Już jest jutro

·

Już jest jutro

·

Nieoczekiwane spełnienie się życzeń sprawia, że z dnia na dzień musimy budować w naszych głowach nowy świat przedstawiony. Runięcie żelaznej kurtyny wraz ze złowrogim systemem sowieckim wydawało się wielu osobom punktem granicznym, po którym już nigdy ludzkości nie zagrozi fizyczna ani mentalna opresja. Wektory zdawały się być nakierowane na wzrost zamożności i zakresu wolności coraz szerszych populacji. Dokumentowała te nadzieje popularność twierdzenia Francisa Fukuyamy o „końcu historii”, końcu ery wielkich trudności do pokonania.

Z perspektywy czasu, szczególnie po ostatnim światowym kryzysie gospodarczym, widać wyraźniej, że ta wizja była mrzonką. A kolejne wielkie wyzwanie ludzkości spiętrzało się i rosło już dwie dekady przed upadkiem ZSRR. Jesteśmy w stanie mniej lub bardziej dokładnie określić początki i przyczyny tego procesu, zaś jego efekty są bezdyskusyjnie olbrzymie.

85 najbogatszych ludzi świata jest posiadaczami majątków o łącznej wartości równej temu, czym dysponuje 3,5 miliarda mieszkańców Ziemi – połowa wszystkich żyjących ludzi. Praktyka ustrojów społeczno-gospodarczych odeszła od celu istnienia państw, jakim jest oderwanie jednostki od materialnych trosk oraz umożliwienie jej wykorzystania swojego potencjału dla tworzenia lepszego jutra. Ćwierć wieku temu takie konstatacje nie były jednak oczywiste – wiele lat musiało upłynąć, aby zaczęło się formować przekonanie o niewydolności tego stanu rzeczy. Nie jest więc nierealne założenie, że ostatnie kilkanaście lat doświadczeń nieco zawęża perspektywę widzenia także naszych polskich problemów. Wielkie kwestie dnia dzisiejszego niekoniecznie będą takimi za dekadę.

Jaki problem najdobitniej uzmysławia nam, że polskie ambicje nieodstawania od krajów i narodów zamożniejszych są wciąż bardzo dalekie od zaspokojenia? Ten: 45 proc. obecnie pracujących Polaków doświadczyło w swoim życiu bezrobocia.

Na przedwiośniu 2014 r. rejestrowane bezrobocie jest szacowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej na poziomie 14 proc. Umiarkowanie ambitnym celem premiera Tuska jest zmniejszenie tej liczby na koniec roku poniżej 13 proc. Przez ostatnie ćwierć wieku bezrobocie było jedną z największych plag nękających polskie rodziny i w niektórych regionach stało się wręcz doświadczeniem pokoleniowym. Nie sposób dokonywać krytycznej analizy 25 lat transformacji, pomijając ten aspekt. Jest on tym boleśniejszy, że zmniejszenie rozmiaru problemu wydawało się być w zasięgu ręki. Nasi południowi sąsiedzi Czesi, dzięki tylko nieco wydajniejszej strukturze przemysłu i bardziej elastycznemu modelowi transformacji, notowali w najtrudniejszych latach transformacji ledwie kilkuprocentowe bezrobocie.

Co zrozumiałe, krytyczna refleksja na temat społeczno-gospodarczego modelu rozwoju Polski i jej mieszkańców (znacznie dziś częstsza niż jeszcze kilka lat temu) nierzadko skupia się właśnie na tym temacie. Piętno odciśnięte przez świeże doświadczenia każe kierować uwagę na problem wielkiej liczby niezatrudnionych. Prognozy krótkookresowe, w tym najbardziej metodologicznie kompetentne analizy NBP, wskazują, że jakiekolwiek spadki bezrobocia w najbliższych latach będą następowały we względnie małej skali. Tym samym zdają się one potwierdzać umowne założenie, że bezrobocie w Polsce odczuwalnie obniża się dopiero wówczas, gdy tempo wzrostu PKB wyraźnie przekracza 4 (a najlepiej 5) procent.

Świeże doświadczenia kryzysu jeszcze wzmacniają to przekonanie. Po wyraźnym spowolnieniu w roku 2009, wzrost PKB w latach 2010 i 2011 przekraczał 4 punkty proc., a mimo to szeregi bezrobotnych systematycznie się zwiększały. Jeżeli prognozy się sprawdzą, wysoki poziom bezrobocia będzie nękać nie tylko niezatrudnionych, lecz także tych pracowników, których pozycja jest mocno osłabiona przez istnienie „rezerwowej armii pracy”.

Nie należy jednak wykluczyć niespodziewanego: być może bezrobocie już nigdy nie będzie tak wysokie jak teraz. Jeżeli tylko nie dojdzie do zbytniego rozchwiania sytuacji międzynarodowej, Polska ma szansę na powolne przełamanie impasu. Na tle innych „rynków wschodzących” jest krajem daleko stabilniejszym. W połączeniu z rozsądną polityką monitorowania kursu złotego sprawia to, że Polska może uniknąć dużych wahań będących przekleństwem dla rozwijającej się gospodarki.

Wiadomo jednak, że światowa koniunktura na pstrym koniu jeździ, czynienie więc jakichkolwiek założeń o stabilności na okres dłuższy niż rok czy półtora wydaje się karkołomnym zadaniem. Jest jednak jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że gospodarka może zachowywać się inaczej niż w latach 2010-2012, kiedy nagle zgasł jej zapłon. Otoczenie zewnętrzne tylko dokłada się do efektu, jaki ma początek nowej perspektywy finansowej UE. Jej realny start to wiosna 2015 r., zaś kolejne trzy lata to stały dopływ pieniędzy na inwestycje. Pieniędzy, których, dodajmy, „nie można zmarnować” chociażby ze względu na gigantyczny koszt polityczny, jaki ponieśliby ci lub inni rządzący.

Sceptyk zauważy, że pozyskiwanie funduszy będzie w tej perspektywie znacznie trudniejsze niż w poprzedniej. Co więcej, budżet unijny został zaprojektowany tak, iż fundusze na innowacyjność będą teoretycznie mniejsze. Poza tym, chociaż przez najbliższe miesiące konkurencyjność polskiego eksportu będzie wysoka, to w nieco dłuższej perspektywie w wymianie handlowej będziemy zapewne dużo bardziej na minusie. A procedura nadmiernego deficytu, którą jest objęta Polska, sprawi, że skala publicznych inwestycji będzie umiarkowana.

To wszystko prawda, jednak sprawne zaprojektowanie systemu funduszy unijnych na poziomie krajowym może pozwolić na podniesienie innowacyjności „kuchennymi drzwiami”, kierując na przedsięwzięcia innowacyjne zwiększone środki unijne na rozwój regionalny. Jeżeli polskie przedsiębiorstwa, co jest mimo wszystko prawdopodobne, uznają, że nadchodzi cykl inwestycyjny lat 2015-2018, wtedy trwały wzrost PKB na poziomie 4 proc., w przeciwieństwie do lat 2010-2011, przyniesie nie wzrost, lecz stabilny spadek bezrobocia.

Pod koniec dekady zaś pokolenia przechodzące na emeryturę (mówiąc brzydko za demografami: kohorty) będą znacznie liczniejsze od tych wchodzących na rynek pracy. Ten proces powinien być szczególnie odczuwalny po roku 2020.

Cóż to wszystko oznacza? Tu i teraz efekty będą raczej niewielkie, chociaż jeżeli hipoteza o niższym bezrobociu jest prawdziwa, to (również ze względu na efekty sezonowe) jesienią przyszłego roku bezrobocie rejestrowane będzie znacznie bliżej poziomu 10 proc., niż nam się teraz wydaje. To oczywiście może wymusić zacieklejszą polityczną rywalizację przed wyborami parlamentarnymi. Czasy liberalnego populizmu (który usiłuje wskrzesić PO-Frakcja Rewolucyjna Jarosława Gowina) powoli odchodzą do lamusa i zwiększa się szansa na pozytywną licytację programową między partiami.

