Noworodki traktowane po macoszemu

Noworodki traktowane po macoszemu

Narodowy Fundusz Zdrowia wprowadza na porodówkach oraz oddziałach dla noworodków limity, w których lekarze nie są w stanie się zmieścić.

„Super Express” przypomina, że na porodówkach nielimitowane zabiegi to wszystkie przyjęcia zakończone porodem, ale na toczenia krwi po porodzie, wszelkie patologie ciąż czy krótkoterminowe przyjęcia jest przypisany określony budżet, oczywiście niewystarczający. Lekarze, chcąc przestrzegać ograniczeń, musieliby odmawiać opieki kobietom z zagrożoną ciążą.

Limitowana jest także opieka noworodków po porodzie. –„Na przykład żywienie pozajelitowe wcześniaków, a takiego malucha trzeba nakarmić nawet 12 razy na dobę” – mgr Ewa Peńsko ze szpitala przy ul. Madalińskiego w Warszawie. I dodaje, że gdyby jej placówka chciała zmieścić się w kontrakcie, musiałaby co drugiej mamie odmawiać pomocy. NFZ gwarantuje szpitalom zwrot kosztów tylko za świadczenia wykonane w przypadku ratowania życia – według instytucji, karmienie pozajelitowe taką procedurą nie jest.

Dramatyczna sytuacja jest też na oddziałach pediatrycznych. Szpitale mają aż kilkadziesiąt procent nadwykonań, za które płacą same, gdyż Fundusz nie chce zwracać kosztów świadczeń wykonanych ponad limit. –„Przychodzi taki moment, że przestaje się płacić za prąd czy wodę albo leki, tylko po to, by móc ratować pacjentów, bo przecież od tego jesteśmy” – wyjaśnia mgr Peńsko.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Polskie Stronnictwo Latyfundystów

Polskie Stronnictwo Latyfundystów

Projekt nowelizacji ustawy o gospodarowaniu państwowymi nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa, przygotowany przez PSL, zakłada preferencje dla dużych dzierżawców.

„Nasz Dziennik” informuje, że Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjny Rolników Województwa Zachodniopomorskiego, który od wielu miesięcy walczy przeciwko wykupywaniu państwowej ziemi przez zagraniczne podmioty korzystające z podstawionych ludzi, przyznaje, że wiele zapisów nowej ustawy wychodzi naprzeciw jego postulatom. Popiera np. wprowadzenie reguły, że z udziału w przetargach ograniczonych na zakup ziemi byłyby wyłączone osoby, które wcześniej nabyły już z państwowego zasobu nieruchomości o łącznej powierzchni co najmniej 300 ha użytków rolnych. Podobają im się także zapisy, które zwalniają osoby startujące w przetargach organizowanych przez Agencję Nieruchomości Rolnych z wymogu dotyczącego 5-letniego okresu osobistego prowadzenia gospodarstwa, który aktualnie pozbawia młodych rolników możliwości zakupu ziemi na powiększenie świeżo przejętych gospodarstw rodzinnych.

Są jednak i propozycje wzbudzające kontrowersje. Posłowie PSL chcą, aby dzierżawcy, którzy nie zgodzili się na oddanie ANR 30 proc. dzierżawionej ziemi, mogli teraz złożyć taką deklarację. Komitet jest zdziwiony prezentem, jaki ludowcy chcą zrobić dużym dzierżawcom. Ich zdaniem państwo powinno egzekwować zapisy obowiązującej ustawy, która stanowi, że w przypadku, gdy dzierżawca nie zgodził się na oddanie 30 proc. gruntów, po wygaśnięciu umowy ma zwrócić całą dzierżawioną ziemię. Dzięki temu Agencja miałaby więcej gruntów dla rolników chcących powiększać gospodarstwa rodzinne.

„Proponowane w projekcie nowelizacji rozwiązania polegające na przywróceniu terminu składania oświadczeń przez dzierżawców nie służą budowaniu zaufania do państwa ze strony jego obywateli” – uważa Komitet. „W majestacie prawa spółki – w zdecydowanej większości z kapitałem obcym – zyskują przywilej zakupu 70 proc. dzierżawionej ziemi po cenie określonej przez rzeczoznawców, a o wyłączone z dzierżawy 30 proc. rodzimi rolnicy muszą walczyć na przetargach, często ze ’słupami’ podstawionymi przez właścicieli spółek, z których nieruchomość została wyłączona” – dodają rolnicy.

Co więcej, wciąż nie zagwarantowano możliwości kontynuacji dzierżawy przez następców prawnych (np. w razie śmierci rolnika), a tego protestujący domagają się od grudnia 2012 r. Inny niezrealizowany postulat, na temat którego milczy poselski projekt, to ograniczenie pełnej swobody obrotu ziemią rolniczą po 30 kwietnia 2016 r. – „Rząd przekonuje, że po tej dacie musimy uwolnić handel gruntami rolnymi, że ziemię rolnicze bez przeszkód będą mogli kupować obcokrajowcy (teraz mogą to robić spółki, czyli podmioty prawne, a nie osoby fizyczne). Ale w wielu zachodnich państwach, gdzie też teoretycznie jest swobodny obrót ziemią, wprowadzono takie regulacje, które chronią interesy rodzimych rolników. Chodzi po prostu o wypracowanie takiej formuły prawnej, która uchroni nas przed masowym wykupem gruntów rolnych, a będzie też zgodna z unijnym prawem” – wyjaśnia Dorota Dąbrowska, prawnik.

Towar eksportowy: bezrobocie

Towar eksportowy: bezrobocie

Skutkiem ubocznym narzucanej Europie przez Berlin polityki cięć jest dramatyczny spadek liczby zatrudnionych w 22 państwach UE.

„Dziennik Gazeta Prawna” przeanalizował dane Eurostatu za I kw. 2008 r. i I kw. 2013 r. w 28 państwach UE. Okazało się, że w pierwszym kwartale br. w całej Unii pracowało łącznie 7 mln osób mniej niż przed kryzysem. Statystyki obejmują każdego w przedziale 15–64 lata, kto przepracował choćby godzinę tygodniowo; nawet tych, którzy byli na długotrwałych urlopach czy zwolnieniach lekarskich. Spadek liczby pracujących wiąże się ze wzrostem bezrobocia, lecz także z negatywnym saldem migracji i malejącą liczbą osób w wieku produkcyjnym.

Wniosek z dostępnych danych jest jednoznaczny: im bardziej radykalny był program cięć w danym kraju, tym mniej ludzi obecnie w nim pracuje. W Grecji, Irlandii i Portugalii – objętych „programami pomocowymi” Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego – doszło do kilkunastoprocentowego spadku liczby pracujących. Do tego, że oszczędnościowe naciski były zbyt silne, przyznał się sam MFW; obliczono, że w Grecji 1 proc. oszczędności przekładało się na 1,6 proc. spadku PKB.

Poza wzrostem bezrobocia kurczenie się rynków pracy objawia się wzrostem emigracji. Portugalczycy zaczęli wyjeżdżać do swoich dawnych kolonii (np. Angoli), natomiast znaczący odsetek mieszkańców Łotwy, która bezlitośnie cięła etaty we wszystkich segmentach budżetówki, wyemigrował na Wyspy Brytyjskie (obecnie na Łotwie pracuje 871 tys. osób, podczas gdy w 2008 r. było ich niemal 1,1 mln).

„Na drugim biegunie znalazły się Niemcy. To kolejny dowód na to, że kryzys strefy euro i wymuszone cięcia na europejskim Południu dla niemieckiej gospodarki okazały się w pewnym aspekcie korzystne. Dzięki wzrostowi konkurencyjności wywołanemu spadkiem wartości euro Berlin wyeksportował własne bezrobocie za granicę” – pisze DGP. W czasie, gdy bezrobocie młodych w Grecji czy Hiszpanii przekraczało 50 proc., Niemcy pobiły historyczny rekord wielkości eksportu, który przekroczył granicę 1 bln euro. Bezrobocie w tym kraju pozostaje na poziomie 5,3 proc., a pracuje aż o 1,7 mln więcej ludzi niż w 2008 r. Równie dobrze radzi sobie jedynie Austria, silnie gospodarczo związana z Niemcami.

Nie ma demokracji bez dialogu!

Nie ma demokracji bez dialogu!

11 lipca br. w Warszawie odbyła się wspólna pikieta związkowców z różnych central pod Centrum Nauki Kopernik, gdzie odbywała się międzynarodowa konferencja poświęcona przyszłości Europy, zorganizowana pod hasłem „Nowa Narracja dla Europy”. Gościem specjalnym debaty był J. M. Barroso, szef Komisji Europejskiej.

Związkowcy zamierzali poinformować Barroso o zerwaniu dialogu społecznego między związkami a rządem w Polsce. – „Dzisiaj dialog społeczny w Polsce jest zagrożony. A to oznacza, że demokracja w Polsce jest zagrożona. Nie ma demokracji bez dialogu!” – mówił Waldemar Dubiński, zastępca przewodniczącego Zarządu Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”. – „Rząd zniszczył konstruktywną debatę na temat kwestii społeczno-gospodarczych. Nie możemy uczestniczyć w rozmowach, w których zawsze przeważa pozycja rządu i pracodawców, bez względu na nasze argumenty. Dialog społecznych jest jedną z zasad gospodarki rynkowej, bezpośrednio wyrażonej w treści Konstytucji RP. Tym samym, nie może być podważany ani lekceważony” – wyjaśnił.

Związkowcy mieli przygotowane transparenty w języku polskim i angielskim: „Dialog w Polsce nie istnieje”. Informowali też przez megafon po angielsku m.in. o zapowiadanych na wrzesień strajkach. „Żądamy od UE, żeby w sposób zdecydowany zareagowała na to, co się dzieje w Polsce, jeśli idzie o prawa pracownicze” – wołali przez megafon związkowcy.

Gdy okazało się, że szef Komisji Europejskiej nie spotka się z nimi, krzyczeli: „Panie Barroso trochę wstyd”. – „Dłużej czekać nie będziemy, ale dajemy słowo – my tu wrócimy” – stwierdził na zakończenie pikiety wiceprzewodniczący OPZZ Andrzej Radzikowski.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Region Mazowsze