Magazyn Obywatel nr 5(25)/2005 – okładka

Wielki ruch, mierni przywódcy

·

Wielki ruch, mierni przywódcy

Wojciech Turek ·

Z perspektywy 25 lat wyraźnie widać, że „Solidarność” nie miała szczęścia do przywódców. Można posłużyć się obrazowym przykładem statku, którego ster dzierżyli ludzie nie mający pojęcia o zasadach żeglugi, a na dodatek wcale nie troszczący się o to, by statek dopłynął do celu oczekiwanego przez załogę i pasażerów. „Solidarność” była wielkim ruchem, któremu zabrakło wielkiej myśli.

Spontanicznie ukształtowany na fali strajków sierpniowych, dziesięciomilionowy związek był wielkim narodowym zrywem, wyrazem odrodzenia moralnego, kondensacją ogromnej i rzadko spotykanej w dziejach energii obywatelskiej. Niestety, rozwój programowy „Solidarności” zatrzymał się na poziomie pierwiastkowych 21 postulatów oraz utopijnych koncepcji samorządowych. Z tego względu, w miarę upływu czasu pogłębiał się rozdźwięk między potocznym obrazem ruchu, wyrażającego aspiracje milionów Polaków, a dynamicznie zmieniającą się rzeczywistością. Ostateczne pęknięcie nastąpiło w latach 1988-1989, kiedy – paradoksalnie – pogrzebane zostały idee „Solidarności”, choć ludzie stojący na czele Związku znaleźli się na szczytach władzy. Odtąd mamy do czynienia z wielką mistyfikacją polegającą na tym, że przywódcy prawicy dążą do objęcia władzy i do zrealizowania obcego większości społeczeństwa projektu liberalnego, ale oba te cele mniej lub bardziej starannie ukrywają pod hasłami wspólnotowymi, „reformatorskimi” i antykomunistycznymi.

Chcę wyraźnie zaznaczyć, że zdecydowanie pozytywnie oceniam pierwszą „Solidarność” z lat 1980-1981. Był to, zdaniem prof. Zdzisława Krasnodębskiego, wolnościowy ruch republikański, uznający prymat więzi narodowej nad podziałem na władzę i społeczeństwo. Z kolei Roman Baecker podkreśla dwie cechy ówczesnej „Solidarności”: prymat moralności nad polityką oraz demokratyzm. Bez wątpienia, wielomilionowy ruch był zjawiskiem różnorodnym i złożonym. Występowały w nim niekiedy tendencje sprzeczne ze sobą. Jednakże pewne cechy były dominujące i one stanowiły o istocie tego ruchu. „Solidarność” wyznawała zasadę solidaryzmu społecznego, a zatem myślenia i działania w kategoriach wspólnotowych. „Solidarność” była ruchem patriotycznym i obywatelskim, a dopiero na drugim planie – demokratycznym. „Solidarność” była ruchem kierującym się zasadami rozwagi i odpowiedzialności, poszanowania praw człowieka i wolności twórczej. Największą słabością ówczesnego ruchu był brak koncepcji gospodarczych. Utopijne idee „Rzeczpospolitej samorządnej” prowadziły donikąd.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, elity wywodzące się z „Solidarności” i aspirujące obecnie do rządzenia państwem, porzuciły dawniej wyznawane poglądy i wartości. Najpierw przejęły wzorce liberalizmu gospodarczego, utożsamiając „reformy” z operacjami finansowymi na wielką skalę, a następnie zaczęły kierować się zasadami materializmu i pragmatyzmu w dziedzinie politycznej.

Pierwsze pęknięcie miało miejsce już jesienią 1981 roku. W tym momencie nastąpiło przewartościowanie stosunku do władzy, którą uznano za najważniejszego przeciwnika. Po wprowadzeniu stanu wojennego, antykomunizm stał się prymarnym wyznacznikiem linii politycznej, usuwając na drugi plan poczucie więzi narodowej. Uznanie władzy za wroga prowadziło do odejścia od fundamentów pierwiastkowej „Solidarności”, dążącej do pojednania narodowego, do zgody pomiędzy wszystkimi Polakami. „Posłanie do narodów Europy Wschodniej”, uchwalone na I zjeździe „Solidarności”, w ówczesnych warunkach oznaczało zerwanie z zasadą rozwagi i odpowiedzialności. Radykalizm rozmijał się z realiami i nosił znamiona niebezpiecznego awanturnictwa. W przeddzień wprowadzenia stanu wojennego, Jacek Kuroń lansował koncepcję stworzenia „Rządu Tymczasowego”.

Nie mam najmniejszego zamiaru usprawiedliwiać czy wybielać poczynań ówczesnego rządu komunistycznego. Tragedia „stanu wojennego” polegała na tym, że obie strony konfliktu popełniały rażące błędy i wykazały się małością, jeśli nie „karłowatością” polityczną. Charakterystyczne jest to, że broniąc się przed krytycznymi osądami, obecnie obie strony gotowe są nawet do przezwyciężenia wzajemnych urazów i wzajemnego wspierania się, czego symbolicznym przykładem była tegoroczna rozmowa telewizyjna Lecha Wałęsy z Wojciechem Jaruzelskim, podczas której legendarny przywódca Związku usiłował uzyskać od generała Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego… „świadectwo moralności”.

Po wprowadzeniu stanu wojennego, reżim wojskowo-milicyjny zdławił wielomilionowy ruch obywatelski. Zepchnięta do podziemia „Solidarność” była już tylko szkieletem dawnego ruchu. Przez 7 lat działaczom „Solidarności”, „Pozostawało trwanie, uparte dążenie do zachowania tożsamości, do przechowania rudymentarnych elementów podmiotowości społecznej, czekanie na lepsze czasy, być może ad calendas Graecas” (Roman Baecker). W sprzyjających okolicznościach 1988 r. przystąpiono do odgórnej rekonstrukcji ruchu. Jednak wykreowana pod szyldem „Solidarności” elita, która sięgnęła w 1989 r. po władzę, niemal całkowicie odeszła od idei wyartykułowanych w Sierpniu ‘80. Zdaniem Zdzisława Krasnodębskiego, projekt III Rzeczypospolitej nie nawiązywał już do idei „Solidarności” i myśli dawnej opozycji politycznej. Elita wywodząca się z dawnej „Solidarności” przejęła jako swoją, koncepcję liberalizmu gospodarczego, realizowaną już przez rządzących komunistów, o czym świadczy wprowadzona w 1988 r. przez Mieczysława Rakowskiego ustawa o wolności gospodarowania. Sejm, w którym większość mieli członkowie PZPR, uchwalił pakiet reform Leszka Balcerowicza. Począwszy od 1989 r. związek zawodowy „Solidarność” popierał i firmował rządy realizujące program liberalny. Dość powiedzieć, że za rządów Akcji Wyborczej Solidarność nastąpiła gigantyczna, największa w historii III RP wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw.

Zanim przystąpię do generalnej charakterystyki systemu zbudowanego 25 lat po Sierpniu, chcę podkreślić, że dzięki sprzyjającym okolicznościom geopolitycznym, Polacy zyskali niepodległość oraz możliwość zaprowadzenia ustroju demokratycznego. Niezależnie od tego, czyja to zasługa, odejście od modelu komunistycznej gospodarki sterowanej, było bezwzględną koniecznością. Nawet zastąpienie marksizmu quasi-religią liberalną było zmianą na lepsze.

Pisałem już w innym miejscu, że dzisiejszy światopogląd liberalny nosi w sobie wiele cech świeckiej religii. Religie głoszą objawione i niepodważalne prawdy. W dzisiejszej Polsce każdy, kto ośmieli się skrytykować guru, czyli Balcerowicza, podlega atakowi i potępieniu jako heretyk, a każdy, kto nie wykazuje odpowiednio „pobożnej” postawy względem liberalizmu jest „socjalistą”, jak niedawno oświadczył Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej. W Polsce po 1989 r. miejsce „Solidarnościowej” wspólnoty zastąpiła „liberalna” jednostka, miejsce „Solidarnościowej” samorządności – „liberalne” „reguły rynku”, a „Solidarnościową” podmiotowość społeczną „niewidzialna ręka rynku”, wprawiana w ruch przez „odgórną politykę rządu”. W konsekwencji, jak trafnie pisze Jerzy Mikołowski-Pomorski: „Polacy zaczęli dbać o swoje jednostkowe, rodzinne czy klasowe interesy, przypisanie stało się ważniejsze od osiągnięć, zaś dążenie do przyspieszonego bogactwa wniosło zjawisko korupcji na większą skalę”. Reasumując, III Rzeczpospolita jest państwem pod wieloma względami lepszym od PRL, ale nie jest państwem zbudowanym w oparciu o idee pierwszej „Solidarności”.

Zapewne inne rozwiązanie nie było możliwe. „Solidarność” wyłoniła grono przywódcze spośród ludzi skażonych komunizmem i PRL-em. Byli to ludzie o często szlachetnych intencjach, ale nie potrafiący się poruszać w skomplikowanej sferze polityki, nie mający odpowiedniego hartu ducha, by sprostać trudnym wyzwaniom lat 80. i 90. Po siedmiu latach posuchy, ludziom tym niejako podarowano władzę „na talerzu”, bo tylko oni mogli zagwarantować pokojowy charakter transformacji ustrojowo-gospodarczej. Pokusa szybkiej kariery, zmęczenie statusem obywateli drugiej kategorii, rozmaite uwikłania: oto podglebie, na którym wyrośli dzisiejsi liberałowie i „wybitni” – we własnym mniemaniu – przywódcy. „Solidarność” została spacyfikowana. Najpierw autentyczną tożsamość „Solidarności” zastąpiono tożsamością narzuconą. Potem nastąpiło „wkomponowanie” działaczy opozycyjnych w skład elity rządzącej.

Uważam, że można bronić poglądu, iż ze zrozumiałych względów w latach 90. nie było alternatywy dla rządów elit wywodzących się na przemian z PZPR lub z „Solidarności”. Natomiast zdumienie budzi fakt, iż ludzie, którzy stanęli na czele „Solidarności” w 1980 roku, wciąż – po upływie 25 lat – pozostają prominentnymi postaciami polskiego życia publicznego. Z upływem lat coraz rzadziej wspominają o ideach Sierpnia i o milionach osób współtworzących ówczesną „Solidarność”, natomiast coraz częściej eksponują dokonania własne oraz kilku swoich kolegów. Każda władza potrzebuje legitymizacji. Ludzie obecnej prawicy posługują się szyldem „Solidarności”, choć w praktyce głoszą poglądy mające niewiele wspólnego z ówczesnym ruchem.

Rozmiary owej gigantycznej mistyfikacji powiększają się z każdym rokiem. Rządy Akcji Wyborczej Solidarność miały być antidotum na bratający się z komunistami rząd Tadeusza Mazowieckiego, oskarżany o korupcję rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego, nieudolny rząd Jana Olszewskiego, mgławicowy rząd Hanny Suchockiej, nie mówiąc już o rządach koalicji SLD-PSL w latach 1993-1997. W praktyce rząd Jerzego Buzka zrealizował najczarniejszy scenariusz, jeśli chodzi o skalę nieudolności (nieudane „reformy”), korupcję, brak wizji politycznej. Ten rząd – firmowany przez „Solidarność” – kontynuował liberalną politykę poprzednich rządów prawicowych, ale jednocześnie otaczał opieką machinę biurokratyczną. Dzisiejszy liberalizm polega bowiem na walce z ideą solidarności społecznej i redystrybucji dóbr, ale wcale nie jest walką z biurokratycznym państwem. Biurokratyczne państwo, gąszcz przepisów, skomplikowane i zmieniające się jak w kalejdoskopie procedury, tworzą labirynt, po którym sprawnie poruszają się jedynie wybrani, mający dostęp do władzy i transferujący pieniądze publiczne do prywatnych kieszeni. Wielkie fortuny i wielkie kariery w Polsce powstają przeważnie na styku polityki z gospodarką. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że związek „Solidarność” oraz ZChN dość skutecznie stępiały ostrze liberalnej polityki, choć w żaden sposób nie umniejszyły skali korupcji i psucia państwa.

Pod koniec kadencji politycy, którzy odgrywali znaczącą rolę w AWS, dokonali jeszcze większej mistyfikacji, opuszczając Akcję i tworząc nową partię polityczną, Platformę Obywatelską. Dzięki temu udało im się uniknąć poniesienia politycznej odpowiedzialności za lata rządów AWS; obecnie aspirują oni do objęcia władzy w Polsce. W odróżnieniu jednak od wcześniejszych wyborów, tym razem z otwartą przyłbicą głoszą hasła liberalne, nawet nie zamydlając ich koncepcjami „masowej i powszechnej prywatyzacji”. Ich liberalizm wyraża się pragmatyzmem aż „do bólu”. Na koniec zadajmy jeszcze pytanie, dlaczego Platforma przyjęła do swego grona osoby jednoznacznie kojarzone z AWS, np. Jerzego Buzka czy Marka Biernackiego. Albo osoby te, pełniąc wcześniej funkcje rządowe, były sympatykami liberalizmu, czyli mówiąc wprost: wprowadzały w błąd opinię publiczną i wyborców, albo też osoby te gotowe są zmieniać swe poglądy, byle tylko utrzymać się „na fali”. Obie odpowiedzi bardzo źle świadczą o Platformie Obywatelskiej: albo jest to partia, której zwolennicy (vide: Buzek i Biernacki) odgrywali w AWS dominującą rolę, albo też jest to partia, w której nie traktuje się poważnie przywiązania do poglądów politycznych.

Wkrótce po jesiennych wyborach, 25 lat od Sierpnia władzę w Polsce najprawdopodobniej obejmą liberałowie „z krwi i kości”. Nie zabraknie w ich gronie licznych przywódców „Solidarności”. Inni historyczni przywódcy Związku i prawicy dołączą do nich jako partia współrządząca. W ten sposób dotychczasowa elita utrzyma swą pozycję. Nie ulegną zmianie mechanizmy funkcjonowania systemu. Partie będą partiami tylko z nazwy, bo w rzeczywistości są bezprogramowymi i pozbawionymi dalekosiężnych wizji komitetami wyborczymi. Jak długo jeszcze?

komentarzy