Etos prawdziwej elity

·

Etos prawdziwej elity

·

Na ostatnim Festiwalu Obywatela, poświęconym oporowi społecznemu, miałem okazję uczestniczyć w kilku świetnych rozmowach. Zastanawialiśmy się między innymi nad dwiema sprawami: dlaczego w naszym kraju, mimo że wielu z nas mocno daje się we znaki liberalny porządek, tak mało ludzi gotowych jest nie tylko czynnie protestować i działać na rzecz zmian, ale nawet głośno mówić o własnej krzywdzie? I jak to możliwe, że wrażliwi społecznie katoliccy i laiccy polscy inteligenci obejmujący najważniejsze stanowiska w oficjalnych i nieoficjalnych (choćby czwartej) władzach III RP, tak łatwo zgodzili się na przebudowę Polski w duchu najbardziej antyspołecznej neoliberalnej ideologii („Nie ma społeczeństwa – są mężczyźni i kobiety”, mówiła tejże ideologii matka założycielka)? Odnajdywaliśmy tak wiele przyczyn, istotne zjawiska zwykle są skomplikowane, że nie sposób ich choćby wymienić w krótkim felietonie. Dlatego pozwolę sobie przedstawić własny pogląd na sprawę, który według mnie łączy oba problemy.

Zacznijmy od naszych inteligentów dokonujących transformacji. W najczęstszych – oczywiście nie na Festiwalu, ale słyszanych w ogóle w publicznej przestrzeni – próbach wyjaśnienia ich motywacji, widzę awers i rewers od dawna w polskiej tradycji obecnego i bardzo toksycznego przekonania. Owe wyjaśnienia mówią albo to, że nie mieli oni innego wyjścia, bo tylko bolesne i szokowe rynkowe reformy zaaplikowane przez rząd mogły uratować gospodarkę zrujnowaną przez komunistów, albo że nas po prostu zdradzili i sprzedali. Wspomniane przekonanie mówi, że to właśnie zakorzenione inteligenckie elity lepiej niż sam lud wiedzą, co jest dla ludu dobre, że posiadają niezwykle silny imperatyw działania dla dobra wspólnego, że istnieje coś takiego jak inteligencki etos, który nakazuje działać zawsze w interesie wszystkich, także tych, którzy sami działać w swoim interesie nie są w stanie. Czasami działania szlachetnych elit wymagają koniecznych ofiar, ale im większe te ofiary, tym większy tragizm osób podejmujących decyzje oraz ciężar, który biorą oni na swoje barki. W zasadzie więc im ofiary większe, tym większy powinien być podziw dla odważnych decyzji. Lub odwrotnie: ponieważ prawdziwe elity kierować się powinny wyłącznie szlachetnymi pobudkami, a takie zawsze przynoszą ludowi korzyść, to wszelka krzywda i niesprawiedliwość świadczą o tym, że elity sprzeniewierzyły się swojemu posłannictwu, najpewniej po prostu zdradziły lub okazały się elitami fałszywymi, podszywającymi się pod te prawdziwe.

Na początku transformacji zadziałała właśnie tak w Polsce żywotna legenda prospołecznych inteligenckich elit, zawsze kierujących się moralnym imperatywem. Elit, którym lud – z istoty swojej niezdolny do zrozumienia zawiłości gospodarki, polityki czy administrowania – powinien powierzyć władzę oraz własny los. Wtedy to nawet związki zawodowe rozpinały „parasol ochronny” nad reformami, które miały pozbawić ich członków pracy i środków utrzymania. A wiara ludzi w szlachetne intencje i proludowe nastawienie inteligenckich przywódców często skuteczniej niż policyjna pałka gasiła liczne, choć rozproszone protesty społeczne.

Polska inteligencja jest formacją poszlachecką i niezwykle mocno pielęgnuje szlachecką wizję świata. Jej samoświadomość konstytuują dwie wartości: demokratyzm i przekonanie o służebnej roli w społeczeństwie. Obie wartości zresztą sprzeczne, ale w specyficzny sposób godzone.

Inteligencki demokratyzm zakłada oczywiście równość wszystkich ludzi i świadomość, że własna uprzywilejowana pozycja nie dałaby się pogodzić z równością, gdyby nie to, że inteligencja jest klasą otwartą, do której dostęp mają wszyscy ci, którzy wyrwą się z ludowej ciemnoty i zacofania, a także, co niezwykle istotne, przyjmą inteligencki system wartości i sposób postrzegania świata. Do inteligencji więc każdy może i powinien dorosnąć, a że nie każdy dorasta, to jest oczywistym dowodem na to, że lud jednak jest ciemny i nieskory do oświecenia. Jest to dość prosta kalka demokratyzmu szlacheckiego, w którym jednak wyżej niż walory intelektualne cenione były militarne. W I RP żywe było przekonanie, że polska szlachta to po prostu ludzie najdzielniejsi i najszlachetniejsi, do których dostęp otwarty jest tym przedstawicielom ludu, którzy objawią dzielność i szlachetność w walce o wolność, tyle że niestety lud jest tak podły i tchórzliwy, iż wciąż jeszcze nie przeszedł przez szeroko otwarte wrota. Mickiewicz w tej rzekomej szlacheckiej inkluzywności, przetrąconej jakoby przez zaborców, widział dowód na to, że Polska była światową ojczyzną wolności:

„Król i mężowie rycerscy przyjmowali do braterstwa swego coraz więcej ludu; przyjmowali całe pułki i całe pokolenia. I stała się liczba braci wielka jako naród, i w żadnym narodzie nie było tylu ludzi wolnych i bracią nazywających się jako w Polsce. A na koniec król i rycerstwo dnia trzeciego maja umyślili wszystkich Polaków zrobić bracią, naprzód mieszczan, a potem włościan” („Księgi narodu polskiego”).

