Chore kontrakty

Chore kontrakty

Kontraktowanie przez NFZ usług w lecznictwie szpitalnym i specjalistycznym jest mało przejrzyste, a stosowane procedury nie zawsze zapewniają wybór najlepszych świadczeniodawców, którzy gwarantowaliby pacjentom odpowiednią jakość i dostępność usług – informuje Najwyższa Izba Kontroli.

Izba na swojej stronie przypomina, że zgodnie z założeniami kluczowe znaczenie w procedurze kontraktowania świadczeń zdrowotnych miały mieć dwa etapy: rankingowy i negocjacyjny, dzięki którym pacjent miał otrzymywać możliwie najlepsze świadczenie za możliwie najniższą cenę. Kontrola potwierdziła jednak przypuszczenia, że tryb kontraktowania jest obarczony wieloma wadami.

W publicznym lecznictwie szpitalnym sens kontraktowania wypacza to, że przyznawana na ostatnim etapie procedury cena za tzw. punkt rozliczeniowy jest stała i tak naprawdę nienegocjowalna, bez względu na jakość oferty. Z kolei w przypadku ambulatoryjnej opieki specjalistycznej ranking jakościowy jest przekreślany i kwestionowany na etapie negocjacji, w którym jedynym liczącym się kryterium są ceny zaproponowane przez świadczeniodawców. Na ich podstawie komisje negocjacyjne ustalają zupełnie nowy ranking i według własnych, zmiennych reguł arbitralnie przydzielają kontrakty, narzucając warunki i ostateczne ceny. Odmowa podpisania propozycji przez świadczeniodawcę jest równoznaczna z rezygnacją z kontraktu. Sprawia to, że trudno cały sposób postępowania określić mianem negocjacji.

Źle zaplanowany przez wojewódzkie oddziały NFZ terminarz konkursów sprawia, że członkowie komisji muszą weryfikować setki ofert oraz przeprowadzać oględziny u świadczeniodawców w bardzo krótkim czasie, co nierzadko skutkuje zawarciem kontraktu z podmiotami, które nie gwarantują odpowiednich warunków realizacji świadczeń. W skrajnych przypadkach na jednego pracownika zespołu oceniającego przypada ponad 100 ofert. Często kumulacje powodowały odstępowanie od części procedury, np. od sprawdzenia kwalifikacji i liczby zatrudnionego personelu lub od obligatoryjnej osobistej weryfikacji prawdziwości złożonej oferty.

Niedopracowany system informatyczny nie pozwala na sprawdzenie prawdziwości deklarowanych zapisów, np. realności godzin przyjęć. Kontrolerzy wskazali nawet przypadki udanego zatajenia kar nałożonych wcześniej przez NFZ, wykluczających z ubiegania się o nowy kontrakt.

Izba zwraca uwagę, że NFZ nie monitoruje rynku usług medycznych i nie dysponuje realnymi wycenami procedur w poszczególnych regionach. Kontrola wykazała, że często cena kontraktowa ma się nijak do rzeczywistych kosztów udzielania danego świadczenia.

Kontrole wykazały także, że z powodu złego rozplanowania procesu kontraktowania większość oddziałów NFZ podpisuje umowy „w ostatniej chwili”, w związku z czym świadczeniodawcy mają często kilka minut na decyzję o podpisaniu bądź odrzuceniu zaproponowanego kontraktu.

NIK stwierdziła przypadki podniesienia przez Fundusz, z własnej inicjatywy, liczby zakontraktowanych świadczeń zdrowotnych, ceny za punkt rozliczeniowy czy też  jednostronnego zmniejszenia przez świadczeniodawcę liczby wykonywanych świadczeń czy godzin przyjmowania już po kilku miesiącach od zawarcia kontraktu. Podniesienie ceny świadczeń jest całkowitym zaprzeczeniem sensu ustalania zakresu kontraktu podczas negocjacji. Państwowy kontroler zauważa, że przepisy dopuszczają przeprowadzanie kolejnych, po tzw. konkursach głównych, postępowań, jednak podkreśla, że może prowadzić to do arbitralnego wzmacniania wybranych świadczeniodawców. Sytuacja taka miała miejsce choćby w woj. małopolskim, gdzie w uzupełniającym trybie rokowań na 2011 r. podpisano umowy z poradniami, które w konkursach głównych przegrały z innymi placówkami.

Film z naszej debaty na temat patologii w służbie zdrowia obejrzeć można tutaj.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Prawo pracy do korekty

Prawo pracy do korekty

Europejski Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 13 marca uznał, że art. 33 Kodeksu pracy jest niezgodny z Dyrektywą 99/70/WE z 28 czerwca 1999 r. Chodzi o okres wypowiedzenia umowy o pracę zawartej na czas określony, mającej trwać dłużej niż 6 miesięcy.

Trybunał orzekł, że w przypadku takiej umowy z unijną dyrektywą niezgodna jest możliwość zastosowania sztywnego dwutygodniowego okresu wypowiedzenia, niezależnego od długości zakładowego stażu pracy danego pracownika, podczas gdy długość okresu wypowiedzenia w przypadku umów o pracę zawartych na czas nieokreślony jest określana stosownie do stażu pracy danego pracownika i może wynosić od dwóch tygodni do trzech miesięcy.

Oznacza to, że gdy mamy do czynienia z porównywalnymi sytuacjami, pracownik zatrudniony na czas określony ma krótszy, sztywny okres wypowiedzenia i znajduje się na dużo gorszej pozycji niż osoba zatrudniona na czas nieokreślony, nawet jeśli ich staż pracy jest tak samo długi.

Wniosek o wydanie orzeczenia w tej sprawie złożył Sąd Rejonowy w Białymstoku, w którym toczy się spór pomiędzy pracownikiem a jego byłym pracodawcą. Pracownik początkowo zatrudniony był na czas nieokreślony, a potem – na tym samym stanowisku – na czas określony.

– „Powyższe orzeczenie Trybunału jest potwierdzeniem niezgodności przepisów o umowach na czas określony z prawem unijnym” – komentuje Ewa Kędzior z Zespołu Prawnego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. – „Prowadzi to do wniosku o konieczności ich ponownego prawidłowego unormowania” – dodaje.

Kwestią niezgodności umów na czas określony z prawem unijnym zajęła się również Komisja Europejska, która w grudniu 2013 r. wszczęła postępowanie przeciwko Polsce na podstawie skargi złożonej przez Komisję Krajową NSZZ „Solidarność”, którą przygotowała Ewa Podgórska-Rakiel z Zespołu Prawnego KK.

Szczegółowe informacje na temat niezgodności art. 33. Kodeksu pracy z Dyrektywą 99/70/WE można znaleźć tutaj, a treść orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości – tutaj.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność”. Tytuł pochodzi od „Nowego Obywatela”.

Polska wieś nie ma pracy

Polska wieś nie ma pracy

Stopa bezrobocia wynosiła na koniec lutego 14 proc. – informuje Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, powołując się na dane z urzędów pracy. W tej statystyce brakuje jednak pół miliona osób bez zajęcia mieszkających na polskich wsiach. Liczba zarejestrowanych mieszkańców wsi bez zatrudnienia jest największa od siedmiu lat.

Po raz pierwszy od 2008 roku w lutym odnotowano spadek liczby bezrobotnych. W urzędach pracy na koniec lutego zarejestrowanych było 2 257 tys. osób, o 3,7 tys. mniej niż w styczniu. Te dane wyglądałyby o wiele dramatyczniej gdyby nie fala emigracji w poszukiwaniu godziwego zatrudnienia oraz ukryte bezrobocie na wsi.

W końcu ubiegłego roku na wsi zarejestrowanych było 955 tys. bezrobotnych. To o prawie 16 tys. więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku – wynika z danych resortu pracy. Ta statystyka nie pokazuje jednak w pełni rzeczywistej skali bezrobocia na wsi. Nie obejmuje bowiem osób zbędnych w gospodarstwach chłopskich. A jest ich bardzo dużo.

– „Szacuję, że rolnictwo ukrywa około 550 tys. osób praktycznie bezrobotnych” – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej” dr Bożena Karwat-Woźniak z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Ta dramatyczna liczba jest nawet o 20 proc. większa, jeśli uwzględni się biernych zawodowo, to znaczy osoby, które nie pracują i nie poszukują pracy, między innymi dlatego, że zniechęciły się bezskutecznością starań o płatne zajęcie albo takich starań nie podejmowały, bo doszły do wniosku, że nie mają szans na zatrudnienie.

DGP przywołuje analizy, z których wynika, że tak duża liczba zbędnych rąk do pracy w gospodarstwach chłopskich to przede wszystkim efekt rozdrobnienia rolnictwa. Z danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wynika, że średnia powierzchnia gruntów rolnych wynosi tylko 10,42 ha, a w woj. małopolskim zaledwie 3,92 ha, podkarpackim 4,6 ha, świętokrzyskim – 5,5 ha, lubelskim 7,5 ha i łódzkim – 7,6 ha.

Według GUS, aż 287 tys. gospodarstw, czyli 20 proc., ma powierzchnię zaledwie 1–2 ha, a 32 proc., czyli 472 tys., ma powierzchnię 2–5 ha. To łącznie ponad połowa spośród 1,5 mln gospodarstw rolnych.

Gospodarstwa są małe, a jeszcze pracy jest w nich coraz mniej, przede wszystkim z powodu mechanizacji. Rolnicy, którzy nie mają zajęcia, w większości nie mogą się zarejestrować w urzędach pracy jako osoby bezrobotne, nawet wtedy jeśli pracowali dodatkowo na etacie poza rolnictwem – zgodnie z ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy bezrobotnym może być ta osoba, która nie jest właścicielem lub posiadaczem nieruchomości rolnej o powierzchni użytków rolnych przekraczających 2 ha przeliczeniowe (w 2012 r. hektar przeliczeniowy dawał roczny dochód w wysokości ponad 2431 zł). W efekcie w końcu ubiegłego roku w pośredniakach zarejestrowanych było tylko 56 tys. osób posiadających gospodarstwo rolne. To zaledwie 5,9 proc. bezrobotnych zamieszkałych na wsi.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Gdańskiego

Jednoczcie się i zwyciężajcie

Jednoczcie się i zwyciężajcie

Trwa walka o godne standardy pracy w handlu. Dzięki determinacji związkowców powoli się one poprawiają.

Wyborcza.biz informuje, że Lidl, druga co do wielkości sieć dyskontów, podnosi 13 tys. pracowników pensje o 7 proc. Kasjerka będzie na początku zarabiać ok. 2 tys. zł brutto, o 20 proc. więcej niż obowiązująca w kraju pensja minimalna. W Biedronce najniższa pensja – a pracuje tu blisko 50 tys. osób – również wynosi 2 tys. zł brutto, a w ciągu ostatnich pięciu lat była podnoszona pięciokrotnie.

Wcześniej, przez całe lata, przeciętną pensją sprzedawcy w tych sieciach była płaca minimalna – skąd zatem poprawa? – „Nie ma co ukrywać, że jest to wpływ związków zawodowych. W ostatnich latach założyliśmy organizację związkową w Tesco, Realu, Makro Cash and Carry, Lidlu” – mówi rzecznik „Solidarności”, Marek Lewandowski, dodając, że płace nadal są nieadekwatne do wkładanego wysiłku. Związek twierdzi ponadto, że dzięki zakładaniu struktur związkowych udaje się zmieniać na lepsze zasady rozliczania czasu pracy, choć nadal zdarzają się nadużycia, np. obarczanie personelu sprzątaniem po godzinach, bez zapłaty.

Maleją też w marketach problemy z przestrzeganiem prawa pracy. – „Inspektorzy ujawniają je przede wszystkim w jednostkach kontrolowanych po raz pierwszy” – twierdzi Danuta Rutkowska z Państwowej Inspekcji Pracy. – „Biorąc pod uwagę liczbę poszkodowanych pracowników, w porównaniu z ubiegłymi latami zanotowano znaczącą poprawę w tym zakresie” – zaznacza. I wreszcie, rzadziej niż do tej pory pracownicy sklepów sieciowych muszą rozładowywać towary i dźwigać je na własnym grzbiecie: w marketach pojawiły się wózki.

W tym samym czasie rośnie skala wyzysku w małych sklepach, których pracownicy nie należą do żadnych związków zawodowych.

Nasz wywiad na temat tego, jak trudna jest walka związkowców z sieci handlowych, przeczytasz tutaj.