Apokalipsa według Ildefonsa, czyli współczesność przepowiedziana

·

Apokalipsa według Ildefonsa, czyli współczesność przepowiedziana

·

Sześćdziesiąta rocznica śmierci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, poety nie tylko niezwykle sprawnego i oryginalnego, ale też jednego z wcale niewielu takich, którzy zdobyli serca i wyobraźnię bardzo szerokiej publiczności, będzie z pewnością okazją do przypominania raczej jego życiowych łamańców i zawirowań niż poezji. O poezji w ogóle niewiele się we współczesnych mediach mówi, a czasy, kiedy czytelnicy codziennych i cotygodniowych gazet rozpoczynali lekturę od poszukiwania wiersza ulubionego poety – na przykład właśnie Gałczyńskiego – już nie powrócą.

Chętnie się za to grzebie w biografii, wyciągając z niej elementy skandaliczne i płaskie, dopasowując wybitne postaci do wypalonego żywym żelazem w umysłach dzisiejszych odbiorców wzorca współczesnego celebryty. Publiczność także poddaje takie postaci politycznej i agenturalnej lustracji, a akurat Gałczyński, jako że zdarzyło mu się i w faszystowskim, i w komunistycznym łajnie przyzwoicie unurzać, nadaje się do takich operacji jak nikt inny. Ale ponieważ Gałczyńskiego przelustrowano już w tę i nazad setki razy, ponieważ jego pijackie, erotyczne i towarzyskie awantury także przewałkowano, ja na rocznicę jego śmierci poczytam sobie mało dziś pamiętany, a – jak sądzę – całkiem smakowity jego młodzieńczy (z 1928 r.) poemacik „Koniec świata. Wizje świętego Ildefonsa czyli satyra na wszechświat”.

Jak często u młodego Gałczyńskiego leciutki, przegadany, zagracony językowymi bibelotami, ornamentami, pełen groteskowej ezoteryki i dziwacznych imion, dźwięczący gimnazjalną łaciną przetykaną włoszczyzną. Oto na bolońskiej (Bolonia-Polonia, tu podobieństwo brzmień może być całkiem nieprzypadkowe) akademii astronom Pandafilanda wyliczył z biegu gwiazd, że za godzinę nastąpi koniec Ziemi, a może całego Kosmosu. Katastroficzna wizja naukowca-profety zostaje natychmiast zakrzyczana i odrzucona przez jego oświeconych kolegów, a on sam obrzucony obelgami i poddany środowiskowemu ostracyzmowi jako zdrajca oświeceniowych ideałów:

Skandal i granda!
On tu nas chciał omamić,
nabujać, skorrumpować,
zaidiotyfikować!

Poczekaj pan: kłamstwo plami,
nikt z czoła ci hańby nie zdejmie!

To mówiąc wyszli, stuknąwszy pulpitami,
jak w polskim sejmie.

Sytuacja znamienna i wiele mówiąca o tym, jak młody poeta postrzegał porządki i hierarchie tego świata. Pandafilanda to szarlatan, który musi ulec przemocy nudnych i aroganckich oświeconych mądrali.

Słowo o szarlatanach

Kwestia szarlatańska jest w twórczości Gałczyńskiego kluczowa. Oczywiście szarlatan w znaczeniu nadawanym temu słowu przez młodego poetę (np. w wierszach „Ulica szarlatanów” czy „Kryzys w branży szarlatanów”) to nie oszust wykorzystujący ciemnotę i naiwność gawiedzi dla zbijania majątku, ale wizjoner, może poeta, może mędrzec, a może tylko sprzedawca zapomnianych idei i magicznych mikstur (ocet siedmiu złodziei i babiloński kleik i poudre de pourlimpimpim), wiedzący więcej i przenikający spojrzeniem świat głębiej niż publika zwiedziona mirażem oświeceniowej pewności. A może także i oszust, ale taki, który wie doskonale, że istnieją wartości większe i wspanialsze niż banalna prawda i że prawdą nie należy się przejmować, kiedy zawadza ona marzeniom.

