Dość tego!

Dość tego!

Ponad 20 tys. osób przeszło w sobotę ulicami Warszawy w ramach protestu Związku Nauczycielstwa Polskiego pod hasłem „Dość tego!”.

Jak podaje strona ZNP, pierwsza pikieta miała miejsce przed gmachem Sejmu. Szef związku Sławomir Broniarz zaapelował do posłów, aby z projektu nowelizacji ustawy o systemie oświaty uchwalili tylko przepisy dotyczące rekrutacji do publicznych przedszkoli i szkół. Podkreślił, że pozostałe propozycje są szkodliwe, bo prowadzą do dalszej komercjalizacji edukacji. Nawiązał także do proponowanej nowelizacji Karty Nauczyciela: „Wszystkie te zmiany mają jeden mianownik: byle jak, byle taniej! Czy tego chcemy? Tańszej szkoły? Szkoły i przedszkola z tańszymi pracownikami? Czy posłowie i posłanki chcą właśnie taką perspektywę zgotować następnym pokoleniom? Posłowie! Wy już się wykształciliście, dajcie innym szansę na skończenie dobrej szkoły!”. Nauczyciele mówili m.in. o sytuacji młodych pedagogów oraz o problemach finansowych, z jakimi borykają się małe szkoły. Odczytano także list Europejskiego Komitetu Związków Zawodowych Oświaty i Nauki oraz Międzynarodówki Edukacyjnej z wyrazami poparcia dla manifestujących, którzy następnie udali się pod siedzibę MEN.

Przed gmachem resortu Broniarz mówił o ciągłym reformowaniu oświaty oraz o zagrożeniach, jakie niosą ze sobą rządowe propozycje. – „Nie może być zgody na to, by w szkole – jako nauczyciele – pracowały osoby zatrudnione na podstawie Kodeksu pracy, a nie – Karty Nauczyciela, bo tak jest taniej. Taniej to nie znaczy dobrze. Inaczej samorządy będą niedługo oczekiwały, że nauczyciele będą pracowali za darmo lub za najniższe wynagrodzenie” – ocenił. Dodał, że od ministra nauczyciele oczekują „spokojnego administrowania, a nie reformowania dla samych reform, z chęci zapisania się złotymi głoskami w dziejach polskiej edukacji”. Wyraził nadzieję, że nowa minister, Joanna Kluzik-Rostkowska usiądzie ze związkowcami do stołu, oraz przypomniał, że Związek domaga się powrotu do silnej pozycji dyrektora szkoły, który nie będzie niewolnikiem samorządu tylko dlatego, że dzieli on publiczne pieniądze. W dalszej kolejności mówiono m.in. o biurokracji w szkołach oraz o samorządowych „reformach”, polegających na likwidacji placówek oraz zwolnieniach.

Kolejnym odwiedzonym miejscem była Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, gdzie związkowcy złożyli petycję do Donalda Tuska.

Kiedy manifestacja przechodziła ulicami, grupa warszawskich nauczycieli pod przewodnictwem Urszuli Woźniak, prezes Oddziału ZNP Warszawa – Mokotów, Ursynów, Wilanów, demonstrowała przed budynkiem, w którym właśnie odbywała się Konwencja PO.

Więcej o powodach manifestacji przeczytać można tutaj, zaś filmy z wydarzenia znajdują się tu.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…
Leszek Gilejko Avatar

Zawsze po stronie pracowników

Zawsze po stronie pracowników

22 listopada zmarł prof. dr hab. Leszek Gilejko, członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”. Zapamiętamy go jako osobę, która od wielu dekad pozostawała wierna idei autentycznej samorządności pracowniczej, marginalizowanej w PRL i ignorowanej w III RP.

Leszek Gilejko Avatar

Leszek Gilejko (ur. 1932) był socjologiem, pracownikiem naukowym Szkoły Głównej Handlowej i Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku, członkiem Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN. Całą karierę zawodową poświęcił takim zagadnieniom jak socjologia przemysłu i struktur społecznych, związki zawodowe czy partycypacja pracowników w zarządzaniu i własności przedsiębiorstw. Aktywnie włączał się także w praktyczne działania na rzecz samorządu pracowniczego, poczynając od „odwilży” zapoczątkowanej wydarzeniami Października ‘56, kiedy to wspierał ruch zakładowych rad robotniczych. Później brał udział m.in. w tworzeniu zapisów ustawy o samorządzie załogi przedsiębiorstwa, uchwalonej we wrześniu 1981 r. W wolnej Polsce nie porzucił – w przeciwieństwie do wielu innych osób – tych sympatii i ideałów.

Był członkiem reformatorskiego skrzydła PZPR, które dążyło do ewolucyjnej demokratyzacji życia społecznego i gospodarczego w ramach istniejącego systemu, uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu z ramienia strony rządowej. Po roku 1989 był członkiem-założycielem Solidarności Pracy, następnie pełnił funkcje doradcze w Unii Pracy oraz był przewodniczącym Naukowej Rady Programowej Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” przy Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej.

Profesor, choć trudno nam utożsamić się ze wszystkimi jego wyborami politycznymi, był dla nas przykładem wierności prospołecznym ideałom. Nasz szacunek budziło jego wsparcie dla samorządności pracowniczej niezależnie od panującego klimatu politycznego, wiele rzetelnych badań klasy robotniczej oraz brak nawrócenia na liberalizm gospodarczy po 1989 r. Do końca życia, mimo kiepskiego stanu zdrowia, miał dobre słowo i pomocną dłoń dla tych, którzy upominali się o pracowników lub przypominali tradycje ich samoorganizacji.

Poglądy i postawę Profesora dobrze podsumowuje wywiad, który opublikowaliśmy w „Obywatelu” nr 32 w roku 2006. W całości publikujemy go poniżej.

* * *

Robotnicy gospodarzami – z prof. Leszkiem Gilejko rozmawia Krzysztof Kędziora

Panie Profesorze, zacznijmy od samej idei partycypacji robotników w zarządzaniu zakładem. Jakie są jej źródła? Kiedy pojawiły się pomysły tego, co nazywane jest demokracją przemysłową?

