Daleka droga do integracji

Daleka droga do integracji

Szkoły publiczne nie są przygotowane do tego, by włączać uczniów niepełnosprawnych do ogólnego systemu edukacji – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.

Jak przypomina Izba, Polska w 2012 r. ratyfikowała Konwencję o prawach osób niepełnosprawnych, która przewiduje stworzenie systemu tzw. edukacji włączającej w ogólnodostępnych szkołach publicznych. Dzięki niej uczeń nie tylko integruje się z pełnosprawnymi rówieśnikami, lecz także uczestniczy w społeczności klasowej na równych zasadach, mając takie same prawa i obowiązki. System taki jest też tańszy – średni miesięczny koszt kształcenia ucznia w szkole integracyjnej jest o ok. jedną piątą niższy niż w szkole specjalnej.

Tymczasem szkoły publiczne, które mają być głównym miejscem realizacji edukacji włączającej, nie są odpowiednio przygotowane do pracy z uczniami niepełnosprawnymi o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Nauczyciele w większości przypadków nie mają odpowiednich kwalifikacji ani doświadczenia w zakresie pedagogiki specjalnej. Nie są też przekonani do tej idei – z anonimowej ankiety przeprowadzonej wśród 1800 nauczycieli wynika, że tylko 17 proc. popiera pomysł włączenia uczniów niepełnosprawnych do ogólnego systemu edukacji. Dyrektorzy często nie zatrudniają specjalistów w zakresie pedagogiki specjalnej, tłumacząc się brakiem etatów i takiego obowiązku prawnego. Zaledwie 14 spośród spytanych o to 97 dyrektorów szkół publicznych zatrudniło dodatkowo wykwalifikowanych nauczycieli dla swoich niepełnosprawnych uczniów. Kontrola NIK w 40 szkołach pokazała, że z powodu braku specjalistycznej kadry w 18 szkołach publicznych z oddziałami integracyjnymi i 4 szkołach specjalnych nie prowadzono lub ograniczano zajęcia zalecone uczniom z niepełnosprawnościami przez publiczne poradnie psychologiczno-pedagogiczne.

Problemem w szkołach publicznych jest też brak odpowiedniego wyposażenia oraz bariery architektoniczne. W 12 szkołach uczniowie z niepełnosprawnością ruchową nie mogli swobodnie poruszać się po budynku z powodu braku podjazdów czy wind przy schodach. W 16 szkołach uczniowie nie mieli bezpiecznych i higienicznych warunków do nauki. Sale lekcyjne w 26 szkołach publicznych nie były w pełni przystosowane do prowadzenia zajęć np. z uczniami słabowidzącymi.

Większość szkół (32 na 40 skontrolowanych), zarówno publicznych z oddziałami integracyjnymi, jak i specjalnych, prawidłowo zorganizowała nauczanie indywidualne i umożliwiła uczniom uczestnictwo w życiu szkoły. W 12 placówkach kontrolerzy wykryli działania niezgodne z przepisami, np. brak odpowiedniej pomocy psychologiczno-pedagogicznej dla dzieci i rodzin (w 7 szkołach), nieopracowanie indywidualnych programów edukacyjno-terapeutycznych dla każdego ucznia (w 2 szkołach).

NIK docenia działania Ministerstwa Edukacji Narodowej na rzecz stworzenia odpowiedniego systemu kształcenia osób niepełnosprawnych, m.in. przygotowanie 489 liderów w dziedzinie kształcenia specjalnego, którzy organizowali szkolenia w całej Polsce dla dyrektorów szkół, nauczycieli i samorządowców. Izba zwraca jednocześnie uwagę, że wdrożenie Konwencji wymaga przygotowania zmian organizacyjnych i prawnych, do czego konieczna będzie współpraca z resortami zdrowia oraz pracy i polityki społecznej.

Więcej o wynikach kontroli można przeczytać tutaj.