Oszust w rodzaju – skorzystam z okazji, by przypomnieć tę kolorową postać – nieszczęsnego kartografa-fantasty Józefa Michała Bazewicza (postaci autentycznej, zresztą spotykanej przez Gałczyńskiego w Małej Ziemiańskiej), który kochał kreślenie map i uważał, że niedostatki wiedzy geograficznej znakomicie można uzupełnić fantazją, bo przecież mapa do tego głównie służy, aby można było się w nią godzinami wpatrywać, przeżywać w wyobraźni najwspanialsze przygody i podróże w czasie i przestrzeni. Mapy Bazewicza, piękne, imponujące, cieszyły się ogromnym powodzeniem u publiczności tęskniącej za ogromem i pięknem świata, a przede wszystkim tej jego części, którą zwała ona swoją ojczyzną. Trwało to, dopóki konsylia uczonych geografów nie zakazały udostępniania tych map młodzieży, która przecież nie powinna z rozdziawionymi gębami marzyć i wyrywać się do podróży, ale przygarbiona w skupieniu, rzetelnie studiować izohipsy i izohiety. Bazewicz, barwny motyl uświetniający warszawskie ulice ekstrawaganckim emploi, został więc wraz ze swoją twórczością i barwnością strącony z wyżyn twórczego oszustwa w otchłań zawstydzenia i pospolitości, a młodziutki Gałczyński uczcił go, czyniąc przewodnikiem po infernalnych terytoriach swojego poematu „Piekło polskie” (1926) i lirycznie współczując zdegradowanemu wizjonerowi:

Ktoś ty? – spytałem. Jam jest Bazewiczem,
co jeografią na ziemi fałszował,
na ziemi byłem czymś, tu jestem niczem.

Teraz szczebluję do niebiańskich pował,
ale nie dojdę, jak nie doszedł Maron;
in terra doctoreram, tu – konował.

Szarlatana czeka więc sroga kara za to, że przyzwoici obywatele, którzy chcą żyć w świecie monochromatycznym, prostym i przewidywalnym, nie mogą tolerować obok siebie kogoś, kto całym sobą przypomina im, że świat bywa wielobarwny, skomplikowany i zadziwiający, czasem przerażający. Szarlatan fruwa to tu, to tam po świecie, w którym wszystko powinno mieć wytyczony kierunek oraz pęd. I dlatego czeka go dola motyla, którego prędzej czy później przejedzie samochód ciężarowy, a świadkowie tego wydarzenia będą mieli poczucie, że dokonała się sprawiedliwość:


Niepoważny stosunek do życia
figla ci w końcu wypłatał
nadmiar kolorów, brak idei
zawsze się kończą wstydem
i są wekslem bez pokrycia
mój ty Niprzypiąłniprzyłatał!
(„Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód” – 1929)

Gałczyński, oczywiście sam szarlatan, zawsze był przejęty losem szarlatanów, tych dziwaków, wariatów, alkoholików i poetów, narzucających się bliźnim z niezrozumiałym przekazem, których wszyscy mają serdecznie dosyć. Zawsze mówił o nich czule, z patosem, tym bardziej, im więcej lekceważenia i wzgardy dostawało im się od otoczenia. Dla poety, pijaka i awanturnika, któremu marnego końca życzyli zgodnie wszyscy bliżsi i dalsi znajomi, przygotował wniebowstąpienie godne świętego:

Zapachniały zefiry,
brzękły potrójne liry,
pierzchnęła tłuszcza.
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach.
(„Śmierć poety” – 1930)

I zdaje się, że właśnie to przejęcie, to współczucie z szarlatanami aż do szarlatańskiej autoidentyfikacji, to był jeden z powodów tych paskudnych akcesów poety: najpierw do rodzimego faszyzmu, później do rodzimego stalinizmu. Pokrętny jak lot motyla umysł próbował z jednej strony odnaleźć taką autoidentyfikację, która pozwoli mu się w końcu poczuć nieodrębnym, niedziwacznym i najzwyczajniej w świecie silnym. Silnym skoro nie własną krzepą (bo tą przecież motyl-szarlatan pochwalić się nie może), to choćby brutalnością zbiorowości uzbrojonej w ideologię pozwalającą jej zapomnieć o skrupułach i wahaniach. Z drugiej strony – i o tym też warto pamiętać – zarówno polski (i nie tylko polski) faszyzm, jak i polski (i nie tylko polski) stalinizm miały dla szarlatanów, których nikt nie kocha, którzy są zawsze sami,propozycję miłosną, oczywiście oszukańczą, ale jakże inną od tej obojętności i wzgardy, którą obficie raczyły ich oświecone areopagi i mieszczańskie gawiedzi. Szarlatan, choć z awersją do pospolitego, mrówczego wysiłku, do życiowej przezorności i systematyczności, chciał się przecież czuć potrzebny, pożyteczny, sprawczy i chciał wierzyć, że uwodziciel umie go przemienić, wykorzystać dla ogólnego pożytku jego wizjonerstwo, że umie skanalizować jego wałęsanie się, pozbierać rozbiegane myśli i uspokoić rozedrgane nerwy.

