Fabryka upadła, powstał supermarket

Fabryka upadła, powstał supermarket

Kiedyś Diora była perłą polskiego przemysłu elektronicznego. Po sprzęt z dzierżoniowskiej fabryki ludzie pielgrzymowali z całego kraju. Radioodbiorniki, a później wieże Diory mogły śmiało konkurować z produktami zachodnich firm. Dzisiaj w miejscu dawnych hal stoi supermarket.

Narodziny Fabryki Odbiorników Radiowych w Dzierżoniowie (tak brzmiała pierwsza nazwa Diory) to listopad 1945 roku. Wtedy to zapadła decyzja o zagospodarowaniu poniemieckiego obiektu przy ulicy Szkolnej. Początki nie były łatwe. Zdewastowane i opustoszałe hale, bez okien i drzwi, cały teren zbombardowany w 1944 roku przez lotnictwo. Najszybciej uruchomiono warsztat reperacyjny odbiorników radiowych. Ze zwiezionych do zakładu około 10 000 sztuk radiowego złomu udało się naprawić i sprzedać prawie połowę. Jednym z istotnych etapów prac było tzw. zeskrobywanie gapy, czyli usuwanie z obudowy godła niemieckiego ze swastyką.

Radio dla każdego
W 1947 roku zakupiono w szwedzkiej firmie AGA licencję na produkcję – luksusowego jak na owe czasy – superheterodynowego radioodbiornika Aga. Do 1949 roku wyprodukowano 26 tys. egzemplarzy tego modelu. Równolegle inżynierowie z Dzierżoniowa pracowali nad własną konstrukcją taniego odbiornika dostępnego dla masowego użytkownika. Efektem ich prac był pierwszy polski radioodbiornik Pionier. Ten niezwykle udany model był produkowany pod różnymi nazwami (Mazur, Promyk, Polonez) do połowy lat 50., a jego układy wykorzystywano znacznie dłużej.

Następny duży krok w historii fabryki to wprowadzenie na rynek pełnotranzystorowego odbiornika Krokus, który stanowił całkowicie nowatorską konstrukcję odbiegającą od dotychczasowych rozwiązań. Krokus był odbiornikiem przenośnym. Specjalny uchwyt pozwalał na mocowanie radia w samochodzie. Odbiornik posiadał też funkcję zasilania z samochodowego akumulatora.

W 1976 roku dzierżoniowską fabrykę należącą wówczas do Zjednoczenia Przemysłu Elektronicznego Unitra opuścił pierwszy egzemplarz legendarnego Amatora Stereo DSS-101. Przez wiele lat był to najpopularniejszy odbiornik radiowy w Polsce. W zmienionych wersjach Amator był produkowany do połowy lat 80.

To było serce miasta
W okresie największej świetności Diora zatrudniała nawet 3,5 tys. osób. W stosunkowo niewielkim mieście, jakim jest Dzierżoniów, tak duży zakład pracy odgrywał szczególne znaczenie. – „W Diorze pracowały całe rodziny. Młodzież uczyła się w przyzakładowej szkole średniej, tzw. radiobudzie. To było takie serce miasta” – mówi pan Edward Kumorek, który pracę w Diorze rozpoczął w 1974 roku.

Produkcja dzierżoniowskiego zakładu trafiała nie tylko na rynek krajowy. W swojej bogatej historii firma współpracowała z takimi potentatami przemysłu elektronicznego jak Siemens, Thomson czy Sanyo. Jeszcze w PRL produkty Diory można było znaleźć w zachodnich katalogach. Z kolei wieże stereo produkowane w dzierżoniowskiej fabryce w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia pod względem parametrów często biły na głowę zagraniczną konkurencję. W tym czasie w Dzierżoniowie produkowano również telewizory i magnetowidy.

Triumf tandety
W 1989 roku Przedsiębiorstwo Państwowe Zakłady Radiowe Diora zostało przekształcone w spółkę akcyjną Diora S.A. Wydawało się, że firma poradzi sobie w warunkach wolnej konkurencji i otwartego rynku. Stało się jednak inaczej. Lata 90. to powolny rozkład zakładu. Ostatecznie z Diory wydzielono kilka niewielkich firm (Dionar, Diotech, Diora-serwis, Galwanizer, Diora Świdnica) zatrudniających po kilkadziesiąt osób i w większości nie mających wiele wspólnego z elektroniką. Z kolei spółka-matka w 2001 roku ogłosiła upadłość. 5 lat później Diora S.A. została prawomocnie wykreślona z listy podmiotów gospodarczych.

