Oszczędzamy na prawach człowieka

Oszczędzamy na prawach człowieka

Polska nie przystąpiła do połowy umów międzynarodowych chroniących prawa człowieka. Mowa głównie o porozumieniach dotyczących praw socjalnych, niedyskryminacji i praw imigrantów.

„Gazeta Wyborcza” pisze, że wśród „zaległych” dokumentów są tak fundamentalne, jak zakazujący dyskryminacji 12. protokół dodatkowy do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Skalę problemu unaocznia wydana niedawno przez rzecznika praw obywatelskich Irenę Lipowicz „Polska mapa międzynarodowych konwencji praw człowieka”. – „Staliśmy się »pragmatyczni«, na kwestie praw człowieka patrzymy już nie pod kątem wartości, ale polityki. Wewnętrznej: co nam się opłaca, a co rządowi przysporzy krytyków. I zagranicznej: na ile będziemy krytykowani za ich nieprzestrzeganie” – przekonuje prof. Roman Wieruszewski z Poznańskiego Centrum Praw Człowieka, b. członek Komitetu Praw Człowieka ONZ rozpatrującego skargi na niewykonywanie Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych.

Oficjalnym wyjaśnieniem niepodpisywania poszczególnych porozumień bywa konieczność wcześniejszego usunięcia rozbieżności między dokumentem a prawem krajowym. – „To absurdalne stanowisko, bo oznacza niemożność ratyfikowania praktycznie każdej konwencji. Nie ma kraju, któremu nie można wytknąć niedoskonałości. Ratyfikacja nie oznacza pełnej zgodności, tylko zobowiązanie do dążenia, by wypełnić jak najlepiej standardy” – komentuje prof. Wieruszewski. Argumentem „niedostosowania polskiego prawa” wymawiał się rząd poprzedniej kadencji od ratyfikacji konwencji o prawach osób niepełnosprawnych. W końcu ratyfikował ją dwa lata temu, jednak bez prawa do skargi indywidualnej do specjalnego organu międzynarodowego, który może zasądzić odszkodowanie. – „Nieprzystępowanie do mechanizmu skargi indywidualnej to bardzo niebezpieczna tendencja. Oznacza, że w istocie państwo nie ma dobrej woli, by wykonywać konwencję” – ocenia profesor.

Groźba odszkodowań to nieukrywany powód, dla którego Polska od 13 lat nie przystępuje do protokołu dodatkowego do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Do tego dochodzi powód polityczny: równe traktowanie to u nas temat drażliwy. Podobny problem jest z ratyfikacją Konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Jej podpisaniu sprzeciwiało się Ministerstwo Sprawiedliwości – jego zdaniem godzi ona w rodzinę opartą na tradycyjnym podziale ról. Rząd podpisał konwencję w 2012 r., zastrzegając, że nie przystąpimy do mechanizmu skargi indywidualnej. Ale wniosku do Sejmu o ratyfikację wciąż nie ma.

Zapewne z oszczędności Polska nie przystąpiła do 14 z 17 europejskich umów socjalnych. Przystąpiliśmy do Europejskiej Karty Społecznej z 1961 r. – rzecz jasna z wyłączeniem skargi indywidualnej – ale już nie do jej poszerzonej wersji z 1996 r. Nie przystąpiliśmy także do Konwencji o zakazie broni kasetowej, niezwykle groźnej dla ludności cywilnej. Minister obrony Bogdan Klich tłumaczył w 2009 r. w Sejmie, że wstrzymanie produkcji „miałoby istotne ujemne skutki ekonomiczne dla spółek polskiego sektora przemysłu obronnego”.

„Czasem motywy ignorowania konwencji są niezbadane. Dlaczego Polska nie przystąpiła do trzech konwencji o bezpaństwowcach? Według danych GUS mamy zaledwie 2 tys. takich osób w Polsce. Cóż to za problem, by uregulować ich status? Dziś mają zasadnicze problemy w codziennym życiu: z dostępem do pracy, edukacji, opieki socjalnej, ochrony zdrowia. Nie mogą nawet zawrzeć małżeństwa” – pisze „Wyborcza”. Nie wiadomo także, dlaczego cisza zapadła nad europejską Konwencją w sprawie kontaktów z dziećmi z 2003 r., która ma przeciwdziałać uprowadzaniu ich za granicę.

Podejrzeniem o wymuszenie na Polsce akceptacji związków jednopłciowych rząd PiS motywował tzw. protokół brytyjski, czyli nieprzystąpienie do rozdziału „Solidarność” Karty Praw Podstawowych UE. Donald Tusk obiecywał, że od protokołu odstąpi, ale teraz tłumaczy, że to zbyt skomplikowane i praktycznie bez znaczenia. Tymczasem rozdział ten dotyczy praw socjalnych i związkowych.

Prof. Lipowicz sugeruje, że rada ministrów powinna stworzyć plan ratyfikacji umów. Na pytanie dziennikarzy o tę kwestię MSZ odpowiedział, że zgodnie z ustawą o umowach międzynarodowych każde ministerstwo samodzielnie zajmuje się tematami należącymi do jego właściwości. Kancelaria premiera na wystąpienie RPO zareagowała pismem do resortów, w którym prosi o informacje o stanie prac.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Biednym poluzować, bogatych docisnąć

Biednym poluzować, bogatych docisnąć

15, 18, 32 i 50 proc. – takich stawek w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych chce obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej powołany przez OPZZ.

Wyborcza.biz informuje, że wedle projektu w skali podatkowej pojawiłaby się dodatkowa, niższa stawka PIT, obejmująca dochody roczne do wysokości 20 160 zł. Dalej byłyby funkcjonujące dziś stawki: nadwyżka dochodów ponad 20 160 zł do 85 528 zł objęta byłaby stawką 18-proc., natomiast to, co powyżej tej drugiej kwoty – stawką 32-proc. Zmiany objęłyby dochody bogaczy: nadwyżka dochodów ponad kwotę 360 000 zł byłaby opodatkowana stawką 50 proc.

Związkowcy zwracają uwagę, że obecnie prawie 98 proc. pracowników płaci podatek dochodowy według najniższej z istniejących stawek, zaś kwota wolna od opodatkowania należy w Polsce do najniższych ze wszystkich państw UE (np. w Hiszpanii jest blisko 25 razy wyższa!) i nie była waloryzowana od 2009 r. Oznacza to, że nasz system fiskalny jest skrajnie nieegalitarny: silnie obciążając dochody biednych jest jednocześnie niezwykle „łagodny” dla klasy średniej oraz krezusów. – „Łącznie podatki dochodowe w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co sprawia, że w budżecie brakuje pieniędzy na wiele podstawowych kwestii związanych z polityką rodzinną czy polityką rynku pracy” – przekonują związkowcy. Z kolei „Wyborcza” zwraca uwagę, że proponowane zmiany raczej doprowadzą do uszczuplenia wpływów do budżetu, gdyż oszczędności podatkowe dwudziestu kilku milionów „zwykłych Polaków” raczej nie zbilansują się z większymi wpływami z podatków od osób zamożnych.

Aby wnieść projekt ustawy pod obrady Sejmu, Komitet potrzebuje 100 tys. podpisów pełnoletnich obywateli, które musi zebrać w okresie nie dłuższym niż 3 miesiące.

Amerykański koszmarny sen

Amerykański koszmarny sen

W swoim internetowym wydaniu magazyn „The Rolling Stone” zestawił kilka faktów na potwierdzenie tezy, że pod względem społecznym Stany Zjednoczone należy uznać za kraj Trzeciego Świata.

Onet.pl pisze, że dziennikarz Sean McElwee skoncentrował się na sześciu sferach. Pierwszą z nich stanowi wymiar sprawiedliwości, gdzie statystyki są zatrważające: International Center for Prison Studies szacuje, że USA więzi 716 osób na każde 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w Rosji wskaźnik ten wynosi 484, w Iranie 284, zaś w Chinach 121. Jedynym krajem, który ma większy odsetek więzionej ludności niż Stany Zjednoczone, jest Korea Północna… Statystyki mówią również, że ponad 2,5 mln amerykańskich dzieci ma rodziców za kratkami, oraz że od początku 2011 r. zgwałcono w zakładach karnych ponad 217 tys. osób.

Po drugie, eksperci szacują, że amerykańska infrastruktura bezwzględnie potrzebuje ponad 3,6 bln dolarów inwestycji w ciągu najbliższych sześciu lat. Przykładowo, w Południowej Dakocie, na Alasce i w Pensylwanii woda nadal jest transportowana drewnianymi rurami, a ok. 45 proc. Amerykanów nie ma dostępu do transportu publicznego (więcej na temat zacofania infrastrukturalnego najbogatszego kraju świata piszemy tutaj).

Trzecią, powszechnie znaną sferą wstydu Ameryki jest opieka zdrowotna. Niedawne badania wykazały, że w wielu stanach, zwłaszcza na głębokim Południu, długość życia jest niższa niż w Algierii, Nikaragui czy Bangladeszu. USA są jedynym państwem rozwiniętym, który nie wprowadził powszechnego prawa do opieki zdrowotnej. Kraj Bushów i Obamy ma również bardzo wysoką śmiertelność niemowląt, a także najwyższy wskaźnik ciąż u nastolatek.

Niechlubne są statystyki przestępstw dokonywanych za Oceanem. Według danych ONZ, w USA popełnianych jest 20 razy więcej zabójstw niż w innych krajach rozwiniętych czy w Iraku. Ponad połowa z masowych strzelanin udokumentowanych w ciągu ostatnich 50 lat na całym świecie miała miejsce właśnie w Stanach Zjednoczonych, a 73 proc. morderców uzyskało broń legalnie. Miasta takie jak Nowy Orlean czy Detroit rywalizują o miano najbardziej brutalnych miejsc na świecie jedynie z metropoliami Ameryki Łacińskiej.

Po piąte, w większości rankingów Stany zajmują pierwsze miejsce pod względem nierówności ekonomicznych. Choć kraj ten zbudowano na micie nieograniczonych możliwości dla pracowitych i przedsiębiorczych, w rzeczywistości dzieci urodzone w biednych rodzinach mają mniej niż 3 proc. szans na osiągnięcie życiowego sukcesu. Badania wykazują, że nierówności negatywnie odbijają się m.in. na stanie zdrowia Amerykanów.

„The Rolling Stone” zwraca także uwagę, że USA są wśród trzech krajów na świecie, które nie gwarantują płatnego urlopu macierzyńskiego (dwa pozostałe to Papua-Nowa Gwinea i Suazi), w związku z czym wiele biednych matek musi wybrać między wychowaniem dzieci a utrzymaniem pracy czy nauką. Departament Edukacji potwierdził też, że szkoły z wysokimi odsetkiem ubogich studentów mają zwyczajowo niższy poziom finansowania przez władze lokalne (więcej o amerykańskim systemie oświaty przeczytasz w „Nowym Obywatelu” nr 64).

Tani jest pot nad Wisłą

Tani jest pot nad Wisłą

Z danych Eurostatu i Komisji Europejskiej wynika bezsprzecznie, że Polacy podnoszą wydajność swojej pracy. Tymczasem udział płac w PKB należy w naszym kraju do najniższych w Unii Europejskiej i nadal spada, a wydatki płacowe stanowią mniej niż 10% przychodów firm.

NSZZ „Solidarność” Regionu Toruńsko-Włocławskiego pisze, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie netto nie przekracza w Polsce 850 dolarów. To sześciokrotnie mniej niż w Szwajcarii i czterokrotnie mniej niż w Niemczech – a różnice w sile nabywczej płac jedynie częściowo łagodzą te dysproporcje. Więcej niż u nas zarabia się w „kryzysowych” Hiszpanii, Portugalii czy Grecji, a także w Turcji czy Czechach.

Porażająco słabo wyglądamy w porównaniu z USA. Według CNN, sprzedawca w Stanach dostaje 2,1 tys. dolarów netto (6,8 tys. zł), podczas gdy w Polsce 430 dol.; pielęgniarka wykwalifikowana 5661 dol. (18,4 tys. zł), a u nas 2,3 tys. zł; robotnik 2,2 tys. dol., u nas 900 dol. (2,7 tys. zł); dozorca/sprzątacz tam 2070 dol. (6,7 tys. zł), w Polsce 250 dol. (800 zł); sekretarka/pracownik administracyjny 2796 dol. (9,1 tys. zł), a w Polsce 533 dolary (1,6 tys. zł). Tymczasem ceny wielu towarów i usług mamy podobne lub nawet wyższe, np. za benzynę Amerykanie płacą dwa razy mniej niż Polacy, za jeansy Levisa u nas trzeba dać ok. 329 zł, a w USA równowartość 147 zł, zaś „Domek Marzeń” Barbie u nas kosztuje 998 zł, za Oceanem – 588 zł.

Choć wydajność rodaków wzrasta, pracodawcy bardzo niechętnie podnoszą wynagrodzenia, zasłaniając się wysokimi kosztami pracy. Według danych OECD za 2011 r. wydajność pracy w Polsce wynosiła już 43,5 proc. tego co w USA i stale rosła. W stosunku do 1993 r. wzrosła blisko 2,5-krotnie! Za tym wzrostem nie nadążały nasze wypłaty: w ciągu minionych 20 lat wzrost realnych wynagrodzeń w relacji do poprawy wydajności pracy przekładał się w stosunku 1 do 4. „Solidarność” zwraca uwagę, że w praktyce oznacza to, że aby nasze wynagrodzenia wzrosły o 1 procent, to wydajność musiała poprawić się aż o 4 procent! Warto dodać, że wydajność pracy jest w Niemczech jedynie dwukrotnie większa niż u nas.

„Dziennik Gazeta Prawna” dodaje, że niższe niż w Polsce zarobki w przemyśle poszczególnych krajów Unii Europejskiej występują tylko w Bułgarii, na Łotwie i w Rumunii. Przegonili nas za to Węgrzy, Czesi i Słowacy, których przeciętne pensje były przed 14 laty znacznie niższe niż Polaków. Tymczasem w 2012 r. Czesi zatrudnieni w przemyśle zarabiali aż o 419 euro więcej od swoich nadwiślańskich kolegów.