Apokalipsa permanentna

Ale wróćmy do Bolonii. Reakcja oświeconych mędrców na zapowiedź końca świata jest znamienna. Oni ani w żaden sposób nie weryfikują ustaleń profety, ani nie kompromitują jego metody, ale zamykają mu usta przemocą autorytetu. Nie próbują nawet spojrzeć na wyliczenia i wykresy, z których Pandafilanda wyciągnął przerażający wniosek, ale – ślepo posłuszni rektorowi Akademii – atakują samo postawienie problemu końca świata. Problemu, który jest z samej swojej istoty nieweryfikowalny (no bo jak metodami naukowymi stwierdzić, że do końca świata w istocie doszło) i nierozwiązywalny, a więc umysły oświeceniowe mogą tylko udawać, że problem nie istnieje, mogą moralnym terrorem i ostracyzmem zniechęcać szarlatanów do wypowiadania kwestii zbyt skomplikowanych. To także wielokrotna obserwacja Gałczyńskiego: kiedy oświeceniowa wyobraźnia, uzurpująca sobie przecież obiektywizm, natrafi na problem, z którym nie jest w stanie sobie poradzić, odwołuje się do autorytetu, do własnego przesądu, sprawę zakrzykuje obelgami miotanymi w tych, których kwestia przejmuje, lub zamiata pod dywan.

Tymczasem mija godzina i koniec świata przychodzi do Bolonii tak, jak to przepowiedział uczony szaleniec. Pierwszą plagą zwiastującą zagładę było pękanie luster. Pękały one w domach znamienitych obywateli miasta i to w taki sposób, że przeglądający się w nich nie rozumieli, że to lustra są popękane. Spojrzenie w pęknięte zwierciadło daje doskonałą iluzję własnej twarzy, która wydaje się pęknięta na dwoje. Ale może to nie jest iluzja? Może plaga polega właśnie na tym, że dotknięte nią lustra pozwalają spokojnym dotąd i pewnym własnej integralności obywatelom dostrzec to, że w istocie są rozcięci, rozdwojeni, że ich spójność, jedność ducha i materii, intencji i czynu była tylko złudzeniem, które właśnie zostało zdemaskowane.

Świat rozdwojonych ludzi opuszczają wartości, wzorce i punkty odniesienia, których bezkompromisowa jednoznaczność nie ma już tutaj racji bytu:

Więc widząc, co się święci,
z kościołów uciekli święci,
salwując się fugą niepiękną,
jak lustra nie chcieli pęknąć.
Uniosły się trwożnie do góry
ładne gliniane figury
i poleciały do nieba.
Nie ma świętych, gdy potrzeba.

Świat od tej pory pozbawiony będzie jakiejkolwiek hierarchii, jakiegokolwiek porządku, bo nie będzie miary, która pozwoliłaby odróżnić kosmos od chaosu. Skoro każdy postrzegający podmiot ma samoświadomość niespójności i rozszczepienia oraz świadomość umowności wszystkiego, co bezwzględne, postrzegany świat będzie teraz zupełnie nieprzewidywalny:

Koty, motyle i drzewa
tańczyły ze zgrozy w kółko,
skrzydła siwiały jaskółkom,
widziano krew na kamieniach.
Widziano, jak nawet rektor
ze strachu spuszczał zasłony
i płakał, jak narodzony,
a przecież nie był bylekto.