L. G.: Idea tworzenia różnych instytucjonalnych form demokracji przemysłowej czy udziału pracowników w zarządzaniu ma dość długą historię. Sięga końca pierwszej połowy XIX wieku. Możemy wyróżnić trzy grupy przyczyn, jakie wpłynęły na rozwój tych idei.

Pierwsza to zwiększenie się liczby robotników i zmiany w łonie tej grupy. Z jednej strony następował rozwój gospodarczy, z drugiej zaś pojawiły się pierwsze napięcia i konflikty w postaci strajków czy burzliwych protestów robotniczych. Zaczęły powstawać pierwsze organizacje robotnicze – związki zawodowe. Już w II połowie XIX w. w takich krajach jak Anglia, Niemcy czy Francja powstają ogólnokrajowe formacje związkowe. Robotnicy dali o sobie znać jako zbiorowość działająca na rzecz własnych interesów, a także dążąca do zmiany swego statusu w środowisku pracy.

Drugi zespół przyczyn to koncepcje różnych myślicieli, proponujących rozwiązania alternatywne w stosunku do istniejącego stanu rzeczy, a nawet formułujących propozycje na skalę makrospołeczną. Tutaj możemy wymienić socjalistów: w Anglii Roberta Owena, we Francji Karola Fouriera, czy później Piotra Józefa Proudhona, w Niemczech zaś Ferdynanda Lassalle’a. To właśnie u Lassalle’a pojawiają się pierwsze propozycje tworzenia nowych form zarządzania w oparciu o stowarzyszenia powstające w samych środowiskach robotniczych.

W 1891 r. zostaje z kolei ogłoszona encyklika papieska Rerum Novarum, dająca podstawy doktrynie społecznej Kościoła Katolickiego, gdzie silnie podkreślano konieczność przywrócenia pracy znamion człowieczeństwa. Pojawia się także ruch polityczny środowisk pracowniczych, mianowicie partie socjaldemokratyczne, w których programach obecna jest idea zmiany stosunków pracy czy stosunków własnościowych. Równolegle zaczyna się rozwijać ruch spółdzielczy, np. angielscy fabianie.

Koncepcje te były rozwijane, a najbardziej radykalną postać przyjęły poglądy Georgesa Sorela. Z nim jest związana koncepcja radykalnego syndykalizmu, czyli idei przejmowania w wyniku strajku generalnego przez związki zawodowe zarządzania przedsiębiorstwami i całą gospodarką, a także tworzenia na tej podstawie nowych struktur władzy politycznej.

Do dziś trwa spór, czy partycypacja pracownicza powinna ograniczać się tylko do pewnego poziomu, w skali ogólnogospodarczej, czy również w sferze politycznej. Wówczas wchodzimy w obszar tzw. demokracji negocjacyjnej czy konsensualnej, opartej nie tylko na strukturach parlamentarnych, ale zakładającej uczestnictwo poprzez inne organizacje i instytucje (np. instytucje dialogu społecznego).

Jakie są główne formy partycypacji pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwem?

L. G.: Według jednej z charakterystyk, biorącej pod uwagę takie kryteria jak zakres czy charakter udziału pracowników, można wprowadzić typologię, według której najbardziej elementarnym przykładem partycypacji są zakładowe zbiorowe układy pracy, które wciąż są dość powszechne, nawet tam, gdzie układy branżowe mają mniejsze znaczenie, jak obecnie w Polsce. Drugą formą są pewne zasady konsultacji z udziałem pracowników, czy kontrola w postaci wyrażania opinii. Następnie współzarządzanie. I wreszcie pełne zarządzanie. Tutaj mamy do czynienia z pewną hierarchizacją. Podstawowym kryterium są sprawy, o których się współdecyduje czy decyduje. Chodzi przede wszystkim o tzw. decyzje strategiczne, rzeczywiste uczestnictwo.

Natomiast innym podziałem, bardziej wszechstronnym, jest ten, który bierze pod uwagę same formy partycypacji. Tutaj można mówić o różnych formach udziału w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Następnie o akcjonariacie pracowniczym, czyli partycypacji kapitałowej w postaci własności pracowniczej. No i w końcu występuje, w mniejszym lub większym stopniu, połączenie jednego i drugiego, czyli najpełniejsza forma partycypacji.

W jakich krajach te modele są najpełniej wcielane w życie?

L. G.: W Niemczech i w Austrii mamy do czynienia z formą partycypacji opartą na pewnych elementach partnerstwa, a jednocześnie zawierającą silne cechy korporatystyczne, gdzie realizuje się różne formy społecznej gospodarki rynkowej. Jednym z założeń socjalnej gospodarki rynkowej jest właśnie idea partycypacji pracowników w zarządzaniu. Współudział pracowników w zarządzaniu urzeczywistniony jest w dwojaki sposób. Po pierwsze, przedstawiciele pracowników zasiadają w radach nadzorczych. W przedsiębiorstwach średniej wielkości stanowią oni 1/3 składu rady, a w dużych firmach połowę jej członków. Formą najbardziej powszechną są rady zakładowe. Znajdują się one pod dużym wpływem związków zawodowych, w ich prawach przeważają funkcje reprezentacji interesów pracowniczych, opiniowanie i konsultacje. Rady zakładowe w Niemczech na mocy ustawy są zobowiązane do wszechstronnej współpracy z przedsiębiorcą.

Akcjonariat występuje w różnej formie, mniej lub bardziej będącej faktyczną partycypacją pracowników we własności. W USA mamy ESOP (Plan Pracowniczej Własności Akcji), który jest funduszem finansowym, działającym trochę na zasadzie funduszu ubezpieczeniowego, do którego przekazywane są środki finansowe z poszczególnych przedsiębiorstw, będących częściowo lub w całości własnością owego funduszu. Z badań wynika, że jeśli chodzi o rzeczywisty udział pracowników w sensie akcji pracowniczych, wygląda on bardzo różnie. Jest szacowany gdzieś na poziomie 10-20%. Początki ESOP sięgają kryzysu energetycznego lat 70. oraz wzrostu znaczenia wielkich, ponadnarodowych korporacji. Wtedy to pojawiła się kwestia tworzenia pewnych alternatyw, stąd też poparcie dla tych działań ze strony obozu Ronalda Reagana, najpierw jako kandydata, a później już prezydenta USA. Jest to zresztą jeden z bardzo interesujących przykładów poparcia dla tego typu rozwiązań nie ze strony formacji lewicowych, lecz przez zwolenników ostrego liberalizmu gospodarczego.

Za formę najdalej idących rozwiązań uważa się wariant skandynawski, przede wszystkim Szwecję. Mamy tam do czynienia z połączeniem elementów własnościowych poprzez wielki ogólnospołeczny eksperyment tworzenia funduszu pracowników najemnych, który miał z czasem przejmować największe przedsiębiorstwa przemysłowe. Jeśli ów fundusz posiadał 50% akcji danego przedsiębiorstwa, to stawało się ono prawie w całości własnością tegoż funduszu, a więc własnością pracowniczą, kontrolowaną przez różne organizacje pracownicze. Model skandynawski, a zwłaszcza szwedzki jest najbardziej rozwinięty pod względem uspołecznienia. Sam eksperyment powiódł się tylko częściowo.

Jak te formy funkcjonowały na przestrzeni lat?

L. G.: Sprawy związane z partycypacją pracowniczą dotykają bezpośrednio stosunków władzy, do tego dochodzą jeszcze stosunki własnościowe. To od ogólnego stosunku sił pomiędzy z jednej strony partnerami społecznymi, a z drugiej różnymi grupami interesu, a jeszcze dalej idąc – między różnymi klasami społecznymi, zależy pozycja formacji pracowniczych, w tym także udział pracowników w zarządzaniu.

Lata 70. i częściowo 80. były tymi, kiedy na skutek realizacji koncepcji państwa opiekuńczego, występującego w Europie, ale także – choć nie w tak rozbudowanej postaci – w USA, idea partycypacji pracowników miała istotne znaczenie. Z kolei lata 90. były początkiem przewagi tendencji neoliberalnych, co sprawiło, że większe znaczenie zaczęto przywiązywać do różnych form akcjonariatu niż do udziału pracowników w zarządzaniu.

Jakie są główne zalety takich rozwiązań – zarówno z punktu widzenia pracowników najemnych, jak i z uwagi na ogólną kondycję przedsiębiorstw, gospodarki i życia społecznego?

L. G.: Badania wskazują, że z ekonomicznego punktu widzenia wszystkie formy partycypacji dają na ogół dobre rezultaty.

Po pierwsze, jest mniej konfliktów społecznych i nie przyjmują one tak ostrej postaci. Po drugie, występuje większe zaangażowanie pracowników w sprawy przedsiębiorstwa, co jest szczególnie ważne, gdy w grę wchodzi nie tylko praca oparta na pewnym przymusie ekonomicznym czy potrzebach egzystencjalnych, ale rozumiana jako potrzeba samorealizacji. Po trzecie, te różne formy partycypacji wpływają na lepsze zarządzanie przedsiębiorstwami. W mniejszym lub większym stopniu zmuszają menadżerów czy właścicieli do proponowania alternatywnych rozwiązań, także takich, które uwzględniają interesy firm rozumiane nie tylko w kategoriach szybko osiąganego zysku.

Bardzo rzadko w przedsiębiorstwach, gdzie istnieje znaczny udział pracowników w zarządzaniu, występuje silna presja na podwyżkę płac. Wręcz przeciwnie, np. we Francji w okolicach rewolty roku 1968 pojawił się dylemat tzw. syndykalizmu przedsiębiorstwa, czyli zmniejszenia roli i znaczenia dużych central i struktur branżowych związków zawodowych na rzecz struktur przedsiębiorstwa, które zawierają w sobie wiele elementów uczestnictwa opartego na więziach z przedsiębiorstwem. Wówczas pojawiała się taka sytuacja, że mimo napięć występujących w okolicach roku ‘68 i w okresie samej rewolty, zawierano na poziomie przedsiębiorstw umowy, w których zarząd firmy zobowiązywał się, że wtedy i wtedy dokona podwyżek płac czy innych beneficjów na rzecz pracowników, a pracownicy zobowiązują się do tego czasu ograniczyć presję. Dzięki temu przedsiębiorstwo zyskuje oddech, pozwalający na realizację planów gospodarczych z jednoczesną kontrolą tych działań ze strony przedstawicielstwa pracowniczego czy związkowego.

Ruch robotniczy niejako „traci zęby”…

L. G.: Niewątpliwie taki kompromis jest dla pracowników ryzykowny. Po pierwsze, nie zmienia faktu, iż to zawsze silniejszy będzie kształtował stan rzeczy. Będzie to także zacierało naturalne różnice interesów. Tworzy się pokój społeczny, który jest czymś niewątpliwie dobrym i pozytywnym, ale taki stan może też powodować – a raczej powodował i powoduje – że silniejszy, czyli właściciel, wykorzysta go do własnych celów, a nie na rzecz pracowników, którzy rezygnują z korzystania z prawa do protestu, np. strajku.

Z drugiej strony, jeśli firma prosperuje dobrze, to wszyscy na tym korzystają. Po drugie, pracownicy jednak mają możliwość realizacji pewnych swoich wyższych aspiracji. Po trzecie, pracownicy też uczą się udziału w decyzjach gospodarczych. No i wreszcie, co jest szczególnie istotne, a co podczas moich badań prowadzonych we Francji obserwowałem, wraz ze zwiększaniem się kwalifikacji pracowników, a także obniżeniem się ich wieku, potrzeba partycypacji staje się bardzo istotna.

A jak Pan Profesor ocenia radykalne formy „samodzielności” pracowniczej, jak np. strajk czynny okupacyjny – przejęcie zakładu przez zbuntowanych pracowników?

L. G.: Są one bez wątpienia czasami niezbędne i stanowią element ogólniejszego problemu: braku zaufania do właścicieli czy zarządzających, z jednoczesnym przekonaniem, że my, pracownicy, zrobimy to lepiej, a przynajmniej obronimy swoje miejsca pracy. I z tego punktu widzenia jest to zjawisko, które ma swoje uzasadnienie. Czasami jest wręcz koniecznym rozwiązaniem.