Problemy szkół specjalnych i ich uczniów szczegółowo omówimy w numerze z lata 2013 r.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Co za tanio, to niezdrowo

Co za tanio, to niezdrowo

W Ameryce czy Europie Zachodniej żywność nigdy nie była tak tania jak obecnie. Niestety, oznacza to także jej niższą jakość.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, przeciętna rodzina w Stanach Zjednoczonych przeznacza na żywność już tylko 6,9 proc. swojego budżetu – kilka razy mniej niż dwa pokolenia temu. W Europie Zachodniej jedzenie jest nieco droższe, ale i tak stanowi niewielką pozycję w domowych wydatkach– według OECD przeciętny Niemiec poświęca na nie już tylko 11,4 proc. dochodów. Nie oznacza to wcale, że Amerykanie czy Europejczycy jedzą mniej niż dotychczas, wręcz przeciwnie – widać to zwłaszcza w USA, gdzie nadwaga i otyłość stanowią prawdziwą plagę. Niższy udział wydatków na żywność to kwestia coraz niższych cen, na co wpływają techniki jej produkcji oraz pogarszająca się jakość – wyjaśnia Federica Zolla z COPA-COGECA, organizacji zrzeszającej europejskie rolnicze związki zawodowe i organizacje spółdzielcze.

Przykładowo, w ciągu ostatnich 40 lat globalna produkcja kukurydzy potroiła się. Wydajność wzrosła dzięki nowym odmianom ziarna, inżynierii genetycznej, bardziej efektywnym nawozom, intensywnemu nawadnianiu. To samo dzieje się z chowem bydła i produkcją mleka – ostatnie dziesięciolecia to okres stosowania sterydów, wysokoenergetycznych pasz, zdobyczy inżynierii genetycznej. Z kolei w przetwórstwie spożywczym stosuje się na potęgę „sztuczne” składniki. To wszystko ma oczywiście poważne konsekwencje zdrowotne.

Jak zastrzega jednak Andrew Chapple z Institute of Food Research w Londynie, jest to wina nie tylko producentów żywności, nastawionych na maksymalizację zysku, ale i samych ludzi, którzy żyją w pośpiechu i jedzą „byle co”. Przeciętny Amerykanin spędza przy stole łącznie zaledwie 70 minut dziennie – co trzeci ma poważną nadwagę. W Polsce na jedzenie poświęcamy już 90 minut, a otyli stanowią 12 proc. społeczeństwa. Natomiast w Japonii, gdzie na konsumowanie posiłków poświęca się dwie godziny w ciągu doby, otyli stanowią zaledwie 4 proc. ludności.

Kolejna negatywna konsekwencja niskich cen żywności to jej marnotrawienie. Według ekspertów prestiżowej londyńskiej Institution of Mechanical Engineers każdego roku na świecie powstaje ok. 4 mld ton jedzenia, z czego aż jedna trzecia, a może nawet połowa, jest wyrzucana lub niszczona zanim jeszcze trafi do konsumentów. Np. całkowicie przydatne do spożycia owoce w ogóle nie trafiają do handlu, bo nie mają „odpowiedniego” rozmiaru czy wyglądu. – „Dziś w zachodniej Europie rolnicy niszczą od 20 do 40 proc. warzyw i owoców, które są absolutnie zdatne do konsumpcji” – podkreśla Tristian Stuart ze stowarzyszenia „Feeding the 5000”. Organizacja stara się przekonać sieci handlowe, producentów żywności, ale i samych konsumentów do zmiany tych nieracjonalnych obyczajów.

Metody odbudowy w Yorkshire

Metody odbudowy w Yorkshire

Przedstawiciele „Solidarności” oraz angielskich związków zawodowych GMB spotkali się w Yorkshire, żeby omówić najlepsze praktyki służące budowie siły związku.

Wiodącymi tematami były: organizowanie pracowników oraz szkolenia podnoszące kwalifikacje liderów związkowych. Delegacja „Solidarności” poznała wiele ciekawych rozwiązań dotyczących kampanii organizowania pracowników, funkcjonowania organizacji zakładowych, związkowych inicjatyw społecznych czy programów edukacyjnych. Związek reprezentowali: Tadeusz Majchrowicz, zastępca przewodniczącego Komisji Krajowej, oraz szefowie działów rozwoju Związku, Kacper Stachowski i szkoleń, Janusz Zabiega.

– „W 1980 roku, kiedy rodziła się »S« nasi partnerzy z GMB mieli podobne problemy jak nasze obecnie, antypracowniczy rząd, zwalczanie związków zawodowych, bierna postawa części związkowców, a w efekcie spadek uzwiązkowienia. Wtedy koledzy z GMB przekonali się, że związek trzeba budować oddolnie. Władze najwyższego szczebla podjęły niezwykle trudne i bolesne decyzje, napotykali na duży opór swoich struktur, ale dziś po dwudziestu latach odnotowują sukces, gdyż nastąpił wzrost uzwiązkowienia o 20%” – wyjaśnia Tadeusz Majchrowicz.

GMB jest związkiem z ponad stuletnią tradycją, który po rządach Margaret Thatcher na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mocno stracił na uzwiązkowieniu. W ostatnich dwudziestu latach organizacja testowała wiele metod odbudowy swojej siły, niejednokrotnie przekonując się, że wiele inicjatyw w żaden sposób nie rozwija związku. Najskuteczniejszym rozwiązaniem okazuje się stałe inwestowanie w organizatorów związkowych, czyli osoby, które spotykając się z pracownikami wspierają ich przy organizowaniu się w związek zawodowy – aktualnie GMB zatrudnia ponad 200 organizatorów (na 600 pracujących tam osób). Do GMB należy obecnie ok. 610 tys. członków.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność”

Zobaczyć niewidzialnych

Zobaczyć niewidzialnych

Po raz pierwszy w Polsce odbył się spis osób bezdomnych. Jego wyniki mają posłużyć opracowaniu programu przeciwdziałania bezdomności i wsparcia osób dotkniętych tym problemem.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, Ogólnopolskie Badania Ilości Osób Bezdomnych przeprowadzili pracownicy ośrodków pomocy społecznej, policjanci, strażnicy miejscy i wolontariusze. Liczba bezdomnych w kraju nie była znana – nikt wcześniej nie podejmował zorganizowanej akcji mającej na celu ich policzenie. Tymczasem problem jest poważny, według niezweryfikowanych szacunków w całej Polsce może być ok. 40 tys. takich osób (to średniej wielkości miasto).

Spis prowadzono m.in. w ogrzewalniach, noclegowniach, zakładach karnych, pustostanach, domkach i altankach działkowych, szpitalach oraz hospicjach. Podczas badania pytano m.in. o wiek, płeć, wykształcenie i doświadczenie zawodowe osób bezdomnych. Wyniki ankiety mają pokazać rzeczywistą skalę bezdomności w poszczególnych regionach, a także odpowiedzieć na pytanie o jej przyczyny. Ankieterzy ustalili, że do najczęstszych powodów należą: rozpad rodziny, odrzucenie przez najbliższych, uzależnienie od alkoholu.

Jak wynika ze spisu, tylko na Podkarpaciu bezdomnych jest co najmniej 1,1 tys. Najwięcej osób bez adresu i zameldowania żyje w większych miastach regionu. W Rzeszowie spisujący dotarli do ok. dwustu bezdomnych, podobnie w Sanoku i Przemyślu. Wśród bezdomnych na Podkarpaciu mężczyźni stanowią zdecydowaną większość – 914 (kobiety – 147, dzieci – 14). Jednak jak podkreślają osoby zajmujące się tym problemem, faktyczna liczba osób bez dachu nad głową jest znacznie większa, bo mimo różnych form pomocy wielu bezdomnych pozostaje poza systemem opieki.

Wyniki spisu z poszczególnych regionów najpóźniej do 26 kwietnia mają trafić do organizatora akcji – Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Posłużą opracowaniu programu przeciwdziałania bezdomności i wsparcia osób nią dotkniętych. Kolejne badania będą przeprowadzane systematycznie co 2 lata.