Przekonanie o służebnej roli i o moralnej powinności inteligencji wobec ludu wynikało oczywiście z poczucia winy potomków szlachty gnębiącej ten lud bez opamiętania. Ale także z odziedziczonego po protoplastach przekonania, że lud jest trwale niezdolny do samodzielnego bytu, pozbawiony własnych aspiracji, i że potrzebuje klasy dostarczającej wzorców zachowań i stylów życia tym nielicznym, którzy podejmują wysiłek awansu. Bo tak jak szlachcic w wieku XVII czy XVIII, tak polski inteligent w wieku XIX i XX siebie samego właśnie postrzegał jako miarę wszelkiego ludowego awansu i wyraziciela wszelkich szlachetnych ludzkich aspiracji. Był głęboko i szczerze przekonany, że w kraju tak ciemnym i zacofanym jak nasz musi istnieć klasa pielęgnująca wartości wysokie, które dziki i nieokrzesany lud z pewnością by zatracił, gdyby emancypował się według własnych pomysłów. Oczywiście najlepsi z inteligencji rzeczywiście gotowi byli do fantastycznych poświęceń i ofiarności dla ludu wtedy, gdy dotykała go obca przemoc. Jednocześnie jednak witano szyderstwem wszelkie objawy emancypacji niezgodnej z inteligenckim wzorcem: kiedy górnik zarabiał więcej niż naukowiec, rolnik, pozostając rolnikiem, stawiał murowany dom i kupował auto, na które nie było stać nauczyciela, robotnicze dzieci miały preferencje w przyjęciu na studia itp.

Miał więc, powtórzmy, polski inteligent jedyny pomysł na ludową emancypację: najlepszy z ludu może zostać inteligentem. Oczywiście był to sposób nieco tylko mniej zakłamany niż szlachecki: najlepszy z ludu może zostać szlachcicem. Bo przecież nie może istnieć naród złożony z samej szlachty ani społeczeństwo samych inteligentów. No ale taki pomysł miał kilka zasadniczych zalet: pozwalał po pierwsze zachować uprzywilejowaną pozycję społeczną i gospodarczą przy jednoczesnym głoszeniu demokratycznych idei, po drugie zachować przekonanie o własnej wyższości przy jednoczesnym poczuciu służebności. Po trzecie – upośledzeni byli sami sobie winni, bo przecież nie dorośli, nie dali się nauczyć, nie wykazali się…

I tu powrócę do naszej transformacji ustrojowej. Nie sądzę, żeby nasi społecznie wrażliwi katoliccy i laiccy inteligenci promujący Balcerowicza i jego antyspołeczne pomysły mieli złe intencje. W konspiracyjne teorie wierzę tylko o tyle, że wielka polityka jest zawsze uprawiana w konspiracji. Myślę, że oni zadziałali ze szczerym – choć pokrętną szczerością – przekonaniem, że to, co robią, jest dla ludu dobre. Że oni przecież nie chcą dla siebie żadnych korzyści, a wszystko to, co umysły mało subtelne uważają za korzyści – a więc władza, wpływy, sława, doświadczanie usłużności i uniżenia innych – to w istocie służba i ofiara z własnego życia, których lud nie jest w stanie właściwie docenić.

Zrobili znów paradoksalnie: z jednej strony przeciwko utrwalonym sposobom działania własnej klasy, które dowiodły już nieprzystawalności do nowych czasów, z drugiej zaś zgodnie z własnym etosem i zgodnie z wyrobionymi przez stulecia wzorcami postępowania. Tak jak ich przodkowie postanowili przekształcić anachroniczną szlachtę, tak oni postanowili przekształcić anachroniczną peryferyjną inteligencję. I powołać nową elitę, nowoczesną i pozbawioną peryferyjnego charakteru, dynamiczną i zdolną do skutecznego działania nie tylko w naszym polskim grajdołku, ale i w całym, wciąż zmniejszającym się świecie. Elitę oczywiście demokratyczną i życzliwą bliźnim, która, gdy tylko nasyci własne materialne aspiracje, natychmiast odczuje potrzebę służebności wobec tych, którym się gorzej powiodło. Pamiętam pewnego wrażliwego społecznie redaktora, który mówił, że jesteśmy zbyt biedni na rozwiązania socjalne, a będzie można je wprowadzać dopiero wtedy, gdy kapitalizm nas wzbogaci. I oczywiście miała to być elita inkluzywna, do której będzie mógł wejść każdy, kto tylko wykaże się odpowiednimi zdolnościami. Bo przecież każdy może założyć własny biznes, dorównać, a nawet prześcignąć tych, którzy do tego wyścigu wystartowali szybciej i lepiej wyposażeni. Przecież to tylko kwestia indywidualnych zdolności…

I rzeczywiście, elity naszej nowej Polski od samego początku robiły bardzo dużo, aby pokazać, że otwierają na oścież rodakom wrota emancypacji. Pracownikom wielu likwidowanych zakładów wypłacano spore odprawy i zachęcano do założenia własnego biznesu. Jak grzyby po deszczu powstawały uczelniane wydziały, a później całe wyższe szkoły kształcące menedżerów. W szkołach kosztem inteligenckiej literatury czy historii wprowadzono lekcje przedsiębiorczości. Bezrobotnym oferowano kredyty na otwarcie własnego zakładu fryzjerskiego lub sklepu, które mogą wszak stać się zaczątkami globalnych sieci. Milionerzy zawsze chętnie udzielają wywiadów i porad, jak żyć, aby znaleźć się na ich miejscu.

I znów mamy tu historyczną kalkę. Jeżeli mimo tak usilnie wspomaganej inkluzywności nowej elity mamy w Polsce tak wielu przegranych, to ma być to dowód na to, że są oni sami sobie winni. Że nie pozwalają siebie uczyć, nie chcą się starać, nie są dość kreatywni czy uczciwi. Tyle że taka inkluzywność i taki wzorzec społecznego awansu znów są nieco zakłamane. Bo nie może istnieć społeczeństwo, w którym wszyscy będą biznesmenami, gospodarka, w której pracować będą sami menedżerowie, miasto, w którym zawsze brakuje fryzjerów i małych sklepów. Jednocześnie bardzo ostro piętnuje się, a nawet karze wszelkie próby dążenia do własnej podmiotowości, które odbiegają od elitarnego wzorca, jak np. domaganie się przez pracowników wyższych wynagrodzeń czy szanowania ich czasu wolnego, obrona przez lokatorów własnych mieszkań, próby społecznego kontrolowania władz.

O ile inteligencki styl życia i etos dość szybko zanikają wśród elit (choć w melanżu z etosem menedżera-profesjonalisty i unijnego biurokraty są pielęgnowane np. w ekskluzywnych środowiskach tzw. NGO’sów), o ile zanikają uprzywilejowana pozycja i wysoki status inteligenckich zawodów (choćby nauczycieli), to jednak mit inteligencji jako klasy, która powinna objąć przywództwo, wcale nie zanikł. Przekonanie Polaków, że to właśnie inteligenckie elity powinny realizować dziejową misję przewodzenia narodowi (społeczeństwu), daje się zauważyć także i dziś, i to po wszystkich stronach politycznych barykad. Jedni wyrażają je tęsknotą za władzą takich intelektualistów, rozważnych i pozbawionych innych niż wzniosłe motywacji, jak Mazowiecki, Kuroń czy Geremek, którzy z pewnością doprowadziliby ojczyznę do stanu rozkwitu, gdyby im populizm i warcholstwo rodaków nie przerwały misji. Inni przekonaniem, że prawdziwe polskie elity, jako najbardziej ofiarna klasa, zostały wymordowane w dziejowych zawieruchach, ostatnio w Katyniu, Auschwitz i w stalinowskich katowniach, a ich miejsce zajęli uzurpatorzy przywiezieni na sowieckich tankach, podstępni wychrzczeni Żydzi lub ćwierćinteligenci ze społecznego awansu i dlatego władza należy się jedynemu ocalałemu prawdziwemu żoliborskiemu inteligentowi. Tęsknoty te wynikają, jak sądzę, właśnie z głębokiego przekonania Polaków, że ich własne życiowe aspiracje i cele powinni formułować inni: ludzie, których Opatrzność i urodzenie predestynowały do takich zadań.

I oczywiście żadne historyczne doświadczenia nie są w stanie przekonać nas, że prospołeczne elity to oksymoron. Że elity właśnie dlatego są elitami, ponieważ mają więcej niż inni władzy, wiedzy, własności, zasobów. A mogą mieć ich więcej wyłącznie dzięki temu, że inni mają ich mniej. Nie ma elit prawdziwych i fałszywych, bo jeśli elita jest elitą, to jest nią w istocie. Polskie przekonanie o tym, że życie społecznie powinno być zhierarchizowane, a dbałość o dobrobyt i powodzenie każdego z nas powierzone odrębnej klasie, jest tak silnie zakorzenione, że z trudem przebija się do naszej świadomości prosta prawda, iż klasy społeczne oprócz powinności mają swoje interesy, które z reguły sprzeczne są z interesami innych klas. A legendy o powinnościach często służą właśnie realizowaniu interesów. Przekonanie to jest dla nas zresztą wygodne: zwalnia nas od myślenia oraz od działań dla naszego własnego dobra, skoro jak na pobudkę śpiących rycerzy spod Giewontu czekamy na prawdziwe elity, które się w końcu nami dobrze zajmą.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie