Polska (ciężko) pracująca

Polska (ciężko) pracująca

Rekordowo rośnie wydajność naszej pracy, a jednocześnie utrzymujemy się w czołówce najwięcej pracujących społeczeństw Europy.

W 2012 r. w czasie 60 minut pracy zatrudnieni wytwarzali w Polsce dobra o wartości średnio 10,4 euro, o 5,6 proc. więcej niż w roku poprzednim – wynika z danych Eurostatu, przytaczanych przez „Dziennik Gazetę Prawną”. Tak dużego wzrostu produktywności nie zanotowano w żadnym innym kraju UE, a w niektórych państwach Wspólnoty efektywność pracy spadła, np. w Wielkiej Brytanii o 1,8 proc., a w Holandii o 1,2 proc.

Wydajność pracy w Polsce, mimo ciągłego wzrostu, jest nadal trzykrotnie mniejsza niż średnia unijna. – „To nie znaczy, że Polacy są leniwi lub wkładają w pracę mniej wysiłku” – podkreśla prof. Elżbieta Mączyńska, szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Swoje robią zwłaszcza zła organizacja pracy przez pracodawców oraz nieuczciwi kontrahenci.

Nasi krajanie pracują nie tylko z coraz większym pożytkiem dla gospodarki (co niestety nie zawsze przekłada się na ich własne dochody), ale też bardzo dużo. Pod względem przepracowanych godzin znajdujemy się w absolutnej europejskiej czołówce: przeciętny Polak przepracował w ub.r. 1929 godzin. W Unii Europejskiej więcej pracuje tylko statystyczny Grek (o ponad 100 godzin), a w grupie krajów należących do OECD – Meksykanin i Chilijczyk. W skali roku Czech spędza w pracy ponad 100 godzin mniej, jeszcze mniej pracują Słowacy; Węgrzy, którzy w 2000 r. pracowali o ponad 40 godzin więcej od nas, teraz pracują o 40 godzin mniej. Najmniej pracuje się w Europie Zachodniej. Przykładowo, statystyczny Niemiec jest w pracy ponad 500 godzin mniej niż Polak, a każda godzina pracy tego pierwszego, dzięki dobrej organizacji i innowacyjności, wytwarza towary i usługi o cztery razy większej wartości niż powstające w ciągu 60 min. u nas.

Wzrost bogactwa powoduje, że przeciętny czas pracy spada. W ciągu 12 lat statystyczny mieszkaniec kraju nad Wisłą „zaoszczędził” prawie 60 godzin, tymczasem Czesi pracują o 100 godzin mniej, a Węgrzy o 145 mniej. Niemcy przez dekadę zdążyli odzyskać na prywatne potrzeby 74 godziny.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Jedyne takie muzeum

Jedyne takie muzeum

Rocznica odzyskania niepodległości, tj. utworzenia Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej pod przewodnictwem socjalisty Ignacego Daszyńskiego, to jednocześnie urodziny Lewicowo.pl – tworzonego przez redaktora naczelnego „Nowego Obywatela” internetowego muzeum tradycji i dorobku polskiej lewicy demokratycznej, patriotycznej i niekomunistycznej.

Lewicowo.pl to unikalna w skali Europy inicjatywa, na którą obecnie składa się już ok. 850 tekstów, w większości niedostępnych nie tylko nigdzie indziej w Internecie, ale także w większości bibliotek czy muzeów. Wszystkie materiały, z niewielkimi wyjątkami pochodzące ze skompletowanego za prywatne pieniądze archiwum Remigiusza Okraski, zostały na przestrzeni ostatnich czterech lat bezpłatnie udostępnione wszystkim zainteresowanym, opatrzone przypisami i profesjonalną bibliografią, skatalogowane etc. Dodatkowe atrakcje to m.in. ilustracje „z epoki” czy dział aktualności na temat interesujących książek i konferencji. Całość prac jest wykonywana społecznie, „po godzinach” (czy raczej: po nocach) przez redaktora portalu, przy wsparciu garstki wolontariuszy.

Jak pisze „kustosz” lewicowego muzeum w tekście rocznicowym: Gdy zaczynaliśmy naszą pracę, sporadyczne były w obiegu publicznym – także wśród rozmaitych środowisk lewicowych – odwołania do polskich tradycji socjalistycznych, emancypacyjnych i prospołecznych. Dzisiaj jest pod tym względem znacznie lepiej – wierzymy, że stało się tak m.in. dzięki naszej aktywności. (…) Zostańcie z nami przez kolejne lata! Polecajcie portal swoim znajomym! Przeglądajcie nasze archiwa, bo mnóstwo w nich wartościowych tekstów, a będzie jeszcze więcej.

Najłatwiej być „na bieżąco” z tą ciekawą inicjatywą dzięki jej kanałowi RSS albo stronie na Facebooku.

To ma swoją nazwę: hipokryzja

To ma swoją nazwę: hipokryzja

Związek Nauczycielstwa Polskiego, który grozi strajkiem w obronie Karty Nauczyciela, we własnych szkołach zatrudnia na „umowach śmieciowych”.

„Rzeczpospolita” przypomina, że ZNP planuje protesty w obronie standardów pracy w szkołach, nie wykluczając nawet strajku. Sławomir Broniarz wielokrotnie powtarzał, że obecne rozwiązania są podstawą stabilizacji zawodu nauczyciela i gwarantem rangi tej profesji. Tymczasem w prowadzonym przez związek zespole szkół w Łodzi (szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum) oraz szkole muzycznej I stopnia nauczyciele nie są zatrudnieni na podstawie Karty. Według zestawienia dotyczącego roku szkolnego 2012/2013 z blisko 39 etatów pedagogicznych funkcjonujących w Zespole Szkół ZNP ponad 16 było umowami o dzieło lub zlecenie, kolejnych 14 to etaty na czas nieokreślony zawarte na podstawie Kodeksu pracy, następne 7,5 – umowy na czas określony. Z kolei w szkole muzycznej zdecydowana większość pedagogów pracuje na umowy-zlecenia.

Wątpliwości jest więcej. W lipcu i sierpniu inspekcja pracy przeprowadziła kontrolę w szkołach prowadzonych przez nauczycielską centralę. Okazuje się, że regulamin wynagrodzeń odwołuje się w nich do minimalnych stawek wynagradzania nauczycieli. A Karta, o co z wielką energią (i słusznie) walczy ZNP, gwarantuje nauczycielom nie zasadnicze, ale tzw. średnie stawki, które są wyższe, bo składają się na nie pensja zasadnicza i dodatki. Jeżeli nauczyciel nie otrzyma wyznaczonej przez MEN średniej, przysługuje mu specjalny dodatek (wszedł on do systemu wynagradzania w 2011 r. jako realizacja żądania nauczycielskich związków). Ale w szkołach ZNP go nie ma, zatrudnieni tam pedagodzy mogą liczyć na 20-proc. premię liczoną od pensji zasadniczej.

PIP zwraca ponadto uwagę, że w Zespole nie funkcjonuje zakładowy fundusz świadczeń socjalnych, a potrącenia z pensji na związki zawodowe oraz na kasę zapomogowo-pożyczkową odbywają się bez pisemnej zgody pracowników. – „Władze szkoły z Karty wybrały tylko te elementy, które są dla nich korzystne, czyli np. dodatkowe dwie godziny pensum lub obowiązek organizowania kół zainteresowań. O jakichkolwiek przywilejach dla nauczycieli, jak urlopy na poratowanie zdrowia, nie ma mowy” – mówi Ewa Gajdka, była pedagog szkolna we wspomnianej placówce. Dodaje, że jest tam duża fluktuacja kadry: zatrudniani są młodzi nauczyciele, którym można zapłacić mniej. Stosowane są także inne triki, np. kiedy do obowiązków p. Gajdki zostało dołączone kierowanie świetlicą, nie została kierownikiem świetlicy, lecz jej koordynatorem (funkcja kierownicza bowiem wymuszałaby wypłatę dodatku funkcyjnego).

„Około trzystu uczniów, czesne na poziomie 550–600 zł miesięcznie gwarantują dobre przychody. Według najprostszego rachunku to co najmniej 1,65 mln zł rocznie” – pisze dziennik o wspomnianym zespole szkół.

O mało chwalebnej stronie związków zawodowych czytaj także tutaj.

Dwa lata po rewolucji

Dwa lata po rewolucji

5 listopada 2011 r. za pośrednictwem portalu społecznościowego Facebook odbyła się wyjątkowa akcja – Bank Transfer Day (z ang. Dzień Zmiany Banku). Wczoraj minęły dwa lata od tego symbolicznego wydarzenia, ale jak podkreślają inicjatorzy BTD: „Każdego dnia jest Dzień Zmiany Banku!”.

Organizatorzy wspomnianej akcji wezwali Amerykanów do likwidowania kont w bogatych bankach komercyjnych i zakładania ich w spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych, nazywanych za oceanem uniami kredytowymi (ang. credit unions). Jedną z inicjatorek BTD była Kristen Christian, która – jak sama mówi – miała dość wysokich opłat i kiepskiej obsługi klienta w Bank of America. Zaczęła szukać w Internecie informacji na temat alternatyw dla wielkich banków i dowiedziała się o spółdzielczości finansowej. Postanowiła skorzystać z oferty unii kredytowych i namówiła do tego samego znajomych. Zadziałał efekt kuli śnieżnej: w związku z Bank Transfer Day swoje oszczędności z dużych banków do spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych przeniosło w ciągu zaledwie jednego miesiąca ponad 600 tys. obywateli Stanów Zjednoczonych. Prawdziwa rewolucja!

W Polsce przeważająca część sektora bankowego należy do właścicieli zagranicznych. Z różnych względów jest to sytuacja niekorzystna dla polskiej gospodarki – czyli nas wszystkich. – „Podczas mojego pobytu w Gdańsku i Warszawie widziałam wielu ciężko pracujących ludzi, którzy poświęcają się na rzecz wspólnoty, w której żyją. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek w Polsce miałby korzystać z usług instytucji finansowych innych niż spółdzielcze” – powiedziała w rozmowie z „Nowym Obywatelem” Kristen Christian. Może już czas zadbać o siebie i zrobić krok w kierunku zmiany układu sił na rynku finansowym, wybierając okoliczny bank spółdzielczy lub spółdzielczą kasę oszczędnościowo-kredytową?

„Nasz człowiek” o zaletach spółdzielczości finansowej