W dłuższym okresie jednak taki trwały spadek bezrobocia będzie oznaczać konieczność zmierzenia się z innymi aspektami naszego modelu społeczno-gospodarczego. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to bierność. Nietrudno sobie wyobrazić najbliższą dekadę podobną do ostatniej. Pełną zaciekłych sporów o wszystko oprócz prawdziwego polepszenia materialnych podstaw życiowych obywateli, jałową jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału samosterowności państwa. Dekadę, pod koniec której kolejne spory będą toczyły się wokół konieczności umożliwienia znaczącego napływu imigracji celem zasilenia gospodarki.

Drugi scenariusz to ten, który próbuję szkicować na tych łamach od pewnego czasu. Chociaż głoszenie tezy, że obecny system – oparty na liberalnym populizmie w debacie publicznej i neoliberalnej praktyce rządzenia – kończy swój żywot, jest zbytnim wyprzedzaniem faktów, to nie da się zaprzeczyć, że coś się zmienia. Czy to oznacza, iż teraz sprawy będą szły innym torem, czy zmieniają się jedynie kostiumy? Żaden rozwój wypadków nie jest zdeterminowany, zaś trwała prospołeczna i prorozwojowa zmiana modelu funkcjonowania naszego kraju jest nie tylko niewykluczona, ale być może nawet prawdopodobna przy odpowiedniej, mądrej mobilizacji na rzecz pożądanych decyzji. Jej wynikiem winno być doprowadzenie do pozytywnej aukcji programowej środowisk politycznych. Wbrew bowiem protekcjonalnemu założeniu niektórych środowisk przekonanie Polaków o względnej kompetencji ugrupowań w sprawach gospodarczych odegra dużą rolę przy wrzucaniu kartki wyborczej.

Sygnały dostarczane przez rzeczywistość mogą się wydawać sprzeczne. Z jednej strony mamy do czynienia z praktycznie nieistniejącym dialogiem społecznym i coraz większą prywatyzacją usług publicznych w miejsce zwijającego się państwa i samorządu. Z drugiej posłuchanie związkowców (i własnej panapremierowej rozterki z przemówienia w Krynicy) w kwestii umów śmieciowych oraz rynkowo nieortodoksyjne podejście w sprawie podjęcia inwestycji np. w energetyce. Poza tym coraz wyraźniejsze akcentowanie roli przemysłu i stawianie sobie celów, których logicznym wypełnieniem musi być prędzej czy później polityka przemysłowa z prawdziwego zdarzenia.

Konkurencja między partiami, jak też i debata publiczna, powoli, lecz zdaje się nieodwracalnie odchodzi od liberalnego populizmu, czego przykładem jest ostatni program Prawa i Sprawiedliwości. W części gospodarczej niewiele jest naiwnych, sztampowych formułek o cudzie gospodarczym dzięki uwolnieniu energii Polaków, o konieczności odchudzenia biurokracji czy o ukróceniu wszechobecnego marnotrawstwa i lepszym zarządzaniu. Wyrażenie-klucz „reforma finansów publicznych” nie pojawia się na każdej stronie. Jest za to wiele realistycznego podejścia do zmian gospodarczych jako wyzwania strukturalnego. Zarówno diagnoza, jak i proponowane rozwiązania są co prawda na poziomie dość ogólnikowego eseju, jednak w porównaniu z wieloma tego typu partyjnymi dokumentami ukazującymi się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza jest to wyraźny skok jakościowy. Oczywiście, jest to nadal o znacznie za mało, uwzględniając wielkie środki, które duża partia mogłaby przeznaczyć na niezależnych ekspertów, ale warto z nadzieją potraktować ten dokument, jako początek zmiany sposobu myślenia o gospodarce.

Warto zwrócić uwagę, że strukturalnych przemian gospodarki nie załatwi „business as usual” ubiegłego ćwierćwiecza z usuwaniem barier dla wolnego rynku, osładzanym pewną dozą polityki społecznej. Dlatego mimo iż poprzednie wypowiedzi posłów opozycji o „większym Amber Gold” napawały najgorszymi obawami, PiS zdecydował się utrzymać program Inwestycje Polskie, dostrzegając w nim potencjalnie główny motor zmian strukturalnych oraz polityki wzmacniania i zarządzania strumieniami inwestycji publiczno-prywatnych. Mechanizm wehikułu inwestycyjnego, wspieranego lewarowaniem finansowym z Banku Gospodarstwa Krajowego, co od wielu lat postulowało Polskie Lobby Przemysłowe, daje szanse na przerwanie rozwojowego impasu, nękającego kraj będący w pułapce średniego wzrostu.

W ramach międzynarodowego porządku gospodarczego, w którym funkcjonuje Polska („konsensusu OECD”), dostępnych jest jeszcze kilka innych możliwości polepszenia pozycji konkurencyjnej kraju, chociaż bez wątpienia jest to trudniejsze niż kilka dekad temu, gdy niezależna i samosterowna polityka gospodarcza potrafiła zbudować potęgę gospodarczą z małej wioski rybackiej. W sumie jednak mechanizmy i narzędzia są pochodną intencji rozwojowej państw i wyznaczonych celów. Jakie wnioski winna wyciągnąć Polska, jeżeli przyjmiemy, że w najbliższej dekadzie możliwe jest odkochanie się „czynników decyzyjnych” w realnym liberalizmie, że towarzyszyć temu będzie spadek bezrobocia, lecz zarazem demografia może przekreśli te pozytywy? Konieczne jest dostosowanie do polskich warunków sprawdzonych pronatalistycznych rozwiązań z innych krajów, ale nie to zdaje się być kluczowe w tej kwestii – nie chodzi o same liczby spodziewanych urodzeń, lecz o to, co one mówią o Polakach, ich oczekiwaniach względem życia swojego i ewentualnych potomków. To prawda, że demograficzne załamanie dla bogatszej, rozwijającej się Polski nie musi skończyć się katastrofą. Ale nawet jeśli uznamy, iż spora część problemu demograficznego nie leży w gestii czynników gospodarczych, lecz kulturowych, to powinno to być tym bardziej wskazaniem do działania.

Nić połączenia między sferą prywatnego życia jednostki i rodzin a społecznym projektem zwanym państwem polskim, jest zbyt cienka. Indywidualistyczny eskapizm jest często nie tyle wynikiem wolnego wyboru, lecz braku jakiegokolwiek poczucia współstanowienia o większej całości. Rachunek ekonomiczny jest nieubłagany: przy otwartych granicach indywidualny egoizm powinien doprowadzić do zmniejszenia polskiej populacji do zera, gdyż większość pracujących Polaków jest w stanie żyć na wyższym poziomie w krajach rozwiniętych. Brak decyzji o zakładaniu rodziny również może mieć coś wspólnego z tym, że status społeczny coraz częściej przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Jak żyć?

Szczery i szeroko akceptowany kontrakt społeczny, obiecujący poprawę warunków życia Polaków i zatrzymanie wzrostu nierówności rozbijających spójność społeczną, nie jest zadaniem łatwym. Od zatomizowanego społeczeństwa domagałby się rezygnacji z dzisiejszej radykalnie indywidualistycznej optyki, w której usługi publiczne są postrzegane niemal jako totalitaryzm. Wymagałby zastąpienia łatwego cynizmu odpowiedzialną refleksją w duchu troski o dobro wspólne i optymizmem co do możliwości zmian na lepsze, który jest warunkiem koniecznym takich zmian. Ale jeszcze większe zobowiązania kładłby na głównych wykonawcach tego kontraktu, gdyż droga do rozwoju każdego kraju musi być unikalna. W tym przyspieszającym, połączonym na wiele sposobów świecie będzie to nie lada wyzwanie. Poza politycznym slalomem, uwarunkowania wielu aspektów (od praw własności intelektualnej po skalę postępu naukowego i zawsze zaskakującą transformację podziału pracy na różnych kontynentach) będą wciąż zmieniać nasze założenia. Może to być czas fascynująco twórczy, nie wolny od pomyłek, lecz cieszący efektami nie tylko „tu i teraz”. To dlatego, że odpowiedź na pytanie, czy ekonomia jest nauką, brzmi: polityka gospodarcza jest sztuką.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie