Bo miejsce ma znaczenie

Bo miejsce ma znaczenie

Pracownicy i sympatycy byłego malborskiego przedsiębiorstwa Malma protestują przeciwko prawdopodobnej reaktywacji marki na południu Polski, ze szkodą dla lokalnych miejsc pracy oraz tradycji. Oburzenie wywołały także plany przeniesienia produkcji keczupu z Włocławka.

NSZZ „Solidarność” Regionu Gdańskiego informuje o niedawnej pikiecie przed siedzibą Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ. Była ona protestem przeciwko decyzji syndyka i sędziego komisarza z kwietnia br. blokującej (na wniosek głównego wierzyciela firmy – banku Pekao SA) możliwość wznowienia produkcji słynnych makaronów. 3 kwietnia br. sąd wydał prawomocną zgodę na sprzedaż majątku znajdującej się w upadłości firmy spółce założonej przez jej byłych pracowników, FMT Group. Niespodziewanie 22 kwietnia wydał jednak również postanowienie uzupełniające, wzywające spółkę pracowniczą do wpłacenia wadium w wysokości 10 proc. ceny sprzedaży.

Jak wyjaśnia Edyta Jaworska, pracownica spółki i jednocześnie szefowa zakładowej „Solidarności”, zgodnie z wcześniejszym postanowieniem sądu jedynymi warunkami transakcji było zawarcie umowy sprzedaży z syndykiem do dnia 31 maja oraz zapłata ceny w wysokości zgodnej z ofertą w tym samym terminie. – „W przypadku przegrania przetargu wadium nie podlega zwrotowi. Jego wpłata byłaby więc działaniem na szkodę spółki FMT Group. Tymczasem firmy Lubella i Górnośląski Park Przemysłowy, których oferty w międzyczasie przyjął syndyk Malmy, nie musiały wpłacać wadium, a jedynie zaliczkę, która podlega zwrotowi. To zasadnicza różnica” – nie kryje rozgoryczenia Jaworska.

Spółka FMT Group podtrzymuje, że jest gotowa kupić majątek zakładu i ponownie uruchomić produkcję, zachowując w Malborku dotychczasowe miejsca pracy. Takiej gwarancji nie daje Lubella, lider rynku makaronów w Polsce; byli pracownicy Malmy obawiają się, że firma z Lublina przeniesie maszyny na południe Polski i reaktywuje markę w oparciu o produkcję w swoich dotychczasowych zakładach.

Gdański protest, który zakończyło złożenie petycji u prezes sądu z prośbą o zainteresowanie się całą sprawą, wsparli swoją obecnością m.in. burmistrz Malborka Andrzej Rychłowski oraz przewodniczący Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” Krzysztof Dośla, a także związkowcy z innych przedsiębiorstw, m.in. z Portu Gdańsk oraz pracownicy trójmiejskiej oświaty. – „Pracownicy Malmy wiele lat walczyli o podstawowe sprawy, o swoje miejsce pracy. Przez ten czas mogli liczyć tylko na własne siły i determinację. To jest dramatyczne. Gdy wydawało się, że uda im się zagospodarować zakład pracy, o który tak długo walczyli, decyzja jednego sędziego, naszym zdaniem niesprawiedliwa, przekreśla ich plany. Takie sytuacje zmuszają nas do protestowania w obronie naszej godności i miejsc pracy” – powiedział Dośla.

W tym samym czasie, jak informuje portal HotMoney.pl, ponad 44 tys. osób (w ciągu dwóch tygodni) poparło prowadzoną na Facebooku akcję w obronie dotychczasowego miejsca produkcji keczupu z Włocławka. Właściciel zakładów, firma Agros-Nova (posiadająca szereg innych znanych marek spożywczych, jak Łowicz, Kotlin, Fortuna, Tarczyn czy Krakus), zamierza zamknąć fabrykę i przenieść wytwarzanie słynnego sosu w słoiczkach do Łowicza. Protestujący występują w obronie miejsc pracy we Włocławku, jednak dla wielu z nich kluczowe jest zachowanie receptury keczupu, wytwarzanego w tym mieście najdłużej w Polsce, bo od 1952 r.

Sympatycy sosu obawiają się, że po zmianie miejsca produkcji jego smak również się zmieni. Fani keczupu nie zaakceptowali oficjalnych zapewnień firmy Agros-Nova, że w Łowiczu receptura zostanie zachowana, a marka nadal będzie rozwijana; nie wykluczają nawet demonstracji.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Komercjalizacja Szpitala Grochowskiego nie wyjdzie warszawiakom na zdrowie

Komercjalizacja Szpitala Grochowskiego nie wyjdzie warszawiakom na zdrowie

„Warszawa Społeczna” stanowczo sprzeciwia się planom komercjalizacji Szpitala Grochowskiego.

Stołeczny Ratusz nie poradził sobie z kolejnym zadaniem własnym samorządu, czyli zarządzaniem placówkami ochrony zdrowia. Przekształcenie placówki w spółkę prawa handlowego rodzi poważne zagrożenie całkowitej likwidacji szpitala, w wypadku dalszego braku rentowności. Dlatego stowarzyszenie apeluje do Rady m.st. Warszawy i Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz o odstąpienie od powyższych zamierzeń, pokrycie ujemnego wyniku szpitala i wycofanie się z kolejnych pomysłów uderzających w mieszkańców i mieszkanki Warszawy.

Do zadań m.st. Warszawy należy organizacja placówek ochrony zdrowia. Zadłużenie Szpitala Grochowskiego to dowód na złe zarządzanie, niewywiązywanie się samorządu ze swoich ustawowych obowiązków i rażące niedofinansowanie warszawskiej służby zdrowia. Prezydent Warszawy wraz z podległą sobie administracją bezpośrednio odpowiadają za złe zarządzanie finansami miasta. Obowiązkiem władz miasta jest pokrycie powstałego zadłużenia.

Zgodnie z ustawą o działalności leczniczej, jeżeli SPZOZ posiada ujemny wynik finansowy w 2012 roku, samorząd musi zdecydować o dalszych losach placówki. Miasto ma wybór – może zlikwidować placówkę, poddać ją komercjalizacji, ale może również pokryć zadłużenie.

Komercjalizacja to nie tylko ułatwienie prywatyzacji szpitala, ale przede wszystkim poważne zagrożenie dla równości w dostępie do ochrony zdrowia. Dodatkowym zagrożeniem jest zupełna likwidacja placówki, jeżeli po przekształceniu w spółkę prawa handlowego nie zacznie być szybko rentowna. Tego właśnie obawiają się mieszkańcy Warszawy.

Z kolei w uzasadnieniu do projektu uchwały Rady m.st. Warszawy w sprawie wyrażenia zgody na przekształcenie Szpitala Grochowskiego w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością czytamy: „Szpital Grochowski (…) nie ma perspektyw na samodzielne uregulowanie zobowiązań narosłych w związku z wieloletnim brakiem rentowności”.

Likwidacja i prywatyzacja są częścią szerszego procesu wycofywania się warszawskiego samorządu z odpowiedzialności za usługi publiczne, oraz jednym z przejawów prywatyzacji dóbr wspólnych – placówek oświatowych, szkolnych stołówek i szpitali – w imię interesów wąskich i wpływowych grup i lobby. Tak jak ostatnie cięcia w warszawskiej edukacji prowadzą do zagrożenia bezpieczeństwa dzieci, tak komercjalizacja służby zdrowia prowadzi do jej prywatyzacji i ograniczania dostępności usług leczniczych dla mieszkańców i mieszkanek stolicy.

Stolica pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz spycha zadania własne samorządu terytorialnego na barki sektora prywatnego i pozarządowego, oszczędza na warszawiakach i warszawiankach, jednocześnie wydając coraz więcej pieniędzy na stołeczną administrację. Podczas gdy mieszkańcom i mieszkankom Warszawy każe się zaciskać pasa, wydatki na wynagrodzenia dla urzędników miejskich rosną – w latach 2007–2013 aż o 170 mln zł, czyli o 38 proc. Liczba pracowników wzrosła o ponad 1/3, takiego wzrostu nie odnotowano w żadnym innym polskim mieście.

Komercjalizacja szpitala wiąże się również ze zwolnieniami i outsourcingiem takich zadań jak catering, sprzątanie czy diagnostyka, a także ze sprzedażą części majątku i zmianą struktury usług medycznych. To wszystko ma prowadzić do osiągnięcia „lepszego wyniku finansowego” placówki. Wyniku finansowego, a nie polepszenia zdrowia mieszkańców i mieszkanek Warszawy. Szpital ma stać się firmą, której głównym zadaniem ma być zarabianie pieniędzy, a nie leczenie ludzi. Przekształcenie szpitala w spółkę sprawi, że pacjenci stracą dostęp do wielu usług medycznych, bo szpital ma prawo uznać je za nieopłacalne.

Przekształcenie bez osiągnięcia trwałej rentowności szpitala jest procesem groźnym (może się skończyć upadkiem szpitala) dla lokalnej społeczności – pacjentów, których zdrowie dla warszawskiego samorządu powinno być priorytetem. Mając na uwadze długotrwały brak rentowności Szpitala Grochowskiego jego przyszłość po komercjalizacji rysuje się w ponurych barwach. Eksperyment na żywym organizmie – zdrowiu mieszkanek i mieszkańców Warszawy – w tym wypadku może skończyć się fatalnie.

Inicjatywa Mieszkańców „Warszawa Społeczna”

Deloitte nt. komercjalizacji szpitali

Petycja w obronie placówki

 

Rodzicu, radź sobie sam!

Rodzicu, radź sobie sam!

W żadnym innym państwie Unii nie jest pod względem żłobków i przedszkoli tak źle, jak u nas.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że już w 2002 r. przywódcy krajów członkowskich Wspólnoty uzgodnili, że do 2010 r. miejsc w tego rodzaju placówkach powinno wystarczyć dla 90 proc. dzieci w wieku od 3 lat do osiągnięcia wieku szkolnego oraz dla 33 proc. dzieci poniżej 3 lat. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że osiem państw osiągnęło cele dla obu kategorii wiekowych: Belgia, Dania, Hiszpania, Francja, Holandia, Szwecja, Słowenia i Wielka Brytania. Dwa inne zrealizowały cel tylko dla młodszej grupy wiekowej, a trzy kolejne – dla starszej. Polska nie dość, że nie znalazła się w żadnej z tych kategorii, to jeszcze pod względem liczby miejsc dla dzieci poniżej 3. roku życia wylądowaliśmy na ostatnim miejscu. Do żłobków uczęszcza u nas zaledwie 2–3 proc. obywateli w wieku do 3 lat. Z kolei do przedszkoli w tym roku uczęszcza 54 proc. trzylatków, czyli zaledwie o 1 pkt proc. więcej niż rok wcześniej.

– „Każdy rodzic wie aż za dobrze, jak ważne są żłobki i przedszkola z dostępnymi miejscami i po przystępnej cenie. Ma to znaczenie nie tylko dla rozwoju dziecka, ale i dla organizacji życia pracujących rodziców” – komentuje Viviane Reding, komisarz UE ds. sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelstwa. Zwróciła uwagę, że efektem ubocznym braku ułatwień w pracy matek jest ich późniejsza niekorzystna sytuacja emerytalna. Dlatego Komisja Europejska nakazała państwom członkowskim przyspieszenie tworzenia miejsc dla małych dzieci oraz wdrażanie odpowiednich przepisów.

Gazeta zwraca uwagę, że skoro w efekcie reformy obniżającej wiek szkolny do przedszkoli muszą być obowiązkowo przyjmowane pięciolatki, oznacza to, że zabraknie miejsc dla najmłodszych dzieci. Ministerstwo Edukacji Narodowej zapewnia, że od września 2015 r. każdy czterolatek będzie miał zapewnione miejsce w edukacji przedszkolnej, zaś od 2017 r. – każdy trzylatek. Miejsca dla najmłodszych mają powstać w ramach programu „Maluch”, który nadzoruje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Modlitwa o demokrację z wisienką

Modlitwa o demokrację z wisienką

Modlitwa o demokrację z wisienkąUkazał się zbiór felietonów Anny Mieszczanek, publikowanych m.in. na naszych łamach. Książka została objęta patronatem „Nowego Obywatela”.

„Modlitwa o demokrację z wisienką” to zebrane w jeden tom teksty publicystyczne Anny Mieszczanek z lat 2003-2010. Ukazywały się one w „Obywatelu” i na jego stronie internetowej, na blogu www.pojedyncze.salon24.pl oraz w portalu www.tekstowisko.com. Książkę wydała oficyna Erida.

Publikację tak rekomendują światowej sławy socjolog oraz lider środowiska „Nowego Obywatela”:

Duch niewidzialnej ręki rynku tańczy walca z poczuciem sprawiedliwości społecznej, a pod ścianą czeka też na swoje pas jakaś resztka nie do końca czystego sumienia… Jak to się stało, że „świat” tak oddzielił się od człowieka, a raczej człowiek od „świata”? Jak przywrócić naszą ludzką łączność ze światem? – spyta Autorka w naszym imieniu. I pomaga nam znaleźć odpowiedź, jakiej wielu z nas szuka ale niewielu znajduje. (…) Ta książka odsłania nam prawdę. Może i niewygodną, ale zbawienną. A wybór, jak Anna Mieszczanek co parę stron czytelnikowi przypomina, „należy do Ciebie”!
Zygmunt Bauman

Nie zawsze zgadzałem się z wymową tekstów czy poszczególnymi spostrzeżeniami, ale prawie zawsze miałem poczucie, że szare komórki Czytelnika mogły dzięki nim otworzyć jakąś „klapkę” i zobaczyć więcej niż widziały uprzednio. Inny świat, warto go poznać. Czytajcie.
Remigiusz Okraska

Sama autorka zaś – dziennikarka i redaktorka, uczestniczka opozycji demokratycznej, aktywistka ekologiczna i kobieca (m.in. zainicjowała w Polsce dyskusję nad kwestią dowartościowania nieopłacanej pracy w gospodarstwach domowych na rzecz rodziny), a obecnie mediatorka i coach rodzinny – tak podsumowuje zawartość publikacji: Zebrane razem, pokazują te teksty rzeczywistość lat 2003-2010 z trochę niecodziennej perspektywy. „Pięćdziesiąt plus patrzy na Polskę” – taki mógłby być podtytuł zbioru. Dojrzała kobieta, zawiedziona kształtem polskich przemian, zafascynowana jednak możliwościami tworzenia świata, jakie ma każdy z nas – opowiada o tym, co dostrzega na co dzień: pracując, chorując, czytając gazety. Tropi stereotypy i nowe mantry, którymi dajemy się na co dzień mamić. Żali się, czasem naśmiewa, projektuje konieczne zmiany. Wydaje się, że ma do rzeczywistości dystans, który z jednej strony wciąż każe się z nią mierzyć i nie zgadzać na to, co zastane. Z drugiej – pozwala pamiętać o priorytetach, o tym, że pojedyncze jest ważne.

Książkę w wersji papierowej można kupić klikając tutaj.

Książkę w jednym z formatów cyfrowych (e-book) można kupić klikając tutaj.