Oczywiście władze reprezentujące dawne hierarchie, w które już nikt nie wierzy, siłą inercji będą jeszcze próbowały na powrót wprowadzić porządek do świata pogrążającego się w upadku. Jeszcze policja będzie tłukła pałkami tłumy przerażone i zadziwione dokonującą się apokalipsą. Oczywiście wszelkie próby zahamowania chaosu powodują jeszcze większy rozgardiasz, uspokajanie sytuacji na siłę tylko wzmaga strach tłumów. Biczownicy próbujący wymodlić i na własnych plecach wykaleczyć odwleczenie upadku wzmagają tylko apokaliptyczną atmosferę, przybliżają nieuchronny koniec. Król, który przyzwyczaił się, że przy pomocy wydawanych telefonicznie poleceń może wpływać na bieg rzeczy i kształtować świat wedle własnej woli, próbuje teraz wydzwonić cofnięcie nieuchronnego, nie rozumiejąc, że przewody telefoniczne także pogrążyły się w chaosie i łączą zupełnie przypadkowych rozmówców. A więc, jak to często bywało w nie tylko greckich mitach, przepowiedzianą katastrofę przybliżają próby jej zapobieżenia. I jak to właśnie bywa w historii, wszelkie próby zapobieżenia przemianom powodują, że przemiany zaczynają lawinowo narastać. Konserwatyzm prowokuje rewolucję i sam staje się rewolucyjny, bo wszelkie próby cofnięcia zmian, które już nastąpiły, powodują erozję jakiegokolwiek porządku.

A groteskowość (groteska to przecież także element chaotyczny – to zaprzeczenie decorum estetycznych i etycznych przyzwyczajeń i przesądów) apokaliptycznego zamętu potęguje zachowanie obywateli Bolonii, którzy wbrew wszystkiemu starają się żyć tak jak dotąd, rzetelnie spełniać swoje obowiązki, być lojalnymi wobec wartości, które już upadły:

A za wojskiem, zgarbiony,
dziobaty, zamyślony,
w okularach, z miotełką
szedł towarzysz Mydełko;
i miotełką z wikliny
czyścił ostatnie szyny,
i coś mruczał pod nosem,
jakieś tam słowa krztusił:
– Kosmos, panie, Kosmosem,
a porządek być musi.

Ale w rozpadającej się Bolonii istnieje także grupa ludzi, na których apokaliptyczny zamęt ani nie robi wrażenia, ani nie skłania ich do żadnej zmiany. Ci, którzy dotychczas nie wierzyli w Boga, mówią: Strachy na lachy! Na nich nie może zrobić wrażenia ucieczka świętych z kościoła, bo oni przecież widzieli umowność i konwencjonalność świętości. I jeszcze studenci witający zagładę starego świata z zabawą i radością:

Tylko weseli studenci
do strachu nie mieli chęci:
w tawernach winem obrosłych
kochankom pisali akrostych,
a co wstydliwsze kochanki
przez wina dzikiego listek
całowali w same usta.
Ładnie! ginie wszechświat wszystek,
a tutaj, panie, rozpusta.

Bo również konkretne zdrożności
przerabiali obustronne
i pili, kanalie, koniak,
i śpiewali,

i na gitarach brzdąkali:
„Evviva Bologna,
citta delie belledonne!”

Studenci to przecież motyle, lekkoduchy i szarlatani, zawsze żyjący poza ustalonym porządkiem i na marginesie porządnego świata. Żyjący życiem nie zawsze beztroskim, ale zawsze nieprzewidywalnym, którego kierunek i pęd nie został jeszcze wyznaczony. Studenci mogą się bawić, bo dla nich koniec świata nie jest niczym nadzwyczajnym. Oni na co dzień żyją w chaosie, więc zmiany albo nie zauważą, albo przywitają ją triumfalną pieśnią, bo ona niejako legalizuje ich wcześniej wyklinany sposób życia i widzenia rzeczywistości.

Polityka apokaliptyczna

Koniec świata, który nadszedł zgodnie z zapowiedzią, okazał się stanem permanentnym. Świat, co prawda,

jak łódź bez steru,
jak potworny kadłub „Tytanika”
zatonął w odmętach eteru.

Jednak nie oznacza to, że w tym momencie przestało istnieć cokolwiek. Otóż końcem świata okazał się właśnie chaos wywołany przez tego końca zapowiedź. Gałczyński opowiedział taką wizję szczególnie okrutną, w której świat ginie, ma świadomość ginięcia, a jednocześnie trwa. Jest to wizja z najstraszniejszych koszmarów ludzi, którzy raczej boją się nie tyle śmierci, która jest albo końcem wszystkiego, albo początkiem nowego porządku, lecz samego umierania, boją się właśnie strachu. Koniec świata jako stan, który się właściwie nie kończy, ale trwa, przenikając ludzkość świadomością nietrwałości i ulotności czegokolwiek.

I znów rzecz znamienna. Kiedy do wszystkich już doszło, że świat, taki jaki był, nawet nie tyle skazany jest na zagładę, co w rzeczy samej już tej zagładzie uległ (Ale kiedy bieg planet stał się krzywolinijny), obywatele Bolonii organizują przeciwko temu faktowi wiec protestacyjny. Znów wydarzenie groteskowe, bo protestować przeciw temu, co już nastąpiło, buntować się przeciwko mleku, które się rozlało, to z jednej strony niezwykle ludzkie, z drugiej zaś po prostu głupie. Jednak wiec świetnie oddaje apokaliptyczne zapętlenie: jest równocześnie i wyraz niezgody przeciwko upadkowi wszechświatowego ładu, i efekt tego upadku, bo przecież dokąd porządek istniał, protest był właśnie wprowadzaniem weń chaosu. Wszelki protest burzył porządek. A teraz protestuje się, paradoksalnie, w obronie porządku, co oczywiście ma taki efekt, że porządek tym bardziej się burzy. Antychaotyczny protest jest tak samo wszechogarniający jak chaos:

Wszyscy w nim udział wzięli:
mniejsi, więksi i mali,
czarni, żółci i biali,
parlamentarni mówce,
krawcy i brzuchomówce,
Szatani i Anieli.
A jeszcze komedianci,
a jeszcze policjanci,
i księża, i rabini,
siła, siła narodu.
A na czele pochodu
jechał rektor na świni;
[…]Na samym końcu pochodu
szły pojednaczki narodów:
Międzynarodówki:
I, II i III,
IV, V i VI,
i VII!!!

Opis zgodnej manifestacji wszelkich sił społecznych i politycznych jest oczywiście znowu przewrotny, bo mimo zgodności haseł ukazuje kompletne rozbicie tych sił. Podziałów jest tak dużo, że właściwie nikt nie może czuć wspólnoty z nikim. Międzynarodówki – pojednaczki narodów – nikogo i niczego oczywiście nie jednają, bo same zdolne są tylko do kolejnych podziałów. To u Gałczyńskiego zresztą częsty motyw: całkowity rozpad wspólnoty na niezliczone polityczne i ideologiczne frakcje, z których każda zresztą głosi postulat całkowitej jedności. Świat w trakcie apokalipsy tak ma właśnie wyglądać, że skoro politykować wolno każdemu, polityczne podziały wnikną w każdą ludzką relację, każdą zatrują i zniszczą. Tak jak w niezwykle smakowitym, a niesłusznie zapomnianym wierszu, który warto przypomnieć, choćby z tego powodu, że i dzisiejszy czytelnik może się w nim odnaleźć:

RODZINKA
(żywy obraz propagandowo-przedwyborczy)

Ojciec w Szpicbródki poszedł ślady
lub, gdy o ważny zamach szło,
z bombami szedł na ambasady
sowieckie (tss!)… i PKO…
Zrównoważony facet. W domu
siedzi w niedzielę, trąbi czystą;
choć jest prezesem Ispołkomu
Paneuropejskich anarchistów.

Mama endeczka, hallerandka,
czterdzieści lat… katorgi carskie;
a dziś „Dla P. T. Korporantów
sklepik z deklami na Rymarskiej”.
Mama jest młodych drogowskazem,
wiadomo: Naród, Ziemia, Głębia:
lecz dobrze, kiedy jednak razem
forsa z ideą się zazębia.

A to rodzeństwo: Otóż bratek,
Olderman „Pterodaktylonii”
na „Macierz szkolną” robi „kwiatek”,
a na Rząd mówi: „ci masoni!”
Na zew powstaje niezmożony,
gdy trzeba zrobić judenhecę.
A nocą pisze felietony
i do „Gazetki”, i „ABC”.

Siostra jest panną (mój Ty Boże…),
zna stenografię, bardzo miła,
ale sub rosa trzeba to rzec,
iż troszkę się zrenegaciła:
nie znosi Polski faszystowskiej,
cekawistyczny głosi przełom!
Za to jej zrobił Niedziałkowski
bufet z koncesją w „Ateneum”.

Stryjcio – ludowiec. Sprytny wałkoń.
Zasady trochę ma wzruszone,
bo dziś na przykład jest za Chatką,
a jutro znów za Waleronem.
Wyrzeka na swą chłopską biedę,
przy ludziach ręki nie da bratu.
I skład prowadzi – Widok 7 –
skonfiskowanych makulatur.

*

Ale w niedzielę wszyscy oni –
jak finał w politycznym skeczu –
pełni humoru i harmonii,
choć ideowo sobie przeczą,
po wspólnym lunchu familijnym
(wóda, zagrycha, kwaśne grzybki)
chcą iść zwyczajem tradycyjnym
i… Żydów bić na Nowolipki.
(1930)

W „Rodzince” każdy jest fanatycznie przywiązany do swoich ideowych wyborów, które jednocześnie w ogóle nie mają znaczenia dla niczyjego życia, kręcącego się z reguły wokół nędznych interesików. A wobec politycznego chaosu jedynym spoiwem łączącym – niby przecież bliskich sobie – ludzi jest nienawiść do Żydów, a więc obcych, innych, których nienawidzi się właściwie nie wiadomo za co.

Prorok płynnej rzeczywistości

I proszę teraz filologicznych purystów o wybaczenie odległości skojarzenia. Bo chciałbym porównać wizję świata ulegającego rozpadowi w poemacie Gałczyńskiego do takich wizji, które wyłoniły się o dziesięciolecia później, kiedy już było wiadomo, że zagłada może nastąpić nie tylko w profetycznych wyobrażeniach, ale całkiem realnie. Że może być nie tylko następstwem bożego gniewu, ale produktem przemysłowym i efektem inżynierii społecznej. Niech mi będzie wolno zestawić pobłyskujące świecidełkami metafor pajacowanie Gałczyńskiego z surową i oszczędną frazą Tadeusza Różewicza, bo nie o frazę mi tu chodzi, ale o wyobrażenie świata pozbawionego punktów stałych, a przepełnionego elementami, wszystko jedno czy sprawiedliwymi, czy występnymi, poruszającymi się jak plewa, którą wiatr rozmiata, w sposób niedający się przewidzieć.

Spadając uprawiamy nasze ogrody
spadając wychowujemy dzieci
spadając czytamy klasyków
spadając skreślamy przymiotniki

słowo spadanie nie jest
słowem właściwym
nie objaśnia tego ruchu
ciała i duszy
w którym przemija
człowiek współczesny

zbuntowani ludzie
potępione anioły
spadały w dół
człowiek współczesny
spada we wszystkich kierunkach
równocześnie
w dół w górę na boki
na kształt róży wiatrów (Tadeusz Różewicz, „Spadanie” 1963 r.)

Gałczyński mógł przewidywać istnienie takiej rzeczywistości na podstawie przesłanek tak wiotkich jak własne doświadczenie szarlatana, alkoholika i motyla. I tak jak boloński astronom Pandafilanda spotykał się z moralnym terrorem tych, których potrzeba stąpania po twardej ziemi czyniła impregnowanymi na wieści o tym, że świat się rozpada. Różewicz miał już twarde dowody na to, że do rozpadu świata doszło, że nigdy nie będzie on już porządny, zorganizowany horyzontalnie i wertykalnie, z wytyczonymi kierunkami poruszania się. My, czytelnicy dzisiejsi, może już nie potrzebujemy takich poetyckich przewidywań i diagnoz, ponieważ nasze doświadczenie życia w świecie pozbawionym bezwzględnych punktów odniesienia jest już ugruntowane, opisane przez socjologów, nazywających nasze środowisko życiowe „płynną rzeczywistością”, a nawet fizyków dowodzących istnienia ogromnej liczby wymiarów. Żyjemy w świecie, w którym wszystkie wartości są umowne tym bardziej, im bardziej traktowane poważnie czy fanatycznie. W świecie rozwalonym, w którym żyć się nie da, ale przecież jakoś się żyje. Ale może tym bardziej warto przyjrzeć się z podziwem dokumentom fantastycznej intuicji Gałczyńskiego – poety, w błazeńskich strofach przepowiadającego apokalipsę, która nadeszła, i z którą przyszło nam się zmagać.

Skrócona wersja tekstu ukazała się w „Magazynie Literackim Książki” nr 9/2013.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie