Ze strachu o zdrowie

Ze strachu o zdrowie

Okoliczni mieszkańcy protestują przeciwko wydzierżawieniu augustowskiego szpitala. Obawiają się, że zmiana jego statusu prawnego negatywnie wpłynie na sytuację pacjentów.

Jak informuje Polskie Radio Białystok, szpital w Augustowie jest zadłużony na niemal 20 mln zł i co roku przynosi straty, za co zdaniem władz powiatu odpowiedzialny jest NFZ, który proponuje placówce coraz niższe kontrakty na usługi medyczne. Ponadto, szpital musi dostosować pomieszczenia i urządzenia do obowiązujących wymogów prawnych, na co potrzeba aż 15 mln zł. Takiej kwoty nie posiada ani powiat, ani sama placówka.

Powiat wyjaśnia, że nie ma także możliwości prawnych, aby dalej wspierać lecznicę, co wynika z negatywnej oceny wieloletniej prognozy finansowej, wystawionej przez Regionalną Izbę Obrachunkową. Stąd pomysł, aby skorzystać z tzw. dzierżawy operatorskiej: majątek szpitala pozostałby w rękach starostwa, a dzięki czynszowi dzierżawnemu placówka miałaby zyskać możliwość spłaty zadłużenia.

Rozwiązanie to budzi jednak obawy wielu mieszkańców i części radnych powiatowych, którzy sądzą, że będzie ono niekorzystne dla pacjentów. – „Zarząd dostanie możliwość prywatyzacji usług medycznych” – ostrzega Dariusz Szkiłądź z PiS. Dlatego radni tej partii przygotowali listy protestacyjne do zarządu powiatu i z pomocą wolontariuszy oraz parafii zbierają podpisy przeciwko „prywatyzacji szpitala”.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Dał nam przykład Mohamed Aziz

Dał nam przykład Mohamed Aziz

Madryt musi zmienić drakońskie prawo o hipotekach, przez które codziennie traci mieszkania ok. 150 osób. Europejski Trybunał Sprawiedliwości opowiedział się po stronie jednego z eksmitowanych, który złożył w tej sprawie skargę w Luksemburgu.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, bohaterem, dzięki któremu opór rządu Hiszpanii przed znowelizowaniem prawa z 1909 r. został wreszcie złamany, jest Mohamed Aziz, imigrant z Maroka. 52-letni mężczyzna ma żonę i troje dzieci, pracował jako spawacz. W 2007 r. wziął 138 tys. euro kredytu na kupno mieszkania. Dług spłacał sumiennie, dopóki cztery lata temu nie stracił posady. Wystarczyło, że zalegał z trzema ratami, a bank Caixa Tarragona zarządził eksmisję. W efekcie Aziz znalazł się na ulicy z długiem 40 tys. euro, bo jego mieszkanie straciło na wartości i zostało zlicytowane za 90 tys. Dziś mieszka w tymczasowym lokum, za które płaci 370 euro, a zasiłku ma zaledwie 426 euro. Wcześniej zaskarżył jednak umowę z bankiem jako niesprawiedliwą przy pomocy znajomego adwokata, który podjął się reprezentowania go za darmo. Prawnik skierował sprawę do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, a tam sędziowie przyznali rację poszkodowanemu: eksmisja była nielegalna.

Orzeczenie Trybunału jest niezwykle ważne dla setek tysięcy Hiszpanów. Nakazuje bowiem tamtejszym sądom wstrzymywać eksmisje zarządzane na podstawie prawa, które w wielu punktach jest niezgodne z przepisami unijnymi. Wśród zakwestionowanych artykułów znalazły się możliwość ściągania całego zadłużenia od razu w przypadku zalegania nawet z jedną ratą oraz nakładanie lichwiarskich procentów (do 30 proc.) za zwłokę w spłacie.

W ciągu czterech lat od wybuchu kryzysu dach nad głową straciło ponad 500 tys. Hiszpanów. Krajem wstrząsnęły w ostatnich miesiącach przypadki samobójstw wśród eksmitowanych. Hiszpańscy sędziowie sami wskazywali wcześniej, że obecne prawo jest nieludzkie (pisaliśmy o tym tutaj). Zaproponowali, by dłużnik mógł prosić o rozłożenie długu lub jego zawieszenie w przypadku, gdy nie ponosi winy za niewypłacalność, bo stracił pracę (bezrobocie wynosi aż 26 proc.) Z kolei ofiary eksmisji zebrały 1,5 mln podpisów pod projektem nowego prawa i złożyły go w parlamencie. Najważniejsze żądania to wstrzymanie wszystkich eksmisji oraz przyjęcie zasady, że oddanie mieszkania umarza cały dług. Argumentowano, że rzesza bezdomnych przekracza pół miliona i rośnie, podczas gdy banki mają do dyspozycji ponad 1,1 mln pustych mieszkań, których nikt nie kupuje. Rząd, który początkowo oponował, w końcu ustąpił i zadeklarował, że parlament pochyli się nad propozycją obywateli. Po orzeczeniu Trybunału premier oświadczył, że trzeba jak najszybciej zmienić ustawę o kredytach hipotecznych.

Głosowanie na Palikota szkodzi zdrowiu

Głosowanie na Palikota szkodzi zdrowiu

Ruch Palikota chce zniesienia obowiązku przeprowadzania okresowych badań lekarskich dla wszystkich pracowników. Zgodnie z proponowaną zmianą miałyby podlegać mu tylko wybrane zawody.

O kontrowersyjnym pomyśle pisaliśmy wcześniej tutaj; liberałowie najwyraźniej nie zamierzają się z niego wycofać. Jak przypomina Wyborcza.biz, obecnie każdy pracownik rozpoczynający pracę musi przejść badania lekarskie, a później są one okresowo powtarzane. Posłowie Ruchu Palikota postulują, by obowiązkiem badań objęci byli pracownicy tylko tych profesji, w przypadku których stan zdrowia zatrudnionych może ulec pogorszeniu w wyniku wykonywanych czynności lub zagrozić bezpieczeństwu innych osób, np. Konsumentów; listę takich zawodów miałby ustalić minister zdrowia w porozumieniu z ministrem pracy. Czemu, a właściwie komu miałaby służyć ta zmiana? Wyłącznie pracodawcom. Ruchowi Palikota zależy na obniżeniu kosztów ponoszonych przez tę grupę.

Projekt został negatywnie zaopiniowany przez Głównego Inspektora Pracy. Wskazał on m.in., że nawet praca biurowa może powodować pogorszenie stanu zdrowia pracownika. Krytycznie na temat proponowanej zmiany wypowiedział się także NSZZ „Solidarność”, zauważając m.in., że nowe rozwiązanie naruszałoby zasady bezpieczeństwa i higieny pracy. Ponadto – zwracają uwagę związkowcy – dla wielu osób okresowe badania lekarskie są jedyną okazją do sprawdzenia stanu zdrowia. Swoje obiekcje względem projektu zgłosił też prof. Jakub Stelina, kierownik Katedry Prawa Pracy Uniwersytetu Gdańskiego. – „Obecnie istnieje cała konstrukcja odpowiedzialności pracodawcy za pracownika. A tutaj, posługując się przenośnią, »wyjmujemy jeden klocek« z tej konstrukcji. Taka zmiana powodowałaby, że to pracownik byłby w pełni odpowiedzialny za swój stan zdrowia i ewentualne negatywne skutki pewnych zdarzeń zdrowotnych. Dlatego mam poważne wątpliwości co do sensowności proponowanej zmiany” – powiedział ekspert.

Kolejny kaganiec

Kolejny kaganiec

Przy okazji pracy nad prawnymi ramami eksploatacji gazu łupkowego rząd chce zablokować udział społeczeństwa obywatelskiego w postępowaniach dotyczących ochrony środowiska.

O sprawie informuje Koalicja Klimatyczna, największe w Polsce porozumienie organizacji ekologicznych. Chodzi o projekt nowelizacji ustawy Prawo geologiczne i górnicze oraz niektórych innych ustaw, według którego w postępowaniach dotyczących ochrony środowiska na prawach strony miałyby możliwość uczestniczyć tylko te organizacje społeczne, które prowadziły działalność statutową w zakresie ochrony środowiska lub ochrony przyrody przez minimum 12 miesięcy przed dniem wszczęcia danego postępowania (ma to jakoby chronić przed „pieniactwem” i wymuszaniem tzw. ekoharaczy). Zapis ten uniemożliwi skuteczne działanie nowym grupom obywatelskim, powstającym w reakcji na planowane bądź już prowadzone inwestycje. – „Lokalne społeczności, tworzące organizacje pozarządowe, nie mogą być eliminowane z udziału w decyzjach dotyczących środowiska, w którym żyją. Wprowadzenie przepisu najdotkliwiej odczują młode organizacje, powstające często w związku z planami uciążliwych przedsięwzięć. To nic złego, że ludzie spontanicznie organizują się w sprawach dla nich ważnych. Obrona przed społeczną kontrolą oraz podejmowanie decyzji dotyczących jakości życia obywateli bez ich udziału jest niedemokratyczne i nie ma nic wspólnego z przejrzystością urzędowych działań” – uważa dr Marta Majka Wiśniewska z Polskiej Zielonej Sieci.

Prawnicy Koalicji ostrzegają, że w praktyce wymagany czas działania organizacji, umożliwiający dopuszczenie jej do postępowania na prawach strony, może być znacznie dłuższy niż 12 miesięcy. Przykładowo, jeśli organizacja ekologiczna została utworzona w lutym 2010 r., zaś postępowanie w pierwszej instancji zostało wszczęte w styczniu 2011 r., a postępowanie odwoławcze w lutym 2013 r., to organizacja ta nie będzie mogła wziąć w nim udziału również na etapie drugiej instancji – nie prowadziła bowiem działalności przez co najmniej rok przed wszczęciem postępowania administracyjnego. Może się okazać, że w niektórych przypadkach wymagany czas prowadzenia określonej działalności statutowej wydłuży się aż do kilkunastu lat wstecz!

Niepokojąca jest również inna projektowana zmiana – organ administracji publicznej uzyska prawo do weryfikacji prowadzonej działalności statutowej, co może otwierać drogę do nadużyć w interpretacji, np. urzędnik może uznać, że organizacja protestująca przeciwko planowanej wycince drzew nie może brać udziału w postępowaniu, jeśli sama nie prowadzi nowych nasadzeń.

Pełne stanowisko Koalicji Klimatycznej znajduje się tutaj.