Dzięki temu w monitorowanie sądów angażują się osoby, które nigdy nie myślały o braniu udziału w działaniach kontrolnych, strażniczych czy jakiejkolwiek innej aktywności obywatelskiej w stosunku do władz publicznych. Dzięki maksymalnemu uproszczeniu zadań obserwatora oraz „przyjaznej” formie współpracy z Fundacją, już ponad 500 osób z całej Polski zaangażowało się i wniosło bardzo duży wkład w działania strażnicze. Najczęściej nie po to, by „patrzeć władzy na ręce”, ale ze zwykłej ciekawości, jak pracują sądy, a w przypadku studentów – przy okazji zdobywania wiedzy potrzebnej na studiach. Udział w takim programie może być dla nich działaniem obywatelskim, a także ukształtować wspomnianą „tożsamość akcjonariusza”. Wyniki programu Obywatelskiego Monitoringu Sądów są też ważnym argumentem na rzecz rozwoju kolejnych programów kontroli społecznej bazujących na crowdsourcingu, jak nazywa się opieranie działań społecznych o synergię niewielkich odcinków pracy wykonanej przez wielu ludzi w jednym celu. Możemy wyobrazić sobie takie działania np. w obszarze usług edukacyjnych czy medycznych, gdzie sami usługobiorcy przy pomocy prostego kanału informacji, np. SMS-ów, zgłaszają przypadki nieprawidłowości i oceniają działania usługodawców, nie ponosząc przy tym praktycznie żadnych kosztów, a korzystając na zmianie społecznej.

Co widać, słychać i czuć?

Sala sądowa jest szczególnie ciekawym polem obserwacji stosunku władzy publicznej – w tym przypadku sądowej – do obywatela, i vice versa. Tam, gdzie działają siły rynku, dawno już skończyliśmy z traktowaniem klientów jak naprzykrzających się petentów. Niestety przemiana mentalności nie dotyczy części sędziów. Powszechne jest lekceważenie czasu osób wzywanych na rozprawy i rozpoczynanie ich z opóźnieniem. Tylko 46% posiedzeń, które wybrali obserwatorzy, rozpoczęło się punktualnie. W większości przypadków z perspektywy uczestnika powodem było spóźnienie sędziego. Dla Fundacji jest oczywiste, że bywają okoliczności, które mogą zatrzymać sędziego, lub że może się zdarzyć, iż poprzednia rozprawa się przedłuży. Sąd powinien jednak dbać o to, aby sytuacje takie zdarzały się wyjątkowo, a nie zwyczajowo. O lekceważeniu czekających, nierzadko i po kilkadziesiąt minut, świadczy także fakt, iż tylko w przypadku 16% opóźnionych rozpraw sędzia lub pracownik sądu wyjaśnili bądź przeprosili za opóźnienie.

O niewłaściwym stosunku niektórych sędziów do stających przed nimi uczestników postępowań świadczą także przykłady niekulturalnych i agresywnych zachowań ze strony przedstawicieli trzeciej władzy. Należy pamiętać, że są to relacje z rozpraw, które odbyły się przy udziale publiczności:

Sędzia większość czasu była niekulturalna i agresywna. Podnosiła głos, przesłuchując świadka. Nawet powiedziałabym, że krzyczała. Ponadto ostentacyjnie żuła gumę. Najpierw pytała o „przemoc seksualną”, następnie krzyczała na świadka, że jakoby nie użyła tego stwierdzenia i że niesłusznie świadek to sobie wymyślił. Ciągle komentowała coś pod nosem.

Dwóch świadków było niedosłyszących, co sędzia skomentował z szykaną „co wy tak wszyscy słabo słyszycie”, uśmiechając się złośliwie. Podobnie powiedział do świadka „niech pan słucha, będę mówił w miarę głośno” z wyraźnym szyderstwem w głosie.

Na salę chciała wjechać wózkiem inwalidzkim starsza kobieta. Nie mogła jednak zmieścić wózka na sali po wjechaniu przez drzwi, w związku z czym jej syn chwycił krzesło w celu przesunięcia go i zrobienia matce miejsca. Widząc to, sędzia oburzyła się – „co Pan robi z tym krzesłem?! Proszę je natychmiast odstawić tam, gdzie było!”, co spowodowało zamieszanie i 5-minutowe próby ustawienia wózka w wygodnej pozycji bez przesuwania krzesła.

Jeszcze częściej zdarzało się, że sędzia miał zastrzeżenia do samej obecności publiczności. Relacje wolontariuszy świadczą o tym, że prawo do publicznego procesu nie zawsze jest w polskich sądach w pełni przestrzegane. Oto kilka z nich:

Pani Sędzia wnikliwie dopytywała o siedzibę organizacji, cel ich [obserwacji] prowadzenia itp. Robiła to w dość… władczy sposób (raczej w charakterze przesłuchania).

Zadawał pytania w stylu „a panie to kto?”, „dlaczego tak w charakterze publiczności?”, „już dzisiaj mi jakieś tu łaziły” – być może było to półżartem.

Sędzia miał zastrzeżenia co do obecności obserwatora na sali rozpraw. Pomimo udzielonej informacji, że obserwator jest w formie publiczności nie związanej ze stronami, sędzia przewodniczący pytał z jakiej instytucji jest obserwator, zażądał legitymacji pracowniczej, pytał, czy obserwator ma zgodę prezesa Sądu na prowadzenie notatek. Na końcu sprawdził dane osobowe obserwatora z legitymacji studenckiej i zapisał je na kartce, ale pozwolił zostać na sali rozpraw.

Po ok. 15 minutach od rozpoczęcia rozprawy zostałam w dosyć stanowczy sposób zapytana „Co Pani tutaj właściwie robi”. Odpowiedziałam, że jestem studentką UJ i obserwatorką Fundacji CWP. Moje tłumaczenie (sprawa jest jawna itp.) zostało zlekceważone i dostałam polecenie „natychmiastowego zgłoszenia się do p. przewodniczącej wydziału i ewentualny powrót na salę z potwierdzeniem jej zgody”.

Sędzia poprosił, abym opuściła salę (przed odczytaniem przez panią prokurator aktu oskarżenia). Sędzia nie uzasadnił swojej decyzji.

Tego typu traktowanie publiczności jest relatywnie rzadkie. Większość sędziów rozumie i szanuje prawo publiczności do udziału w rozprawie jawnej. Niemniej, jeśli – jak wynika z naszych badań – sędziowie mają zastrzeżenia do obecności publiczności w przypadku 5% rozpraw, oznacza to, że co roku dziesiątki tysięcy Polaków stają przed sędzią, który lekceważy ich konstytucyjne prawa. Czasami problem sprowadza się do sposobu poinformowania publiczności, że dana rozprawa jest niejawna. Zdarza się, że wygląda to tak:

Po wejściu na salę sędzia […] zapytała się kim jestem. Jak usłyszała odpowiedź, w bardzo niekulturalny sposób wskazała palcem na drzwi i powiedziała „Za drzwi!”. Jak się potem zorientowałam, była to sprawa, na której nie może przebywać publiczność, a sposób, w jaki zostałam wyproszona z sali, był, delikatnie mówiąc, niekulturalny.

Co z oczu, to z serca?

Dobrym przykładem efektu pracy naszych wolontariuszy jest zwrócenie przez nich uwagi na szeroko rozpowszechnioną i akceptowaną praktykę pozostawania pełnomocników i (najczęściej) prokuratorów na salach rozpraw poza czasem trwania rozprawy. Sędziowie, z którymi rozmawialiśmy, wskazywali na praktyczne uzasadnienie takiej praktyki: prokuratorzy, którzy mają niejednokrotnie kilka rozpraw w danej sali jednego dnia, nie mają osobnego pokoju, gdzie mogliby się do nich przygotować. W tej sytuacji sędziowie grzecznościowo zezwalają im na pozostawanie w sali rozpraw w przerwach między rozprawami. Inni tłumaczyli, że wcześniejsze wejście na salę lub pozostanie w niej po zakończeniu rozprawy służy ustalaniu z sędzią szczegółów technicznych, a czasem – nawet korzystnemu dla oskarżonego negocjowaniu wymiaru kary, np. gdy dobrowolnie podda się karze. Uzasadnienia te wydają się racjonalne, nie bierze się jednak pod uwagę zgubnego wpływu takiej praktyki na postrzeganie instytucji sądu przez strony.

Osoby czekające na korytarzu nie wiedzą, o czym rozmawia prokurator sam na sam z sędzią, nie mają możliwości odniesienia się do tych ustaleń. W większości przypadków zresztą (jak twierdzą sami zainteresowani) do żadnej rozmowy nie dochodzi. Strony jednak tego nie wiedzą; widzą tylko zamknięte drzwi i nabierają poczucia, że część rozprawy jest de facto niejawna. Zwłaszcza gdy później, w czasie rozprawy, usłyszą, jak sędzia zwraca się do prokuratora: To zrobimy, Panie prokuratorze, jak wcześniej ustaliliśmy.

Z badań Fundacji wynika, że problem ten występował w przypadku od 11 do 14% (odpowiednio – w pierwszym i drugim cyklu monitoringu)obserwowanych rozpraw. Najczęściej miało to miejsce w wydziałach karnych. Co ciekawe, mimo iż w rozmowach z nami większość sędziów oraz pełnomocników przyznaje, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, problem jest rozpowszechniony – stwierdziliśmy jego występowanie w znakomitej większości obserwowanych sądów. Dopiero pojawienie się w sądach outsiderów – obserwatorów Fundacji niezwiązanych ze sprawą – umożliwiło dostrzeżenie negatywnych konsekwencji społecznych tej rutynowo akceptowanej praktyki. Obecnie Fundacja podejmuje działania mające doprowadzić do uregulowania obecności pełnomocników na sali rozpraw w regulaminach samych sądów. Innym proponowanym wyjściem jest zasada otwartych drzwi do sali sądowej, w której przebywa ktokolwiek inny niż sędzia i protokolant/-ka.

Kontrola i zaufanie

Konsekwencją tych i innych przejawów niepodmiotowego traktowania obywateli w sądach jest m.in. relatywnie niski poziom zaufania Polaków do sądownictwa. Choć większość sędziów to osoby uczciwe i dobrze przygotowane do pracy, opinię środowiska – a także autorytet całego sądownictwa – obniża tolerowanie nielicznych uchybień. Jak sugerowała nam część sędziów, monitoring obywatelski może pomóc przełamać źle rozumianą solidarność w takich przypadkach, gdyż – jako głos niezależnego, bezinteresownego obserwatora – ułatwia, a czasem nawet wymusza uruchomienie istniejących mechanizmów dyscyplinujących. Przykładowo: prezesowi sądu może być niezręcznie zwrócić uwagę koledze na notoryczne spóźnianie się, lecz gdy otrzyma raport dokumentujący takie zachowanie, będzie bardziej skłonny to zrobić.

Niewątpliwie poczucie odpowiedzialności – za siebie, swoje otoczenie, bliskich i dalszych ludzi – ma kluczowe znaczenie dla jakości życia jednostkowego i społecznego. Inaczej jest jednak w odniesieniu do sfery służby publicznej. Tu kluczowym zadaniem jest projektowanie i wdrażanie mechanizmów umożliwiających skuteczne rozliczanie funkcjonariuszy publicznych z tego, jak wywiązują się z powierzonych im obowiązków. Krokiem podstawowym w tym kierunku jest odróżnianie odpowiedzialności moralnej od „rozliczalności”, upodmiotowienie obywateli, aby więcej wymagali od funkcjonariuszy publicznych i byli skłonni ich rozliczać. Zmiana mentalności musi wiązać się z odrzuceniem mitu „donoszenia” oraz eliminacją klienckiej postawy wobec władzy. Krokiem drugim jest projektowanie rozwiązań zapewniających przejrzystość i wspomnianą „rozliczalność”, i to nie tylko rozwiązań administracyjno-prawnych, ale także – a może przede wszystkim – mechanizmów nieformalnej kontroli społecznej.

dr Stanisław Burdziej, Bartosz Pilitowski

dr Stanisław Burdziej (ur. 1979) – dr socjologii, absolwent amerykanistyki na Uniwersytecie w Heidelbergu, stypendysta Institut für die Wissenschaften vom Menschen w Wiedniu, współzałożyciel i członek zarządu Fundacji Court Watch Polska; obecnie adiunkt w Katedrze Socjologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Tłumacz literatury socjologicznej, autor kilkudziesięciu artykułów; ostatnio opublikował książkę „Religia obywatelska w Stanach Zjednoczonych” (Kraków 2009).

Bartosz Pilitowski (ur. 1982) – socjolog, doktorant w Zakładzie Interesów Grupowych IS UMK; założycieli i prezes zarządu Fundacji Court Watch Polska. Doświadczenia z realizacji projektów badawczo-rozwojowych stara się przenosić na łono działań społecznych – ostatnio są to WokandaObywatelska.pl i PolskiSlad.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>