Przyczyn smutnego końca gwiazdy polskiej elektroniki jest kilka. Jedna z nich to zalew polskiego rynku na początku lat 90. zachodnim, często znacznie gorszym sprzętem. – „W większości była to tandeta jednorazowego użytku. Tymczasem diorowską wieżę mam w domu do dzisiaj i wciąż działa świetnie. Technicznie nasze produkty były bez porównania lepsze od tych importowanych jednorazówek, ale z zewnątrz nie wyglądały tak ładnie jak one” – mówi Andrzej Karasiński, ostatni przewodniczący „Solidarności” w Diorze.

Złe decyzje, bierność polityków 
Oprócz tego firmę ciągnęły w dół nietrafione decyzje jej kierownictwa z lat 80. – „Ówczesna dyrekcja kupiła za koszmarne pieniądze automat do wytwarzania całych mechanizmów do magnetowidów. Dziennie ta maszyna mogła zrobić ich tyle, że starczyłoby na potrzeby całej Europy. Tymczasem my planowaliśmy produkcję na poziomie 100-200 sztuk dziennie. Potem okazało się, że tego automatu nie da się sprzedać, bo wtedy wszyscy już opierali się na kupowanych z zewnątrz podzespołach i taka maszyna nie była im do niczego potrzebna. Nam został ogromny kredyt, z którego firma już się nie wygrzebała” –podkreśla Karasiński.

W 1994 roku w Diorze ruszyła produkcja telewizorów OTVC-100, a rok później nowocześniejszej wersji OTVC-200. Choć były to całkiem przyzwoite odbiorniki, rynek był już nasycony. Ponadto stosunkowo niewielka skala produkcji w Dzierżoniowie powodowała, że diorowskie telewizory były droższe od importowanych. – „Robiliśmy też zestawy satelitarne, które w miarę dobrze się sprzedawały, ale to było za mało, żeby przezwyciężyć zaległości finansowe z poprzedniego okresu” – mówi Karasiński.

Upadek Diory dokonywał się przy całkowitej bierności polityków z wszystkich kolejnych ekip rządzących. Ostatnim produktem, który mógł ocalić zakład, był automat do sprzedaży kart telefonicznych. W tamtych czasach, kiedy o komórkach mało kto słyszał, takie urządzenie miało spore szanse na rynkowy sukces. Niestety mimo wielokrotnych prób zarządu firmy i związków zawodowych, produktem nie udało się zainteresować ani rządu, ani należącej jeszcze wówczas do państwa Telekomunikacji Polskiej.

Zamiast Diory supermarket
Dzisiaj na miejscu hal Diory stoi supermarket. Internat „radiobudy”, w którym kiedyś mieszkali uczniowie ściągający do Dzierżoniowa z całej Polski, niszczeje i straszy powybijanymi oknami. Upadek Diory był wielkim ciosem dla całego miasta i regionu i przede wszystkim dla lokalnego rynku pracy. – „Kiedyś gdy szło się ulicą, co drugi człowiek to był kolega z pracy lub ktoś, kogo zna się z widzenia, bo pracuje w tym samym zakładzie. Diora trzymała ludzi razem, wszyscy żyli jakby bliżej siebie. Dzisiaj wszyscy są zajęci swoimi sprawami, chowają się we własnych mieszkaniach. Bez Diory miasto jest jakby opuszczone” – mówi Edward Kumorek.

Łukasz Karczmarzyk

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Nie chcą być śmieciowym pokoleniem

Nie chcą być śmieciowym pokoleniem

„Mniej nagród dla ministrów, więcej pracy dla ludzi”, „Szacunku w pracy i godnej płacy”, „Nie chcemy być śmieciowym pokoleniem” – to niektóre hasła pikiety zorganizowanej przez Komisję Młodych OPZZ pod Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej.

Lewica24 informuje, że związkowcy przynieśli ze sobą śmietnik z napisem „Umowy śmieciowe do kosza”. – „My, młodzi, nie chcemy być nazywani straconym pokoleniem, nie chcemy być nazywani prekariatem, dlatego żądamy godnej pracy i godnej płacy” – skandowała przewodnicząca Komisji Młodych Monika Ditmar. Wskazywała na największą bolączkę swoich rówieśników, czyli kompletny brak stabilizacji. – „Żądamy znacznego ograniczenia stosowania »umów śmieciowych«. Skrócenia wieku emerytalnego, tak by dać szansę młodym ludziom wejścia na rynek pracy. Żądamy identyfikacji głównych barier tworzenia miejsc pracy i ich eliminacji nie tylko na poziomie przedsiębiorstw, ale na poziomie całej gospodarki. Żądamy też opracowania i wdrożenia stabilnych warunków prawno-ekonomicznych, sprzyjających zatrudnieniu młodych oraz tworzeniu miejsc pracy. Zmiany metod funkcjonowania i struktury zatrudnienia w powiatowych urzędach pracy” – usłyszeliśmy.

W imieniu młodych Ditmar domagała się zapewnienia korzyści przedsiębiorcom zatrudniającym młodych absolwentów, opracowania programu gwarancji dla młodych i szybkiego jego wdrożenia. – „Szanowny Panie Ministrze, Komisja Młodych Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych domaga się, by rząd Rzeczpospolitej Polskiej zaczął poważnie traktować problem bezrobocia wśród młodych ludzi. Władze nie pozwalają młodym ludziom spokojnie myśleć o przyszłości i świadomie ją planować. Panie Ministrze, jeżeli nie zmieni Pan swojej polityki, to za kilka lat z kraju wyjedzie kolejne dwa miliony młodych ludzi” – przekonywała. Tadeusz Szmit, przewodniczący zgromadzenia, poprosił o minutę ciszy po 8-godzinnym dniu pracy.

Zdaniem Andrzeja Radzikowskiego, wiceprzewodniczącego OPZZ, to młodych ludzi w największym stopniu dotknął kryzys, a pazerni przedsiębiorcy to właśnie ich w największym stopniu eksploatują, wykorzystując duże bezrobocie do zatrudniania na umowy cywilno-prawne, które nie dają żadnej ochrony i stabilności. – „Niedawno słyszałem, że mówi się o polskim społeczeństwie, iż jest mało mobilne w poszukiwaniu pracy. To ja się pytam, Panie Ministrze: ile jeszcze ludzi musi wyjechać z Polski, żeby uznał Pan, że jesteśmy jednak mobilni? Dwa miliony to mało?” – ironizował Radzikowski.

Podkreślił, że OPZZ przedłożyło wiele propozycji ograniczenia stosowania „umów śmieciowych”, ale także ożywienia rynku zatrudnienia i poprawy warunków pracy. Ostatnie – w sierpniu br. – „Rozmowy nie zostały podjęte przez rząd pod naciskiem polskich przedsiębiorców, którzy kryzys wykorzystują do jeszcze szybszego bogacenia się” – ocenił Radzikowski. W jego opinii fakt, że PKB rośnie, jest dostatecznym dowodem na to, że są pieniądze, jedynie nieuczciwie dzielone. – „Rządzący muszą zrozumieć, że ich konstytucyjnym zadaniem jest działanie na rzecz całego społeczeństwa, a nie tylko wybranych – najbogatszych elit” – podsumował wiceszef Porozumienia.

Delegacja KM OPZZ została wpuszczona do siedziby resortu, gdzie przedstawiła swoje postulaty:

– Tworzenie nowych, godnych miejsc pracy, ponieważ władze publiczne zgodnie z Konstytucją mają obowiązek prowadzić politykę pełnego zatrudnienia
– Znaczące zmniejszenie liczby „umów śmieciowych”, gdyż młodym ludziom należy się godna, etatowa praca
– Zniesienie darmowych staży, bowiem za każdą pracę należy się godne wynagrodzenie
– Wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej w wysokości 11 zł brutto
– Podwyższenie zasiłków dla bezrobotnych i objęcie nimi wszystkich osób pozbawionych pracy
– Radykalne zwiększenie wydatków na politykę rodzinną
– Budowa mieszkań socjalnych i komunalnych zamiast dodatków do kredytów mieszkaniowych, z których korzystają tylko najbogatsi Polacy.

Reforma OFE jest potrzebna

Reforma OFE jest potrzebna

„System OFE został stworzony bez dogłębnej analizy jego skutków. Konieczne jest radykalne ograniczenie jego negatywnego wpływu na finanse publiczne” – pisze w liście otwartym grupa cenionych polskich ekonomistów.

* * *

W 1998 roku Polska przyjęła bardzo ważną reformą systemu emerytalnego. Udało się doprowadzić do sytuacji, w której każdy urodzony po 1948 r. zyskał w ZUS swoje konto emerytalne, na którym – w zależności od długości pracy i wysokości odprowadzonych składek – odkładany jest jego tzw. kapitał emerytalny. Tak działa system zdefiniowanej składki.

Niestety w tej samej reformie przyjęto inny mechanizm, który stanowi olbrzymi balast dla naszych finansów publicznych. Nawet najwięksi obrońcy tego systemu nie zaprzeczą jednemu faktowi. Ten system generuje koszty. I to ogromne koszty. W ciągu ostatnich 15 lat wyniosły one aż 280 mld złotych.

Nie da się podważyć faktu, że gdyby nie system OFE, dług publiczny byłby o 17,5 pkt proc. PKB niższy, a Polska miałaby dziś wiarygodność porównywalną do Czech. Ten system, dając pozory oszczędności, w rzeczywistości jest zaszytym w system emerytalny mechanizmem generowania długu. Jeśli nie zreformujemy systemu OFE w ciągu najbliższych 10 lat, Polsce może grozić bankructwo.

System OFE został stworzony bez dogłębnej analizy jego skutków. Konieczne jest radykalne ograniczenie jego negatywnego wpływu na finanse publiczne. Jednak jego funkcjonowanie przez 15 lat miało ogromny wpływ na polski rynek kapitałowy. Dlatego zmiany w systemie emerytalnym muszą być przeprowadzone w sposób niepociągający za sobą dodatkowych kosztów z tytułu zaburzeń na tych rynkach.

Rządowa propozycja zmian w systemie emerytalnym ma charakter umiarkowany, ale spełnia te warunki. Z jednej strony dzięki przeniesieniu tzw. części obligacyjnej do ZUS zmniejszy się dług publiczny o 7-8 pkt proc. PKB. Z drugiej strony pozostawienie w OFE tzw. części akcyjnej eliminuje ryzyko poważnych zaburzeń na rynku kapitałowym. W końcu możliwość podjęcia decyzji co do uczestnictwa w systemie OFE daje wszystkim obywatelom szansę wyboru, której większa część Polaków nigdy nie miała. Dla tych, którzy mogli 15 lat temu wybrać, jest możliwością weryfikacji swoich sądów po 15 latach funkcjonowania tego systemu.

Chcemy też poprzeć zapowiedź wprowadzenia nowej stabilizującej reguły wydatkowej, która zracjonalizuje obecny system progów ostrożnościowych. Ich realne obniżenie, będące efektem zmian w systemie OFE, w połączeniu z wprowadzeniem zasad podejmowania działań antycyklicznych pozwoli trwale zredukować poziom długu, co systemowo poprawi kondycję polskich finansów publicznych i wiarygodność kredytową Polski.

Pod listem, opublikowanym przez Wyborcza.biz, podpisali się m.in. prof. Grażyna Ancyparowicz, dr Andrzej S. Bratkowski, dr Bogusław Grabowski, prof. Urszula Kalina-Prasznic, prof. Witold Kasperkiewicz, prof. Paweł Kozłowski, prof. Anna Krajewska, prof. Stefan Krajewski, dr Piotr Krajewski, prof. Rafał Krawczyk, prof. Eugeniusz Kwiatkowski, dr Kazimierz Łaski, prof. Michał Mackiewicz, prof. Krzysztof Marczewski, prof. Elżbieta Mączyńska, prof. Tomasz Michalski, prof. Jolanta Młodawska, prof. Ewa Okoń-Horodyńska, prof. Jerzy Osiatyński, prof. Leokadia Oręziak, prof. Leon Podkaminer, prof. Jerzy Wilkinprof. Jerzy Żyżyński.

Minister nie chce rozmawiać o likwidacji laboratoriów

Minister nie chce rozmawiać o likwidacji laboratoriów

Kolejny skandal z dialogiem pomiędzy rządem a związkami zawodowymi. Ministerstwo Zdrowia nie tylko nie zamierza spotykać się ze związkowcami, ale nawet udzielić merytorycznej odpowiedzi na stawiane w pismach pytania. Wskazuje na Komisję Trójstronną.

Na początku października „Solidarność” ochrony zdrowia wystosowała do ministra zdrowia protest w sprawie likwidacji akredytowanych laboratoriów działających przy stacjach sanitarno-epidemiologicznych. Związkowcy sprzeciwiają się również wydzieleniu nadzoru nad ochroną żywności ze struktur Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Żądają zaprzestania niezgodnej ich zdaniem z prawem likwidacji placówek i spotkania w tej sprawie. Na próżno. W odpowiedzi, jakiej udzieliło Ministerstwo Zdrowia, możemy przeczytać, że miejscem do rozmów jest Komisja Trójstronna.

– „W sprawie stacji sanitarno-epidemiologicznych rozmowy w Trójstronnej toczyły się bezskutecznie od kilku lat” – komentuje wezwanie ministra Maria Ochman, szefowa Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”. – „To kolejny dowód na jałowość dialogu społecznego”.

Zdaniem Ochman to co się dzieje, to nic innego jak motywowana wyłącznie oszczędnościami destrukcja polegająca na likwidacji i zwalnianiu ludzi. Głównie w województwach małopolskim, pomorskim, zachodniopomorskim i podkarpackim.

– „W ostatnim czasie proces ten został znacznie przyśpieszony, dlatego potrzebne jest pilne spotkanie” – podsumowuje Ochman. (…)

Pismo Sekretariatu Ochrony Zdrowia do Ministra Zdrowia
Odpowiedź Ministra Zdrowia

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność”. Drobne skróty pochodzą od „Nowego Obywatela”.