Mieliśmy do czynienia z taką sytuacją w Polsce w okresie zwiększania się napięcia między ówczesną władzą a „Solidarnością” i pracownikami przedsiębiorstw w drugiej połowie roku 1981. Pojawiła się wówczas taka idea, żeby przejmować przedsiębiorstwa, nie strajkować „biernie”, ale produkować i samemu czy to sprzedawać, czy na zasadzie umów z innymi przedsiębiorstwami przekazywać. Działo się tak, gdyż panowało przekonanie, że władza specjalnie powoduje stany napięcia czy kryzysu po to, żeby stworzyć wśród opinii publicznej przeświadczenie, iż to buntujący się pracownicy są przyczyną problemów społecznych i ekonomicznego kryzysu.

No właśnie, kiedy idee partycypacji pracowniczej pojawiły się w Polsce?

L. G.: Tak jak w całej Europie, pojawiły się w wieku XIX. Zaistniały w rodzącym się ruchu socjalistycznym, a także w bardzo silnej wówczas spółdzielczości. Idee partycypacji były obecne w koncepcjach Edwarda Abramowskiego czy Bolesława Limanowskiego, czyli ludzi związanych z ruchem socjalistycznym. Są one także w programach partii, np. PPS-u. Na krótko pojawiły się, pod postacią hasła „władza w ręce rad”, w okolicach roku 1918 czy 1919.

Potem pojawiają się te idee w programach różnych formacji politycznych w okresie okupacji, w partiach związanych z polskim państwem podziemnym czy rządem londyńskim. Wraz ze zmianami, jakie występowały w tych ugrupowaniach, kwestie partycypacji nabierały większego znaczenia, np. u socjalistów czy w PSL.

W roku 1945 powstało u nas „państwo robotników i chłopów”…

L. G.: Zaraz po wojnie mamy do czynienia z pierwszymi zalążkami udziału pracowników w zarządzaniu. Jedną z form tegoż był silny rozwój sektora spółdzielczego, także spółdzielczości wytwórczej, a nie tylko handlowej. W 1946 r. wydany został znaczący dekret o radach zakładowych, które są niewątpliwie pewną formą udziału pracowników w zarządzaniu. W okresie odbudowy przemysłu po wojnie – przejmowania czy uruchamiania produkcji od nowa – często czyniły to spontanicznie powstające komitety robotnicze lub różne formy rad zakładowych.

Z czasem te rady zostały uznane za najniższe ogniwo związków zawodowych, podporządkowano je wyższym ogniwom organizacji związkowej. Militant, jak to Francuzi nazywają, czyli walczący, bojowi przedstawiciele związków zawodowych, zostali zastąpieni biurokracją związkową, która była składową ogólniejszej machiny partyjno-państwowej. Oczywiście wówczas rady zakładowe straciły swój charakter jako instytucje faktycznego udziału pracowników w zarządzaniu.

Był to ten okres, który mógł stać się podstawą – nawet w warunkach gospodarki mocno scentralizowanej – pewnych form uczestnictwa pracowników w zarządzaniu na poziomie przedsiębiorstwa. Z czasem, wraz z biurokratyzacją, centralizacją czy kształtowaniem się elementów władzy totalitarnej, zostało to zniweczone. I trudno mówić aż do roku 1956 o uczestnictwie robotników w zarządzaniu gospodarką w Polsce…

Po październikowej „odwilży” roku 1956 nastąpiła erupcja pomysłów spod znaku demokracji przemysłowej. Pan brał czynny udział w tym procesie. Jak to wyglądało?

L. G.: Dzisiaj trudno mówić o tym w sposób uporządkowany czy oddający atmosferę tamtych czasów. W ‘56 wystąpiły dwie przyczyny naszych zainteresowań. Po pierwsze, rozpoczął się wtedy dość duży ruch intelektualny, który dotyczył zarówno oceny niedawnej przeszłości, jak również szukania lepszej formuły organizowania życia społeczno-gospodarczego. Znaczna część tego, co wówczas powstało, mieściła się w formule poszukiwania „polskiej drogi do socjalizmu”. Zawierało w sobie silne zwrócenie się ku tradycji myśli socjalistycznej, nieskażonej specyficznym ujęciem myśli komunistycznej, a zwłaszcza praktyką komunistyczną.

Po drugie, po raz pierwszy zetknęliśmy się – przynajmniej ja – z takim spontanicznym ruchem, który pojawił się pod postacią rad robotniczych w dużych przedsiębiorstwach. Jak wiadomo, kolebką było ówczesne FSO, ludzie tam działający i organizacje społeczne – partyjne organizacje, bo przecież Lechosław Goździk, z pewnego punktu widzenia większy symbol tamtejszych wydarzeń niż choćby Gomułka, był sekretarzem struktur partii w FSO.

Spoglądaliśmy na to, jak na ruch mogący spowodować, że to, co się wówczas nazywało „władzą klasy robotniczej” zacznie nią rzeczywiście być, a robotnicy zaczną odgrywać w państwie rolę najważniejszą. W tym czasie w „Po prostu” pojawił się artykuł o ruchu rad robotniczych, zwłaszcza w dużych przedsiębiorstwach, którego głównym hasłem było „my nie chcemy tylko być lepiej opłacani – my chcemy rządzić”. I to oddawało w dużej mierze ducha tego, co wówczas występowało, chociaż sformułowanie „rządzić” dotyczyło przede wszystkim gospodarki czy poziomu przedsiębiorstw.

Wiązało się to z drugim ruchem tzw. eksperymentów gospodarczych. 45 przedsiębiorstw otrzymało wtedy prawo do eksperymentów gospodarczych i w większości tych przedsiębiorstw powstawały spontanicznie rady robotnicze. Zainspirowani tymi wydarzeniami opublikowaliśmy w „Po prostu” artykuł „Rady czy system rad”, gdzie nawiązując do różnych doświadczeń z przeszłości, pisaliśmy, że jest to droga do rzeczywistego stworzenia władzy robotniczej poprzez struktury charakterystyczne dla środowiska robotniczego, bo ono zawsze w takich sytuacjach tworzyło bardzo spontanicznie tego typu organizacje, jak rady pracownicze.

Jakie były istotne aspekty tego ruchu?

L. G.: Pojawiła się bardzo ważna kwestia efektywności ekonomicznej. Wyniki tych „eksperymentów”, a trwało to do roku 1958, były dużo lepsze niż wyniki całej gospodarki. W ogóle po tych wszystkich reformach gospodarka w tamtym czasie zaczęła nieźle funkcjonować. Gdyby te eksperymenty dalej kontynuowano, wyniki gospodarki polskiej byłyby dużo lepsze, a także nie powstałyby wszystkie te negatywne zjawiska, które pojawiły się w następnym okresie.

Po raz pierwszy wtedy nawiązaliśmy kontakt z ludźmi, którzy tworzyli to na poziomie przedsiębiorstw, zarówno z robotnikami – Goździk był przecież pracownikiem narzędziowni – jak i z pewną grupą menedżerów. I to jest bardzo charakterystyczne, bo te dwa ruchy splotły się ze sobą wyraźnie: ruch menedżerski i tworzenia „eksperymentu gospodarczego” z jednej strony, a z drugiej strony robotnicy czy samorząd pracowniczy. Mamy zatem do czynienia z syntezą tego, co nazywamy reformowaniem gospodarki czy tworzeniem innych form zarządzania, z czynnikami natury społeczno-politycznej.

Na ile ten proces tworzenia samorządu pracowniczego był możliwy w warunkach państwa, gdzie brakowało wielu innych swobód obywatelskich?

L. G.: Aspekt polityczny stał się pewnym momencie bardzo znaczący, ponieważ bez ogólniejszej zmiany systemowej, jak potem się okazało, można było ograniczyć czy zlikwidować innowacje na poziomie przedsiębiorstwa. Przestały one właściwie funkcjonować po powstaniu Konferencji Samorządu Robotniczego. Rady czy samorząd, formalnie nadal istniejące, zaczęły być instytucjami pozbawionymi znaczenia. W latach 70. pojawiły się tendencje tworzenia samorządu tylko w oparciu o konferencję samorządu pracowniczego, gdzie czołową rolę spełniały delegacje partyjne, przy jednoczesnym coraz mniejszym znaczeniu rad robotniczych i związków zawodowych.

Chociaż po roku 1970, po dramatycznych wydarzeniach na Wybrzeżu, pojawił się pierwszy odruch tworzenia samodzielności związków zawodowych czy funkcjonowania ich jako rzeczywistej reprezentacji pracowników. Nie tylko w Gdańsku pojawiły się pierwsze propozycje tworzenia niezależnych związków zawodowych, ale także w tzw. starych związkach zawodowych, w Centralnej Radzie Związków Zawodowych, zarysowały się tendencje, aby „obronną” funkcję związków nie tylko eksponować, ale i znowu uznać za podstawową.

Bardzo ważnym wydarzeniem było powstanie „Solidarności”. W jej łonie pojawiła się idea partycypacji pracowników w zarządzaniu i kontroli, a robotnicy w masowej skali okazali się odpowiedzialnymi „gospodarzami” przedsiębiorstw.

L. G.: Nie ulega wątpliwości, że bez „Solidarności” nie byłoby powrotu idei samorządu pracowniczego. Co prawda także w partyjnych koncepcjach reformatorskich pojawiły się pewne idee partycypacji – mam na myśli znaną propozycję „3 S”: Samorządność, Samofinansowanie i Samodzielność Przedsiębiorstwa, które były zawarte w propozycjach reformy z 1981 r. Ale z punktu widzenia powrotu idei partycypacji oraz poszukiwania nowych rozwiązań nie tylko w zakresie gospodarczym, bez „Solidarności” i tego wielkiego ruchu społecznego byłoby to niemożliwe. Zawsze podkreślam, o czym się dzisiaj zapomina, że był to ruch pracowniczy i że wszystkie sprawy związane ze środowiskami robotniczymi, jego potrzebami i aspiracjami były w tym ruchu bardzo silnie obecne i właściwie one rozstrzygały o jego masowości. Jego główną bazą społeczną były wielkie przedsiębiorstwa, ta część klasy robotniczej, którą określano mianem wielkoprzemysłowej.

Czy koncepcje samorządności pracowniczej dotyczyły całego tego ruchu?

L. G.: W samej „Solidarności” nie było jednoznacznego poparcia dla partycypacji w oparciu o ustawę o samorządzie pracowniczym z roku 1981. Ścierały się tutaj dwie, trzy koncepcje. Jedna to ta, która była związana z ruchem tzw. Sieci czy komisji zakładowych „Solidarności”. Bardzo silnie akcentowano tam sprawy samorządowe i partycypacyjne. Główne struktury kierownicze związku były jednak nastawione na pewne ogólniejsze zmiany polityczne. I kiedy pojawił się bardzo ważny temat prywatyzacji, to jednak poparły one ten wariant przekształceń gospodarczych, który był realizowany w ramach „terapii szokowej”. Mowa tutaj o tym słynnym parasolu ochronnym „Solidarności” nad reformą gospodarczą Leszka Balcerowicza. Zwyciężyły te środowiska, które poparły koncepcję powszechnej prywatyzacji, nie zaś ideę rad pracowniczych czy koncepcję przedsiębiorstwa samorządowego, które pojawiły się wcześniej w łonie związku i w samej Sieci.

„Solidarność” odeszła od swoich pierwotnych idei?

L. G.: Jeśli chodzi o poparcie dla samorządowych aspiracji, tzn. poszukiwania takich rozwiązań, które byłyby bardziej zróżnicowane w sferze gospodarki, a przede wszystkim opierały się na chęci uczestnictwa i kompetencjach w tym zakresie, to ta szansa nie została wykorzystana w Polsce na tyle, na ile mogła być.

Jest zresztą książka o samorządzie pracowniczym, opracowana przez obecnego europosła Janusza Lewandowskiego, jednego z pierwszych ministrów Ministerstwa Prywatyzacji i Przekształceń Własnościowych. Pisze on w niej, że rady pracownicze, wówczas powstające w dużych przedsiębiorstwach i związane z ruchem samorządowym, składały się z ludzi o bardzo wysokich kwalifikacjach zawodowych – wyższych niż mieli ci działający bezpośrednio w komisjach zakładowych „Solidarności”. I z tego ruchu mogła się wyłonić nowa kadra menedżerska, która zresztą tu i ówdzie się wyłoniła.
W moim przekonaniu, to niewyraźne stanowisko „Solidarności”, zwłaszcza po roku 1990, sprawiło, że szansa nie została wykorzystana, a nawet zaczęły występować procesy, które osłabiły rolę samorządu pracowniczego.

Dziś mamy sytuację ogólnego osłabienia ruchu pracowniczego, dezintegracji klasy robotniczej, zmiany struktury przemysłu. Jak wygląda kwestia samorządu pracowniczego obecnie?

L. G.: Po pierwsze, pojawiła się tzw. „nowa dyferencjacja”, nowe i to silne zróżnicowanie środowiska robotniczego. Po drugie, zaczęła narastać atomizacja związana z tym, że obrona własnego miejsca pracy stała się najważniejsza, choć tu i ówdzie nadal działał interes branżowy – górnictwo, PKP, w pewnym czasie także hutnictwo. Znaczenie również miało narastające przekonanie, dość powszechne, że w sumie prywatyzacja jest potrzebna. Badania pokazują pozytywny stosunek wobec kapitału zagranicznego po roku 1989, co znacznie osłabło dopiero z czasem. Utrzymuje się natomiast bardzo silne poparcie dla kapitału polskiego.

Z kolei waha się poparcie dla akcjonariatu pracowniczego, czyli spółek pracowniczych, zmniejsza natomiast dla rozwiązań samorządowo-partycypacyjnych, czego przyczyną być może jest bardziej ogólne rozczarowanie, czyli niemoc instytucji samorządowych w czasie, kiedy już nie biurokracja partyjno-państwowa, lecz właśnie nowa władza wywiera presję, która powoduje, że nie warto się angażować w coś, co nie daje podstaw do rzeczywistego uczestnictwa czy decydowania. Stąd prawdopodobnie wzięło się mniejsze poparcie dla samego samorządu czy udziału w zarządzaniu przedsiębiorstwem, choć ono w dalszym ciągu utrzymuje się na poziomie 40% wśród badanych, co jednak jest mniejsze niż dla spółek pracowniczych, które wynosi ponad 50%.

Jakie jeszcze czynniki blokują rozwój samorządu pracowniczego?

L. G.: Ważnym czynnikiem jest to, że poza ogólną sytuacją gospodarczą, doszły także do głosu nowe postawy menedżerskie. Z naszych badań wynika, że większość menedżerów akceptuje jakieś formy uczestnictwa pracowników w zarządzaniu, ale na niskim poziomie – brygady, wydziału czy najwyżej oddziału przedsiębiorstwa. I to dotyczących spraw nie personalnych, lecz organizacji pracy: bhp, kwestii socjalnych czy ewentualnie płacowych. Nie dopuszczano do decyzji w jakimś sensie najważniejszych…

Dochodzi do tego słynna koncepcja „trójkąta bermudzkiego”, lansowana przez prof. Leszka Balcerowicza. Według niej, wszystko ginie w „trójkącie” dyrektor – rada pracownicza – związki zawodowe, więc nic nie można zrobić w kierunku efektywności czy rozwoju przedsiębiorstwa. I to również dodało sił przeciwnikom, który zawsze było sporo nie tylko wśród dawnych biurokratów czy partyjnych aktywistów, ale także wśród dyrektorów czy menedżerów, a nawet działaczy związków zawodowych. Wśród tych ostatnich wciąż obecny jest dylemat udzielenia lub braku poparcia dla różnych form partycypacji robotniczej, co dało ostatnio znać o sobie przy okazji dyskusji nad wprowadzaniem dyrektywy unijnej, dotyczącej rad pracowników.

Panie Profesorze, podkreśla Pan często, że zaangażowanie po stronie samorządności pracowniczej jest jednym z głównych wyznaczników lewicowości. Co się w takim razie stało w Polsce z lewicą, skoro trudno u nas znaleźć ugrupowania czy inicjatywy, które w ogóle poruszałyby takie kwestie, nie mówiąc już o zaangażowaniu we wcielanie ich w życie?

L. G.: Formacje lewicowe, takie jak SLD czy SdPL były bardziej skłonne do rozwiązań liberalnych z dwóch powodów. Po pierwsze, podkreślano brak związków z biurokratyczną przeszłością i centralizacją oraz otwarcie na gospodarkę rynkową. Po drugie, chodzi o korzystanie z „renty władzy” w procesie polskiej transformacji. Miało miejsce uwłaszczenie starej nomenklatury. Nie chcę tutaj demonizować tego zjawiska, bo ono miało także swoje pozytywne strony, ale partie te funkcjonują jako pewne grupy interesu – interesu biznesowego.

To, że nie pojawiła się na szerszą skalę lewicowość „postsolidarnościowa”, było przyczyną tego, że partie lewicowe w Polsce nie uczyniły z kwestii samorządności sprawy ważnej i wyznacznika lewicowości. Te tematy były trochę obecne w Unii Pracy, a później w programie Forum Polska Praca, kierowanego przez Ryszarda Bugaja. To się jednak niestety nie udało.

Dopóki kwestia samorządności pracowniczej nie zostanie uznane przez grupy lewicowe w Polsce, to mówienie o ich lewicowości jest kwestią przynajmniej problematyczną. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje obecnie w świecie pracy, a także kwestię demokracji, która musi obejmować sferę gospodarczą, lewica w Polsce będzie musiała zrozumieć znaczenie kwestii partycypacyjnej. Szczególnie jest to istotne w sytuacji narastających napięć społecznych. Co więcej, mamy do czynienia z kryzysem demokracji parlamentarnej, który raczej będzie się pogłębiał i na znaczeniu będą zyskiwać poszukiwania alternatywnych form demokracji, w tym gospodarczej. I kto pierwszy podejmie kwestie samorządności pracowniczej, będzie miał duże szanse na kształtowanie pewnych wydarzeń. Bardzo się dziwię, że lewica z tej szansy nie korzysta…

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, dn. 5 września 2006 r.

Zwolnieni potrzebują więcej czasu

Zwolnieni potrzebują więcej czasu

W czasie debaty poświęconej zmianom w prawie pracy, zorganizowanej pod patronatem prezydenta RP, mówiono m.in. o zbyt krótkich terminach na składanie przez zatrudnionych odwołania od wręczonych im wypowiedzeń.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że zgodnie z art. 264 Kodeksu pracy pracownik może wnieść pozew przeciwko pracodawcy do sądu pracy w ciągu 7 dni od doręczenia pisma zawierającego wypowiedzenie umowy. Może zażądać uznania wypowiedzenia za bezskuteczne, przywrócenia do pracy albo odszkodowania. W przypadku rozwiązania umowy bez wypowiedzenia, np. z powodu ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych, czas na złożenie odwołania jest dwukrotnie dłuższy.

– „Termin na odwołanie od wypowiedzenia pozostaje niezmienny od 1975 r. i nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości. Dawniej sprawa w pierwszej instancji przed sądem pracy kończyła się w ciągu trzech miesięcy od skierowania jej do sądu. Krótki termin na pozew był więc uzasadniony, bo spór miał swój finał najczęściej przed upływem okresu wypowiedzenia” – tłumaczy Waldemar Gujski, adwokat z kancelarii Gujski Zdebiak. – „Dziś pierwszy termin rozprawy w wielu przypadkach jest wyznaczany po kilku miesiącach, a wyrok zapada czasem po latach. Nie ma więc sensu zmuszanie pracownika do pośpiechu w składaniu odwołania, tym bardziej że skutki niedochowania terminu są bardzo poważne”.

Sprawę komplikuje to, że od maja 2011 r. weszła w życie niekorzystna dla pracowników nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego. Zgodnie nowymi przepisami pracownik w pozwie powinien zgłosić wszystkie wnioski dowodowe w swojej sprawie. Sądy nie muszą uwzględniać spóźnionych dowodów, chyba że strona uprawdopodobni, iż nie zgłosiła ich bez swojej winy lub że uwzględnienie spóźnionych twierdzeń i dowodów nie spowoduje zwłoki w rozpoznaniu sprawy albo że występują inne wyjątkowe okoliczności.

– „Niestety pracownicy, jak większość społeczeństwa, wykazują się ograniczoną świadomością prawną. Z trudem spełniają wymagania procedury, nie zdając sobie sprawy, że niedochowanie terminu wywołuje często nieodwracalne skutki. Wielokrotnie spotkałem się z przypadkami, gdy ktoś zdecydował się na walkę o powrót do pracy zbyt późno” – mówi Andrzej Ossowski, adwokat prowadzący własną kancelarię. Jego zdaniem upływa sporo czasu, zanim zatrudniony rozważy wszystkie „za i przeciw” i podejmie decyzję o walce przed sądem o pozostanie w firmie. Pozostaje go niewiele na rzetelne przygotowanie pozwu, dlatego zdaniem Ossowskiego nie ma powodu, by utrzymać 7-dniowy termin na wniesienie odwołania od wypowiedzenia. – „To powinno być co najmniej 14 dni” – dodaje.

Do Sejmu trafił już projekt nowelizacji Kodeksu pracy. Przygotowane przez Twój Ruch propozycje m.in. zakładają, że odwołanie od zwolnienia (w tym także dyscyplinarnego) będzie możliwe w okresie wypowiedzenia lub terminie mu równym. – „To rozwiązanie jest oparte na doświadczeniach prawników. Ich zdaniem obecne rozwiązania zamykają drogę do sądu wielu pracownikom. Jest wiele rodzajów umów i powinno mieć to odzwierciedlenie także w terminach na składanie odwołań od wypowiedzeń. Oczywiście jesteśmy gotowi do dyskusji i ewentualnej korekty naszych propozycji” – podkreśla Anna Grodzka, posłanka Twojego Ruchu.

Nasz reportaż o drodze polskich pracowników do sprawiedliwości przeczytać można tutaj.

Fabryka upadła, powstał supermarket

Fabryka upadła, powstał supermarket

Kiedyś Diora była perłą polskiego przemysłu elektronicznego. Po sprzęt z dzierżoniowskiej fabryki ludzie pielgrzymowali z całego kraju. Radioodbiorniki, a później wieże Diory mogły śmiało konkurować z produktami zachodnich firm. Dzisiaj w miejscu dawnych hal stoi supermarket.

Narodziny Fabryki Odbiorników Radiowych w Dzierżoniowie (tak brzmiała pierwsza nazwa Diory) to listopad 1945 roku. Wtedy to zapadła decyzja o zagospodarowaniu poniemieckiego obiektu przy ulicy Szkolnej. Początki nie były łatwe. Zdewastowane i opustoszałe hale, bez okien i drzwi, cały teren zbombardowany w 1944 roku przez lotnictwo. Najszybciej uruchomiono warsztat reperacyjny odbiorników radiowych. Ze zwiezionych do zakładu około 10 000 sztuk radiowego złomu udało się naprawić i sprzedać prawie połowę. Jednym z istotnych etapów prac było tzw. zeskrobywanie gapy, czyli usuwanie z obudowy godła niemieckiego ze swastyką.

Radio dla każdego
W 1947 roku zakupiono w szwedzkiej firmie AGA licencję na produkcję – luksusowego jak na owe czasy – superheterodynowego radioodbiornika Aga. Do 1949 roku wyprodukowano 26 tys. egzemplarzy tego modelu. Równolegle inżynierowie z Dzierżoniowa pracowali nad własną konstrukcją taniego odbiornika dostępnego dla masowego użytkownika. Efektem ich prac był pierwszy polski radioodbiornik Pionier. Ten niezwykle udany model był produkowany pod różnymi nazwami (Mazur, Promyk, Polonez) do połowy lat 50., a jego układy wykorzystywano znacznie dłużej.

Następny duży krok w historii fabryki to wprowadzenie na rynek pełnotranzystorowego odbiornika Krokus, który stanowił całkowicie nowatorską konstrukcję odbiegającą od dotychczasowych rozwiązań. Krokus był odbiornikiem przenośnym. Specjalny uchwyt pozwalał na mocowanie radia w samochodzie. Odbiornik posiadał też funkcję zasilania z samochodowego akumulatora.

W 1976 roku dzierżoniowską fabrykę należącą wówczas do Zjednoczenia Przemysłu Elektronicznego Unitra opuścił pierwszy egzemplarz legendarnego Amatora Stereo DSS-101. Przez wiele lat był to najpopularniejszy odbiornik radiowy w Polsce. W zmienionych wersjach Amator był produkowany do połowy lat 80.

To było serce miasta
W okresie największej świetności Diora zatrudniała nawet 3,5 tys. osób. W stosunkowo niewielkim mieście, jakim jest Dzierżoniów, tak duży zakład pracy odgrywał szczególne znaczenie. – „W Diorze pracowały całe rodziny. Młodzież uczyła się w przyzakładowej szkole średniej, tzw. radiobudzie. To było takie serce miasta” – mówi pan Edward Kumorek, który pracę w Diorze rozpoczął w 1974 roku.

Produkcja dzierżoniowskiego zakładu trafiała nie tylko na rynek krajowy. W swojej bogatej historii firma współpracowała z takimi potentatami przemysłu elektronicznego jak Siemens, Thomson czy Sanyo. Jeszcze w PRL produkty Diory można było znaleźć w zachodnich katalogach. Z kolei wieże stereo produkowane w dzierżoniowskiej fabryce w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia pod względem parametrów często biły na głowę zagraniczną konkurencję. W tym czasie w Dzierżoniowie produkowano również telewizory i magnetowidy.

Triumf tandety
W 1989 roku Przedsiębiorstwo Państwowe Zakłady Radiowe Diora zostało przekształcone w spółkę akcyjną Diora S.A. Wydawało się, że firma poradzi sobie w warunkach wolnej konkurencji i otwartego rynku. Stało się jednak inaczej. Lata 90. to powolny rozkład zakładu. Ostatecznie z Diory wydzielono kilka niewielkich firm (Dionar, Diotech, Diora-serwis, Galwanizer, Diora Świdnica) zatrudniających po kilkadziesiąt osób i w większości nie mających wiele wspólnego z elektroniką. Z kolei spółka-matka w 2001 roku ogłosiła upadłość. 5 lat później Diora S.A. została prawomocnie wykreślona z listy podmiotów gospodarczych.

Przyczyn smutnego końca gwiazdy polskiej elektroniki jest kilka. Jedna z nich to zalew polskiego rynku na początku lat 90. zachodnim, często znacznie gorszym sprzętem. – „W większości była to tandeta jednorazowego użytku. Tymczasem diorowską wieżę mam w domu do dzisiaj i wciąż działa świetnie. Technicznie nasze produkty były bez porównania lepsze od tych importowanych jednorazówek, ale z zewnątrz nie wyglądały tak ładnie jak one” – mówi Andrzej Karasiński, ostatni przewodniczący „Solidarności” w Diorze.

Złe decyzje, bierność polityków 
Oprócz tego firmę ciągnęły w dół nietrafione decyzje jej kierownictwa z lat 80. – „Ówczesna dyrekcja kupiła za koszmarne pieniądze automat do wytwarzania całych mechanizmów do magnetowidów. Dziennie ta maszyna mogła zrobić ich tyle, że starczyłoby na potrzeby całej Europy. Tymczasem my planowaliśmy produkcję na poziomie 100-200 sztuk dziennie. Potem okazało się, że tego automatu nie da się sprzedać, bo wtedy wszyscy już opierali się na kupowanych z zewnątrz podzespołach i taka maszyna nie była im do niczego potrzebna. Nam został ogromny kredyt, z którego firma już się nie wygrzebała” –podkreśla Karasiński.

W 1994 roku w Diorze ruszyła produkcja telewizorów OTVC-100, a rok później nowocześniejszej wersji OTVC-200. Choć były to całkiem przyzwoite odbiorniki, rynek był już nasycony. Ponadto stosunkowo niewielka skala produkcji w Dzierżoniowie powodowała, że diorowskie telewizory były droższe od importowanych. – „Robiliśmy też zestawy satelitarne, które w miarę dobrze się sprzedawały, ale to było za mało, żeby przezwyciężyć zaległości finansowe z poprzedniego okresu” – mówi Karasiński.

Upadek Diory dokonywał się przy całkowitej bierności polityków z wszystkich kolejnych ekip rządzących. Ostatnim produktem, który mógł ocalić zakład, był automat do sprzedaży kart telefonicznych. W tamtych czasach, kiedy o komórkach mało kto słyszał, takie urządzenie miało spore szanse na rynkowy sukces. Niestety mimo wielokrotnych prób zarządu firmy i związków zawodowych, produktem nie udało się zainteresować ani rządu, ani należącej jeszcze wówczas do państwa Telekomunikacji Polskiej.

Zamiast Diory supermarket
Dzisiaj na miejscu hal Diory stoi supermarket. Internat „radiobudy”, w którym kiedyś mieszkali uczniowie ściągający do Dzierżoniowa z całej Polski, niszczeje i straszy powybijanymi oknami. Upadek Diory był wielkim ciosem dla całego miasta i regionu i przede wszystkim dla lokalnego rynku pracy. – „Kiedyś gdy szło się ulicą, co drugi człowiek to był kolega z pracy lub ktoś, kogo zna się z widzenia, bo pracuje w tym samym zakładzie. Diora trzymała ludzi razem, wszyscy żyli jakby bliżej siebie. Dzisiaj wszyscy są zajęci swoimi sprawami, chowają się we własnych mieszkaniach. Bez Diory miasto jest jakby opuszczone” – mówi Edward Kumorek.

Łukasz Karczmarzyk

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego