System pod psem

Wiosna 2013 |

Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.

Artykuł 1. ustawy o ochronie zwierząt
z dnia 21 sierpnia 1997 r.

Jesienią 2011 roku ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli zawierający ustalenia po kontroli w schroniskach dla zwierząt. Jego wnioski nie są pokrzepiające. Także dla zwolenników tezy, że „prywatne jest lepsze”. Jak się okazuje, nasi „bracia mniejsi” najczęściej padają ofiarą złego traktowania właśnie w prywatnych schroniskach. Nie bez winy są również samorządy. Ale zły los zwierząt wiele mówi również o kondycji społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i o tym, dlaczego naprawdę podejmowane są inicjatywy, które w teorii powinny służyć szlachetnym celom.

Przypomnijmy główne nieprawidłowości, na które zwróciła uwagę NIK w swoim raporcie (dostępnym pod tym adresem). Wynika z niego, że ponad połowa kontrolowanych schronisk dla psów i kotów jest przepełniona. W części z nich zwierzęta są od razu uśmiercane. Chociaż ich liczba w schroniskach rośnie, program zapobiegania bezdomności czworonogów realizuje tylko co trzecia gmina. Ponadto gminy znacznie ograniczają swoje obowiązki nadzorcze wobec podmiotów prowadzących schroniska – kontrolowane są co najwyżej instytucje samorządowe tego typu. W placówkach prywatnych, do których również trafiają pieniądze podatników na mocy umów, jakie zawierają z nimi poszczególne gminy, żaden nadzór zazwyczaj nie istnieje. Osobna kwestia to warunki bytowe i sanitarne w takich przybytkach – nierzadko są to zwykłe umieralnie.

Równie niepokojące są dane bardziej szczegółowe. W gminach skontrolowanych przez NIK stwierdzono następujące nieprawidłowości: a) w 12% jednostek nie przyjęto uregulowań organizacyjnych i prawnych dotyczących wyłapywania bezdomnych zwierząt oraz rozstrzygania o dalszym postępowaniu z nimi; b) w 44% gmin nie określono wymagań, jakie powinien spełniać przedsiębiorca prowadzący schronisko lub inną działalność w zakresie ochrony bezdomnych zwierząt, c) 32% gmin zlecało odławianie bezdomnych zwierząt podmiotom nie posiadającym zezwoleń na taką działalność; d) 24% gmin nie wykonywało albo niewłaściwe wykonywało kontrole usług wyłapywania zwierząt. Natomiast nieprawidłowości stwierdzone w schroniskach polegały głównie na: a) przepełnieniu – odnotowanym w 55% placówek; b) niespełnieniu przez 24% placówek części wymagań weterynaryjnych dotyczących pomieszczeń i wybiegów dla zwierząt oraz stanu technicznego użytkowanych obiektów; c) nierzetelnym i niezgodnym z obowiązującymi przepisami prowadzeniu w 33% schronisk ewidencji i kartotek przebywających tam zwierząt.

Od czasu opublikowania raportu NIK nie wszystko zmieniło się na lepsze. – Schroniska są prowadzone przez prywatne podmioty, które zarabiają na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. To działalność komercyjna. A żeby zarabiać, niekoniecznie trzeba się zwierzętami opiekować – eufemistycznie komentuje sprawę Agnieszka Pawlicka z Fundacji Rottka. Organizacja, którą założyła moja rozmówczyni, zajmuje się przede wszystkim ratowaniem starych i chorych bezdomnych psów, interwencjami i sprawdzaniem warunków, w jakich zwierzęta przebywają. Ponadto ludzie z Rottki kontrolują, jak przeprowadzane i wykonywane są umowy z gminami, a także czy osoby, które wyłapują zwierzęta i zawożą je do schronisk, posiadają na to stosowne zezwolenia. Zdaniem Pawlickiej dla gmin głównie liczą się dwie kwestie: żeby było tanio i żeby pozbyć się psa/kota.

Jak dokładnie wygląda ten proceder? – Pan lub pani X zakłada spółkę i chce zarabiać na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. W związku z tym będą oszczędzali na wydatkach, czyli ograniczali koszty bud, ich ocieplenia, jedzenia dla zwierząt, wybiegów, leczenia, sterylizacji. A ponieważ gminie zależy na tym, aby było jak najtaniej, to osoba, która prowadzi schronisko, musi dać niską cenę. Takie schroniska to teren prywatny – organizacje, które chcą sprawdzić warunki w nich, bardzo często nie są wpuszczane – wyjaśnia pani Agnieszka. Nierzadko gmina płaci jednorazową stawkę wedle metody: w określonym dniu dany pies został złapany przez hycla w zamian za ustaloną kwotę. Tu zwykle kończy się jakakolwiek kontrola ze strony instytucji samorządowych. Później nikt się nie interesuje losem psa, więc można go zagłodzić, uśmiercić. Często zdarza się też tak, że zwierzę złapane w jednej gminie jest wypuszczane w innej i łapane kolejny raz. I następna gmina za to płaci. Tak robi się złoty interes na bezdomnych, schorowanych, nieszczęśliwych istotach.

A jaka w tej sytuacji jest rzeczywistość wielu schronisk? – Porównując standardy placówki, w której pracuję, z innymi schroniskami, widzę skalę problemu. Słabo wyposażone gabinety weterynaryjne, brak indywidualizacji opieki nad zwierzęciem, instrumentalne traktowanie, brak całodobowego nadzoru nad zwierzętami oraz brud – to grzechy większości tego typu instytucji – mówi Joanna Lamparska, pracownica schroniska „Hotel dla zwierząt”, która zajmuje się adopcjami podopiecznych placówki, a prywatnie pomaga seterom i innym potrzebującym psom. – Problem stanowi też brak gminnych, małych schronisk. Przecież dokładniej zajmiemy się dwudziestoma psami niż tysiącem. Ponadto nie tylko jakość schronisk, ale i działań organizacji prozwierzęcych zależy również od ich ukierunkowania: czy faktycznie nastawione są na pomoc, czy fundusze idą na bezdomne zwierzęta… czy też zwierzęta są z nich okradane – stwierdza. Podobnego zdania jest Karolina Gadalska z warszawskiej Fundacji Mikropsy: Pieniądze to nie wszystko – nie każda fundacja potrafi dobrze i efektywnie nimi zarządzać. Znam przykłady, gdzie pomoc, jaką otrzymały zwierzęta, była niewspółmiernie mała pomimo wysokich nakładów finansowych.

Jak wygląda los zwierząt w schroniskach źle zarządzanych z premedytacją lub ze względu na ludzką nieudolność i niefrasobliwość? Magdalena Kordas, również działająca w Fundacji Mikropsy, opowiada: Zamiast dwóch psów jest w kojcu przetrzymywanych sześć. Powoduje to, że słabsze osobniki są eliminowane. Psy nie są wyprowadzane na spacery, walczą o jedzenie czy wodę. Często w kojcu jest za mało bud, więc słabsze osobniki śpią na betonie, co przy jesienno-zimowych temperaturach w Polsce powoduje, że chorują. Wiele także pozostawia do życzenia czystość w boksach. A pies przecież nie poskarży się, że ma brudno. Boksy budowane są często bez pomyślunku. Brak odpływów, budowanie na równym terenie – podczas deszczu zwierzaki stoją po brzuchy w wodzie, brodząc we własnych odchodach. To również powoduje choroby, przede wszystkim przeziębienie czy choroby skóry.

Istotnym problemem jest chaos organizacyjny, na który nakładają się „prywatyzacja” schronisk, organizacyjny bałagan w skali mikro i makro oraz urzędniczy „tumiwisizm”. Świetnie to widać na przykładzie chipowania zwierząt. Niewiele gmin to robi, do tego w bazach danych panuje znaczny galimatias. – Bywa tak, że jeżeli psy są w stadzie, w którym jest na przykład dwadzieścia sztuk, to nawet jeżeli urzędnik przyjdzie sprawdzić zwierzę, to pracownicy nie są w stanie złapać właściwego psa i sprawdzić chipa, bo psy się gryzą między sobą, nie chcą podejść. Często jest też tak, że w schronisku jest pies, który ma trzy chipy, a baza danych obejmuje tylko dane schronisko, nie jest częścią żadnego ogólnopolskiego systemu. Ponadto chipy pod skórą się przemieszczają. Kiedy pies trafia do schroniska, to sprawdza się na karku, gdzie najczęściej się chipy zakłada, a urządzenie jest już często głębiej w ciele. I wówczas jest w ogóle nie do odczytania. Część schronisk nie ma czytników, również straż gminna ich nie posiada – tłumaczy Agnieszka Pawlicka.

Jej zdaniem działalność komercyjna nie sprawdza się w tej dziedzinie, ponieważ właśnie chęć łatwego zysku prowadzi do licznych nadużyć i patologii w obrębie systemu. Z jednej strony marnotrawione są publiczne pieniądze, gdyż przy dzisiejszym stanie rzeczy żadne problemy nie są właściwie rozwiązywane. Z drugiej natomiast samorządy mają kłopoty finansowe: jeśli brak pieniędzy na dożywianie dzieci w szkołach, to kto będzie przejmował się niskimi nakładami gmin na zapobieganie bezdomności zwierząt? Obecna sytuacja sprzyja cichej zmowie milczenia między instytucjami samorządowymi, które wydają pieniądze podatnika, a „psimi przedsiębiorcami”. Urzędnicy mogą udawać, że nie wiedzą nic o fatalnych warunkach w schroniskach, a prywatni właściciele schronisk nie muszą obawiać się nadzoru i kar – nawet jeśli umieralność zwierząt wynika z zaniżania kosztów utrzymania schronisk, to i tak rzadko kogo zainteresuje ten fakt.

Magdalena Kordas opisuje ów proceder tak: Każda gmina ustala coroczny budżet na psy. W budżecie powinny być uwzględnione opieka weterynaryjna, obowiązkowe kastracje zwierząt, szczepienia i utrzymanie. Z całego budżetu przeznaczonego na psy najwięcej zarabia hycel, który za odłowienie psa otrzymuje, w zależności od gminy, od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych. To on zgarnia największą pulę. Po opłaceniu prądu, czynszu za pomieszczenia biurowe i socjalne, pensji pracowników i kierownika zostaje „coś” na psy. Często kwota jest niewystarczająca, aby podjąć leczenie, i pies zostaje uśpiony. Ale jest w tym wszystkim również coś więcej, co dobrze znamy z polskich realiów: Właściciel schroniska dobrze zna się z weterynarzem powiatowym, który de facto nigdy nie widzi tego, co widzą przedstawiciele fundacji czy wolontariusze. Burmistrz czy wójt to dobry kumpel z czasów szkolnych lub innych znajomości, a lekarz weterynarii praktykuje swoją wiedzę na koniach i krowach, nie znając się np. na oczach psów czy kotów. I tak biznes się kręci.

Nieco inną perspektywę ma Jagoda Kosmala, prezes Głogowskiego Stowarzyszenia Pomocy Zwierzętom AMICUS: Znamy gminy, które oprócz tego, co zgodnie z ustawą muszą robić, czyli zapewnienia psom miejsca w schronisku, pomagają dodatkowo szukać dla nich nowych domów. Po nowelizacji ustawy, odkąd ten nacisk na zapewnienie zwierzętom miejsca w schronisku jest większy, można zauważyć, że bardzo wiele gmin zaczyna nagle szukać schroniska, z którym mogłoby podpisać umowę. Niestety największą bolączką jest fakt, że w Polsce nie ma takiej ilości schronisk, która mogłaby pomieścić psy ze wszystkich gmin. Z kolei pani Lamparska uważa, że zaletą obecnego ustawodawstwa są wyższe kary za znęcanie się nad zwierzętami i zakaz handlu psami na targowiskach. – Uważam również za istotne wymuszenie na gminach opracowania programu opieki, choć znam gminy, które go nie mają, i nie bardzo ma je kto upomnieć – opowiada.

Jedną z ważniejszych spraw, którą akcentują osoby zajmujące się pomocą dla zwierząt, jest kwestia sterylizacji i kastracji. Zdaniem Karoliny Gadalskiej to jedyna skuteczna metoda ograniczania populacji bezdomnych zwierząt. Służy przy tym znacznemu zmniejszeniu ryzyka występowania szeregu chorób u psów, takich jak ropomacicze, rak sutka, rak jąder i prostaty, hormonozależne choroby skóry. – Oprócz uwrażliwiania ludzi niezbędne jest też nałożenie na schroniska obowiązku bezzwłocznego (po kwarantannie) przeprowadzenia zabiegu sterylizacji/kastracji u wszystkich nowo przybyłych zwierząt – twierdzi Gadalska. Ustawa o ochronie praw zwierząt zawiera odpowiedni zapis: Rada gminy wypełniając obowiązek, o którym mowa w art. 11. ust. 1., określa, w drodze uchwały, corocznie do dnia 31 marca, program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt. 2. Program, o którym mowa w ust. 1., obejmuje obligatoryjną sterylizację albo kastrację zwierząt w schroniskach dla zwierząt (Ustawa o ochronie praw zwierząt, rozdział 2. art. 11a. ust. 2. punkt 4.). Jednak niewiele schronisk stosuje się do niego i sterylizuje/kastruje swoich podopiecznych, a w niektórych schroniskach psy są rozmnażane. – Obowiązek sterylizacji i kastracji powinien też dotyczyć wszystkich organizacji działających na rzecz bezdomnych zwierząt, ponieważ nie wszystkie uważają sterylizację za priorytet, a nie pilnując tego, przyczyniają się do zwiększenia bezdomności – dodaje Gadalska.

Jedną z kolejnych polskich bolączek jest bezradność prawa i instytucji wobec prywatnych, niekontrolowanych „rozmnażalni psów”, które ustawa pozwala rejestrować jako stowarzyszenia. Joanna Lamparska stwierdza: Ogromnym mankamentem ustawy o ochronie praw zwierząt jest przyzwolenie na rozmnażanie zwierząt w zarejestrowanych hodowlach. Powstało wiele stowarzyszeń pseudo-hodowli wystawiających swoim kundelkom (w typie rasy) własne rodowody i sprzedających kundelkowe mioty w wygórowanych cenach. Ceny tych psów skoczyły z 200 do nawet 1000 zł. Wiele z tych nowo narodzonych istnień jest okupionych męczarnią swoich matek. Suki rodzą co cieczkę, a warunki przetrzymywania zwierząt zostawiają wiele do życzenia lub wręcz są tragiczne. Na inne problemy z tego typu podmiotami wskazuje Jagoda Kosmala: Kupujemy psa z takiej hodowli, która działa niestety zgodnie z prawem, a później okazuje się, że pies pod względem wyglądu oraz charakteru różni się od znanego nam wzorca ustalonego przez Międzynarodową Federację Kynologiczną. W organizacjach powstałych tylko po to, żeby ominąć ustawę, nie patrzy się na charakter psa – często rozmnażane są osobniki agresywne, co później może prowadzić do tragedii.

Poza tym rzadko kiedy i rzadko kto jest karany za znęcanie się nad zwierzętami. W większości przypadków sprawy są umarzane, prawie nigdy nie udaje się doprowadzić do skazania osób winnych okrucieństwa wobec czworonogów. Prokuratura i policja starają się jak najmniej energii poświęcać tego typu kwestiom. Sądy traktują „zwierzęce sprawy” ze znaczną pobłażliwością.Ostatnio zdarzył się przypadek: właściciel miał psa chorego na nowotwór i wyrzucił go. W uzasadnieniu umorzenia podano, że to nie właściciel spowodował chorobę, że nie miał środków na leczenie i że nie wiedział, co robić – opowiada Pawlicka.

Podobnie jest ze stróżami prawa. Pani Gadalska opowiada: Polskie prawo jest mało restrykcyjne, ale w podstawowym wymiarze zabezpiecza interesy zwierząt. Niestety o wiele gorzej wygląda kwestia jego znajomości i egzekwowania. Dopiero niedawno pojawił się precedens, gdy sprawcy bestialskiego zabójstwa psa zostali skazani na karę więzienia. Takie wyroki powinny być standardem, bo ustawa o ochronie zwierząt daje takie możliwości. Niestety sądy wykazują się dużą pobłażliwością w stosunku do sprawców takich przestępstw. Innym przykładem nieegzekwowania i nieznajomości prawa jest postawa policjantów, którzy wzywani do incydentu zazwyczaj nie podejmują działań, do których są zobligowani ustawą. Często zachowują bierną postawę, która jest cichym przyzwoleniem dla właściciela psa na dalsze bestialskie zachowanie. Policja nie chce się angażować w sprawy związane z ochroną praw zwierząt, niejednokrotnie wykazując się brakiem znajomości ustawy. A to właśnie oni powinni być pierwszą linią obrony w sytuacjach zagrożenia życia lub zdrowia zwierzęcia.

Inny problem to znieczulica społeczna i brak odpowiedniej edukacji, które przekładają się także na przestrzeganie i interpretację prawa. To właśnie „przeciętni obywatele” nie reagują na złe zachowania wobec czworonogów.Wiele osób traktuje zwierzęta jak rzeczy, niespecjalnie posiadające jakiekolwiek prawa. Nawet jeśli ktoś widzi złe traktowanie na przykład psa, to nie chce tego zgłosić – dla świętego spokoju, bo nie chce być świadkiem w sądzie – mówi Pawlicka. Karolina Gadalska dodaje: Z pokolenia na pokolenie przekazywane są stereotypy umiejscawiające zwierzęta jedynie nieco wyżej od rzeczy materialnych. Nawet sama ustawa nie prostuje tych zabobonnych przekonań, nadal zawierając taki oto zapis: „W sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy” (Ustawa o ochronie zwierząt, rozdział 1. art 1. pkt 2.). Gdyby w mediach mówiło się więcej na ten temat, być może pomogłoby to w uświadomieniu naszego społeczeństwa. Telewizja i prasa mają bowiem nieocenioną siłę nośną. Jednak pojawiają się też głosy, że paradoksalnie sytuacja, w której media informują o wyrokach skazujących w sprawach, gdzie dochodzi do szczególnego okrucieństwa wobec zwierząt, sprawia, iż opinia publiczna jest przekonana, że to norma, a nie rzadki wyjątek.

Przy wszystkich mankamentach polskich realiów często dobre imię nas – ludzi – ratują organizacje obywatelskie. Jedną z nich jest Fundacja Mikropsy. Działa dzięki siatce domów tymczasowych dla psów. Zwierzęta trafią do „rodzin zastępczych” i tam są leczone, socjalizowane, poddawane zabiegom sterylizacji i kastracji. Pies uczony jest także podstawowych zasad życia domowego: utrzymywania czystości, chodzenia na smyczy, obcowania z nieznajomymi ludźmi oraz z innymi zwierzętami. – Wolontariusze z całej Polski przesyłają nam zdjęcia oraz opisy psiaków bytujących w schroniskach, porzuconych przy drogach czy w lasach. Otrzymujemy także zgłoszenia dotyczące psów maltretowanych, zaniedbywanych, głodzonych przez właścicieli lub takich, które służą właścicielom jako źródło utrzymania i są maszynkami do rodzenia szczeniąt sprzedawanych później za kilkaset złotych. Mamy więc pod swoją opieką również psy odbierane interwencyjnie z koszmarnych warunków – opowiada Gadalska.

Podopieczni fundacji dostają własne imiona i numer. Zwierzak ma także portfolio, album ze zdjęciami, powstaje zgodny ze stanem faktycznym opis jego potrzeb, zalet i problemów. – Wtedy zaczynamy ogłaszać psy na portalach internetowych. Ludzi, którzy zgłaszają się do nas w sprawie adopcji, weryfikujemy na podstawie ankiet i wizyt przedadopcyjnych. Finałem jest chwila, gdy przywozimy psinę do nowego domu i podpisujemy w nim umowę adopcyjną, jasno określającą prawa i obowiązki przyszłego opiekuna. Z nowymi właścicielami naszych podopiecznych zostajemy w stałym kontakcie, telefonicznym, mailowym, a od czasu do czasu również osobistym – opisuje procedurę działaczka z Fundacji Mikropsy.

W powszechnej opinii zwierzęta, w tym psy, najgorzej traktowane są na wsi. Ta kwestia pojawiła się także w wypowiedziach polityków. Poseł Eugeniusz Kłopotek z PSLPSL stwierdził kiedyś: „Taka polska tradycja, żeby był pies uwiązany”. Polska wieś kojarzy się zatem z psem trzymanym na krótkim łańcuchu, z boleśnie wżynającą się w szyję obrożą, z ciasną klatką i brudem. Jednak Pawlicka stwierdza: Skąd się biorą psy wyrzucane w las przed wakacjami? Nie z polskiej wsi. Chłop nie pojedzie wyrzucić psa, on go zabije siekierką, utopi, ale nie będzie go wkładać do samochodu, żeby pojechać 40 czy 50 km, wywieźć do lasu. Większość wyrzuconych psów to zwierzęta, które mieszkały w miejskich aglomeracjach, z pewnością 90–95% z nich. Ale Joanna Lamparska podkreśla, że także sytuacja zwierząt na wsi wciąż pozostawia wiele do życzenia: Na wsiach ciągle spotykamy psy przykute do łańcucha, które nie mają odpowiednich warunków do życia, często są to zwierzęta zaniedbane (skołtunione, wychudzone, nieleczone). Jeśli chodzi o znajomość praw zwierząt, to uważam, że w miastach jest ona wyższa. W pewien sposób wymuszają to na nas otoczenie, sąsiedzi, administracja. Karolina Gadalska uważa, że sytuacja zwierząt w mieście jest lepsza: W dużych miastach zwierzęta spełniają najczęściej rolę towarzyszy, ich właściciele mają większy dostęp do opieki weterynaryjnej oraz sklepów z akcesoriami dla zwierząt. Na wsi pokutuje pogląd, że zwierzę powinno spełniać funkcję użyteczną, dlatego też lepiej traktowane są zwierzęta hodowlane, a gorzej psy, których jedyną funkcją jest stróżowanie. Ponieważ niska jest również świadomość społeczna dotycząca sterylizacji i kastracji zwierząt, ich niekontrolowany rozród powoduje, że zamiast leczyć czy dobrze karmić swojego psa, właściciel woli w miejsce chorego zwierzęcia wziąć nowe, zdrowe.

Co mogłoby pomóc? Zdaniem osób pracujących na rzecz zwierząt potrzeba nie tylko środków z budżetu państwa. Również samorządy mogłyby prowadzić międzygminne schroniska. Gdyby kilka gmin wspólnie znalazło teren, wybudowało schronisko i je kontrolowało, to łatwiej byłoby o sfinansowanie inwestycji i zadbanie o prowadzenie jej zgodnie z prawem i zasadami humanitarnymi. Jednak urzędnicy nawet nie podejmują takich prób. Natomiast Jagoda Kosmala uważa, że Schroniska powinny być prowadzone przez organizacje społeczne, których statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, a nie przez osoby prywatne. Na pewno poprawiłoby to los wielu zwierząt. Na jeszcze inną kwestię zwraca uwagę Anna Gorajska, wolontariuszka zajmująca się przede wszystkim bezdomnymi kotami, pracująca dla jednej z łódzkich fundacji prozwierzących: W Polsce każdy może pracować w schronisku, więc często są to ludzie, którzy nie są w stanie znaleźć innej pracy, niekoniecznie nawet lubiący zwierzęta. A przykładowo w Niemczech działają trzyletnie szkoły kształcące przyszłych pracowników takich podmiotów: to zawód jak każdy inny, trzeba się do niego porządnie przygotować.

Czy prawo aktualnie obowiązujące w Polsce w znaczącym stopniu przyczynia się do efektywnych zmian na lepsze? Zdaniem Agnieszki Pawlickiej obecne rozwiązania mają w dużej mierze charakter fasadowy. – Panują różne opinie na temat prawa w Niemczech czy w Danii. Tam zwierzęta są usypiane po sześciu miesiącach, jeśli nie znajdzie się dla nich dom – może to budzić wiele wątpliwości. Ale czy lepiej przez dziesięć lat trzymać je w schronisku na łańcuchu i karmić co trzeci dzień? W tej chwili w Polsce jedno, z czym na pewno mamy do czynienia, to – chcę mocno te słowa podkreślić – ogrom bezdomnych zwierząt. A prawo w obecnej formie przede wszystkim sprzyja temu, by zarabiać na bezdomnych zwierzętach.

Jako pozytywy polskiego prawa Karolina Gadalska wskazuje np. wprowadzenie w nowelizacji zapisu o zakazie handlu zwierzętami domowymi oraz hodowania ich w celach handlowych, ograniczenie więzienia psów przy budach na krótkich łańcuchach (w tej chwili długość uwięzi to co najmniej 3 metry) czy w kojcach (mogą bytować w ten sposób do 12 h na dobę). Dodaje ona jednak, że wprowadzenie tych zmian to dopiero początek, bo w tej chwili mamy do czynienia z martwym prawem. Obecne przepisy umożliwiają także interweniowanie w trudnych sprawach. – Upoważniony członek organizacji, której statutowym celem jest ochrona zwierząt, może w sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu zwierzęcia podjąć decyzję o odbiorze go właścicielowi – niestety często inne instytucje nie chcą się w to mieszać i wolą udawać, że nic się nie dzieje – mówi Jagoda Kosmala.

Karolina Gadalska opowiada, że w ramach działalności w jej fundacji największy nacisk kładzie się na edukację dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Chodzi bowiem nie tylko o to, aby przeciwdziałać skutkom obecnej sytuacji, ale także im zapobiegać: Uwrażliwiamy najmłodszych na potrzeby psów, uczymy, jak zajmować się pupilami, opowiadamy o radości, jaką można czerpać z kontaktu z psem, zaznaczając jednocześnie, jak duży jest to obowiązek. Ważnym tematem jest dla nas również zachowanie bezpieczeństwa w kontaktach z czworonogami. Żeby zajęcia były dla dzieci ciekawe i zakorzeniały w ich świadomości jak najwięcej istotnych dla nas rzeczy, w prelekcjach towarzyszą nam specjalnie do tego celu przygotowane, zrównoważone, zdrowe, łagodne psy (wszystkie adoptowane ze schronisk). Mam nadzieję, że dzięki edukacji uda nam się coś zmienić i stworzyć bardziej świadome przyszłe pokolenie. Jagoda Kosmala uważa, że bardzo często nieodpowiednie podejście do zwierząt nie wynika ze złej woli, lecz po prostu z niewiedzy – zwykle poważna, dobrze uargumentowana rozmowa wystarczy, aby właściciel zmienił podejście do swoich czworonogów.

Joanna Lamparska akcentuje wyzwania właśnie z tej dziedziny: Wciąż brakuje odpowiedniej edukacji, wychowania już w najmłodszych latach w poszanowaniu naszych braci mniejszych, brakuje nauki wrażliwości oraz uświadamiania w kwestii tego, że zwierzęta mają swoje prawa i że ich łamanie jest przestępstwem. Ilość zwierząt porzuconych i nigdy przez nikogo nie szukanych, ilość drastycznych przypadków okrucieństwa i znęcania się nad nimi rysuje bardzo ponury obraz ludzkich postaw i naszej kultury.

Autor chciałby podziękować za pomoc przy pisaniu tekstu Marii Apoleice, Ilonie Darmach, Marii Szpunar.

Karolina Gadalska w trakcie przygotowywania tekstu kończyła współpracę z Fundacją Mikropsy.


Poniżej prezentujemy list naszej Czytelniczki, nadesłany po lekturze tekstu Krzysztofa Wołodźki o sytuacji bezdomnych zwierząt:

Dla zwierząt?

Moja trzecia w tym roku próba uaktywnienia się w walce o prawa zwierząt w organizacjach warszawskich. Strona internetowa zachęca do zgłoszenia się na wolontariat. Instrukcja mówi jasno żeby wypełnić formularz i dostarczyć do biura. Jadę na Wolę pełna nadziei i zapału. Wcześniej dzwonię na numer podany na stronie, ale nikt nie odbiera. Znajduję siedzibę organizacji z wielkim plakatem przed wejściem. Niechętnie otwiera mężczyzna, którego imienia nigdy nie poznałam.
– Dzień dobry, chciałabym do Was dołączyć. Na stronie jest napisane, że można się zgłosić więc się zgłaszam. Mam wypełniony formularz. Stoję przed drzwiami siedziby organizacji, obok tablicy dumnie wymieniającej sponsorów. Pan X patrzy na mnie jak bym się urwała z choinki i w końcu słyszę:
– Chodzi o wolontariat? Proszę przyjść jutro.
– Ale jechałam przez całe miasto żeby tu przyjechać.
– No dobrze, proszę.
– Pewnie Pan jest zajęty? – Pytam z nadzieją, że dzieje się tam coś ważnego i dlatego nie może mi poświęcić chwili.
Siedzimy na korytarzu. Zamknięta postawa, skrzyżowane ręce, skrzyżowane nogi. Ogląda moje zgłoszenie.
– To jak Pani zamierza pomagać, skoro Pani musi jechać przez całe miasto?
– Chodzi mi o to, że poświęciłam dziś swój czas, wyrwałam się z pracy.
– To Pani pracuje? – Wyrzut w głosie. Jakby praca przekreślała moje i tak już raczej marne szanse stania się wolontariuszką tej Organizacji Pożytku Publicznego.
– No skoro to ma być wolontariat to chyba muszę z czegoś żyć.
Brak komentarza. Chyba dałam znać, że jestem chętna opłacać składki.
– Proszę, zapraszam.
Wchodzę do biura gdzie drugi mężczyzna siedzi przy komputerze i chodzą dookoła dwa psy.
– Proszę się nie bać. – Słyszę i odpowiadam:
– Ale ja się nie boję.
– To źle, że się Pani nie boi, to są zwierzęta.
Pan X prosi mnie o złożenie podpisu pod formularzem.
– I już, o nic mnie Pan nie zapyta? – Pytam już wyzuta ze złudzeń o dobrej woli tej organizacji. Patrzę na przypiętą do ubrania plakietkę z nazwą organizacji i wyraźnym ‘Przekaż 1%’.
– Za chwilę, zapomniała się Pani podpisać.
– A, przepraszam. – Podpisuję się, po czym rzeczywiście pada pytanie:
– Ma Pani kopię dowodu osobistego?
– A czy to konieczne? – Pytam. Pada wymijająca, niejasna odpowiedź.
– Chyba już i tak podałam za dużo informacji o sobie.
Pan X oddaje mi dokumenty i słyszę:
– Proszę opuścić biuro. – Wskazuje mi drzwi całą długością swojego ramienia.
– Wie Pan co, przychodzę z dobrego serca a Pan mnie traktuje jak wroga.
– Proszę opuścić biuro. Patrzę na Pana Y, który siedzi przed komputerem, ale odpowiedzią jest brak reakcji.
– Co ja takiego zrobiłam? – Pytam.
– Nic Pani nie zrobiła. Proszę wyjść. – Atmosfera staje się coraz bardziej gęsta.
– Dobrze, Jezu, do widzenia. – Zamykam za sobą drzwi. W drodze powrotnej próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: Co ja takiego zrobiłam, że zostałam wyrzucona? To, że przyszłam z ulicy żeby zgłosić się do pomocy? Dla kogo piękna strona internetowa, a zwłaszcza część, która zachęca do wstąpienia w szeregi mundurowych walczących o prawa zwierząt? O co tak naprawdę walczy ta organizacja?

Cały czas wierzę, że są ludzie, którym los zwierząt też nie jest obojętny. I bardzo chciałabym mieć takie przekonanie, że 1% podatku, który oddajemy, rzeczywiście będzie wykorzystane dla ochrony zwierząt, biednych i chorych a nie własnych interesów zarządu organizacji.

(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)


Krzysztof Wołodźko

(ur. 1977) – zastępca redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, dziennikarz i publicysta, członek krakowskiej Spółdzielni „Ogniwo”, ekspert Narodowego Centrum Kultury w Zespole ds. Polityki Lokalnej, felietonista „Gazety Polskiej Codziennie”, felietonista radiowy Polskiego Radia 24. Pisze lub pisał m.in. do „Znaku”, „Ha!artu”, „Frondy Lux”, portalu internetowego TV Republika, „W Sieci”, „Nowej Konfederacji”, „Rzeczpospolitej”, „Pressji”, „Kontaktu”.

Autorką fotografii Krzysztofa jest Katarzyna Derda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>