Elegia na śmierć prekariusza

·

Elegia na śmierć prekariusza

·

Na początek dłuższy cytat z „Gazety Wyborczej” (17.06.2013 r.). Tak pisze były kurator Szczecińskiego Okręgu Szkolnego, dr inż. Zbigniew Szyroki, w liście „Jak odwrócić załamanie demograficzne w Polsce”: „W 2012 r. mamy 750 tys. 900 zarabiających netto powyżej 5 tys. zł i 10 mln ludzi biednych i niepotrzebnych; niewidocznych – jakby ich nie było. A brak pracy to nie tylko bieda i wykluczenie społeczne, ale i zanik poczucia wartości, kreatywności, zdolności do konkurencji. I to na ogół jest dziedziczne. Zgodnie z przysłowiem »jabłko pada niedaleko od jabłoni«.

Ta cieniutka warstewka »pięciotysięczników« zapewni swoim dzieciom wszystko – dobre mieszkania, jedzenie, lekarza, dentystę, wczasy, basen, kort, naukę języków obcych, korepetycje, dodatkowe zajęcia pozalekcyjne – wszystko, czego dusza zapragnie, w tym firmowe ciuchy. Stać ich też na szkoły prywatne, gdzie będą wyrastać wśród swoich.

A co mogą bezrobotni, biedni, wykluczeni? Nic! Ich dzieci chodzą głodne do szkoły. A jak wynika z badań – głód powoduje nawet powolniejszy rozwój mózgu. Nieraz nawet nie są w stanie zrozumieć, czego nauczyciel od nich chce. A jest ich milion, a może i więcej.

Problem bezrobocia, biedy, w konsekwencji wykluczenia znikł z dyskusji publicznej. Nie ma go w prasie i w telewizji. Głównie w telewizji – gdzie mamy na okrągło celebrytów i tych, którzy uważają się za polityków. /…/ Jak padły PGR-y /…/ i setki tysięcy ludzi prawie z dnia na dzień znalazło się w »czarnej dziurze« biedy i bezsensu życia, to w telewizji problem sprowadzano do »wina marki wino« i pijaństwa”.

Nie są to przecież kwestie nowe, ale podane lapidarnie dają wgląd w ściśle ze sobą związane problemy III Rzeczpospolitej. Nie ma złudzeń: jest gorzka prawda o państwie stworzonym dla bogatych i wpływowych, kosztem mas. To państwo nie ma już żadnego etosu, żadnej miary dobra poza pragmatyczną władzą pieniądza. Udało się nam bardzo szybko w nadwiślańskim mikroklimacie wyhodować ten byt, znalazł bardzo podatną glebę i gorliwych ogrodników, a wzrost stymulowała ideologia traktująca wartość rynkową jednostki i społeczeństw jako nadrzędną, jako usprawiedliwienie każdego grupowego i pojedynczego łajdactwa, jako apologię wyzysku. I jeśli pójdzie tak dalej, doczekamy społeczeństwa kastowego o bardzo skrupulatnie zablokowanych ścieżkach awansu, z instytucjami wszelkiej możliwej proweniencji podporządkowanymi interesom właścicieli III RP i z prawem o charakterze stricte klasowym w kwestiach newralgicznych dla systemu.

To już się dzieje, przyspiesza drezyna historii (na lokomotywę nas nie stać), napędzana siłą woli politycznej zdeterminowanej władzy. Ustawy antypracownicze, ustawy antyzwiązkowe, niemal każdy protest obywatelski traktowany jako przejaw buntu, medialna kasta na straży wyobrażeń społecznych. Wszystko robione oczywiście tak, by oczy młodych, wykształconych prekariuszy wywodzących się z mniejszych i większych miast i z polskiej wsi kierowały się wciąż na kibolskie bazgroły na murach. Trzeba rzecz widzieć we właściwym świetle: możesz być dobrym obywatelem liberalnej demokracji w wersji dla Polaków, w końcu ci się uda, bo przecież myjesz zęby, masz aspiracje, dyplom, odpowiednie nastawienie do świata i wynajmujesz pokój ze stałym dostępem do Internetu. Walcz o nowy wspaniały świat, jeśli tak lubisz, przyklaśniemy też twojej walce z faszyzmem – bylebyś nie walczył z nami i z realnym liberalizmem. Bo chyba nie chcesz być jak tamci, schowani w cieniu, więc nie do końca zdefiniowani, ale z pewnością nieprzystosowani i aspołeczni.

Poza tym łatwiej policzyć rzucających się w oczy, wygolonych na łyso facetów, szukających dla siebie ścieżek awansu choćby w ramach kibicowskich subkultur, niż zdiagnozować koszty społeczne strukturalnego bezrobocia. Strach przed młodym mężczyzną, który może dać w mordę, jest bardziej namacalny i łatwiej go pokazać w telewizji niż lęki kobiety, która nie ma z czego ugotować obiadu dla dzieci i wie, że za progiem dorosłości nie czeka ich żadna obiecująca przyszłość, że ich świat będzie taki, jaki jej. Osiłek wykrzykujący swoją niechęć i pogardę w sali pełnej ludzi, których uważa za reprezentantów „antypolskiego establishmentu”, da się ująć w efektowny kadr i mocny, publicystyczny komentarz. Ale pobladły na twarzy mężczyzna w średnim wieku, wpatrzony w ścianę i niezapłacone rachunki – to żaden temat. To jeszcze jeden nieudacznik w rejestrze niewykorzystanych zasobów ludzkich, mniej ciekawy od skinów, nieżyjącej Madzi, uboju rytualnego, niemieckiej polityki historycznej. Co prawda tych nieudaczników trochę by się zebrało, ale w „normalnej gospodarce” – powiedzą światli ekonomiści i tłumek pożytecznych idiotów – tak to już jest z nieudacznikami, zatem pracuj i módl się, albo pracuj, zadłużaj się i konsumuj, albo wynoś się ludziom sprzed oczu.

III RP: kraj, którym rządzi Platforma Oligarchii. W sytuacji zagrożenia kryzysem władza niedwuznacznie już pokazuje, że działa na korzyść wąskiej elity finansowej i grubych ryb transformacji. Pewnie po części działa też ze strachu przed analitykami transnarodowych instytucji finansowych, którzy pilnie śledzą bilans zysków i strat, jakie przynosi im ojczyzna „Solidarności” i taniej siły roboczej. Z werbalnego czy faktycznego szacunku dla robotniczego zrywu niewiele już zostało. Za to stary zwyczaj korzystania ze wschodnich Europejczyków jako parobków ma się niezgorzej. III RP: kraj zastraszanych i ośmieszanych związkowców i central związkowych, przez lata zbyt dobrze żyjących z ustanowionego przy okazji transformacji status quo. Dziś, siłą rzeczy, musimy bronić związków zawodowych, z nieśmiałą nadzieją, że pójdą wreszcie po rozum do głowy i bez względu na wszystko będą wreszcie strzec dobra pracowników. Kwestia związków zawodowych być może stanie się symbolem społecznego przebudzenia polskiej lewicy i wszystkich antyneoliberalnych sił w Polsce. A być może pokaże młodym, wykształconym prekariuszom drogę do odkrycia swojej, niezbyt skłaniającej do optymizmu, tożsamości.

To zresztą rzecz interesująca: pamiętacie medialne obrazy singla z lat 90.? To był jeszcze nie leming, a japiszon – self-made man, ambitny, przebojowy, dlatego samotny. Przynajmniej tak to wyglądało w mediach. A dziś? Single, wiecznie niepewni swojej pracy i zarobków, w dodatku przytłoczeni propagandą hiperkonsumpcji, nawykli do tego, że w przestrzeni publicznej wartość osoby określa się wedle mieć, a nie być. Niezwiązani z nikim na stałe nie dlatego, że robią błyskotliwą karierę w korporacjach, ale ponieważ brak im stałości, jaką daje tych kilka swoich mebli, zakotwiczonych na własnej podłodze. Wiecznie na walizkach na przykład dlatego, że zachowali na tyle smutnej przytomności umysłu i poczucia niezależności, że nie chcą wziąć kredytu na mieszkanie. Albo dlatego, że nie mogą otrzymać tego kredytu, bo przecież elastyczne formy zatrudnienia są tak wspaniale wolnościowe, tak sympatycznie antysocjalistyczne i niechybnie stymulują gospodarkę. Co prawda liberalni konserwatyści prawią prekariuszom o wartościach i wspaniałości rodziny, ale biedni trzydziestoletni wciąż są na brzegu stabilnego życia, bo ci sami liberalni konserwatyści głoszą apoteozę rynku, który zawsze ma rację.

Prekariusze miast, miasteczek i wsi żyją zatem od jednej umowy cywilnoprawnej do drugiej w wynajętych pokojach i mieszkaniach albo wciąż siedzą kątem u rodziców, zdani na ich łaskę i niełaskę, ich kaprysy, rozczarowania i wypominania. A czasem pakują walizki i wyjeżdżają za chlebem. Mają dość praktycznych skutków płynnej ponowoczesności, którą tak zachwycają się w teorii, bo chcieliby choć trochę stać się konserwatystami: nawet w wolnym związku, nawet ze świeckim ślubem, ale wreszcie na dobre pod wspólnym dachem, z dzieckiem czy dwojgiem dzieci, z najmniejszym nawet oknem z widokiem na przyszłość i z przedszkolem na następnej ulicy.

Ale w kraju dla bogatych płynna nowoczesność podchodzi prekariuszom aż pod gardło, aż po oczy, czasem ich zalewa. Do tego w miarę postępów realnego liberalizmu zaostrza się walka klas: przybywa paszkwili na socjalizm, socjal, rozdawnictwo, związki zawodowe i złe państwo. Pisane są one tym pewniejszą ręką, że z coraz większym poczuciem bezkarności, cynizmem bądź głupotą oligarchia, jej najemnicy i mentalni zakładnicy mogą na naszych oczach uprawiać realny liberalizm. I tym bardziej przybywa płynnej nowoczesności, im goręcej lewica oddaje się zwalczaniu skutków, nie przyczyn zjawisk zachodzących w kraju. A biedny, starzejący się powoli prekariusz? Cóż, długo jeszcze będzie na to wszystko patrzył zza cudzego okna, a gdy już na śmierć przestraszy się faszyzmu, żadna karetka nie podjedzie, by go ratować – cięcia budżetowe wymagają ofiar, śmierć frajerom. I zostanie sam, umierając na zawał, a gdy go znajdą, skwitują jego truchło jak życie pegeerowców w latach 90.: nieudacznik, pewnie pijak i cholerny roszczeniowiec. A nad grobem zachlupią mu żałobnie fale płynnej nowoczesności… Taka to elegia na śmierć prekariusza.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie