Chcieć znaczy móc (nie tylko w NYC)

Chcieć znaczy móc (nie tylko w NYC)

Bill de Blasio burmistrzem Nowego Jorku jest od niedawna, ale już zabrał się do realizacji swoich ambitnych prospołecznych planów.

Jak przypomina „Rzeczpospolita”, Bill de Blasio przejął klucze do amerykańskiej metropolii od miliardera Michaela Bloomberga, który zarządzał nią przez ostatnie dwanaście lat. De Blasio, pierwszy Demokrata na stanowisku burmistrza Nowego Jorku od dwudziestu lat, stopniowo stara się realizować swoje przedwyborcze obietnice i ma już na koncie pierwsze sukcesy.

Nowojorski ratusz wymógł na jednym z deweloperów inwestujących na Brooklynie budowę 700 tanich mieszkań w kompleksie liczącym 2300 apartamentów, grożąc wstrzymaniem wartej 1,5 mld dolarów inwestycji. De Blasio zmusił dewelopera także m.in. do budowy szkoły oraz parku i odnowienia promenady wzdłuż nadbrzeża East River.

– „Nadszedł czas, by poprosić bogatych o trochę więcej” – mówi de Blasio. Nowy burmistrz chce podnieść podatek dochodowy dla osób zarabiających powyżej pół miliona dolarów rocznie, żeby z tych funduszy sfinansować tanią opiekę przedszkolną.

De Blasio zapowiada zredukowanie do zera liczby pieszych ginących na nowojorskich ulicach. Chce to osiągnąć ograniczając dopuszczalną prędkość oraz zwiększając liczbę patroli drogowych i kamer monitoringu na drogach. Obrońców praw człowieka cieszy natomiast zapowiedź rezygnacji ze strategii stop-and-frisk, czyli z masowego, wyrywkowego zatrzymywania osób na ulicy i przeszukiwania ich na miejscu przez policjanta.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Sprawiedliwość wygrała z bezprawiem

Sprawiedliwość wygrała z bezprawiem

Prawomocny wyrok zapadł 27 marca. Sędziowie nie mieli wątpliwości, że zwolnienie szefowej „Solidarności” w Eurobanku było sprzeczne z prawem. Walka o przywrócenie Kseni Ulanowicz do pracy trwała blisko dwa lata. Korzystne dla przewodniczącej wyroki zapadły w sądach I i II instancji. – „Cieszę się, że w końcu mogę wrócić do pracy. Nie miałam wątpliwości, że sąd stanie po mojej stronie. Dziękuję wszystkim osobom, które przez ten czas mi pomagały” – mówi Ksenia Ulanowicz. Podkreśla, że oprócz najbliższej rodziny mogła liczyć na wsparcie koleżanek i kolegów z komisji zakładowej, Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność” oraz wielu pracowników banku. – „Nawet osoby, których nigdy nie poznałam, przysyłały mi e-maile. Pisali, że trzymają za mnie kciuki i czekają na mój powrót” – dodaje.

Podczas procesów, zarówno w Sadzie Rejonowym, jak i Okręgowym, pracodawca bezskutecznie argumentował, że powodem zwolnienia szefowej „S” były kiepskie wyniki sprzedażowe. – „Próbowano pokazać, że byłam bezwartościowym pracownikiem, niewłaściwą osobą na niewłaściwym miejscu. Tymczasem krótko przed zwolnieniem dostałam awans i wzięłam udział w szkoleniu firmowym. Żaden pracodawca nie inwestuje w pracownika, którego zamierza zwolnić” – mówi Ksenia Ulanowicz.

Jej zdaniem rzeczywistym powodem zwolnienia było zaangażowanie w założenie związku zawodowego. – „Pracodawca dowiedział się, że zakładamy związek i postanowił się ze mną rozstać. W ten sposób chciał zniechęcić innych pracowników. Część osób rzeczywiście się wystraszyła i wycofała swoje deklaracje, ale do »S« zapisali się pracownicy z innych placówek. Bardzo szybko udało nam się zarejestrować komisję zakładową” – mówi. Podkreśla, że na początku pracodawca nie chciał zaakceptować faktu, że na terenie firmy istnieje organizacja związkowa. Dopiero po kilku miesiącach udało się doprowadzić do spotkania z przedstawicielami centrali we Wrocławiu. – „Kierownictwo banku dostrzegło, że mamy coś do powiedzenia, a nasze pomysły nie są złe. Pracownicy też zauważyli nasze starania, a do »S« zaczęły się zapisywać kolejne osoby. Mamy już takie placówki, w których wszyscy pracownicy są członkami związku” – mówi Ulanowicz.

Po powrocie do pracy zamierza kontynuować działalność związkową i rozbudować struktury „Solidarności” w Eurobanku. Przypomina, że powodem powstania komisji zakładowej były pogarszające się warunki pracy. – „Obowiązków nam przybywało, a nasze płace były coraz niższe. Pracownicy zaczęli się buntować. Kilka ważnych dla nas spraw wciąż wymaga rozwiązania” – podkreśla.

W pierwszej kolejności chciałaby doprowadzić do rozpoczęcia rozmów na temat regulaminu wynagradzania i zasad awansów zawodowych oraz zwiększenia odpisu na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych. – „Mam nadzieję, że pracodawca podejmie z nami dialog, przekona się, że upominamy się o pracowników, bo zależy nam na dobrym funkcjonowaniu całej firmy. To jest dla nas najważniejsze” – mówi Ksenia. Jest przekonana, że decyzja o założeniu związku była słuszna. Pracownicy banku mają teraz swoją reprezentację, która w ich imieniu prowadzi rozmowy z pracodawcą. – „Warto brać w sprawy w swoje ręce i się zrzeszać. Najgorzej jest wtedy, gdy pracownicy ciągle na coś narzekają, a brakuje im odwagi, by próbować to zmieniać” – przekonuje.

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Nasz tekst o trudnej walce polskich pracowników o sprawiedliwość przeczytać można tutaj.

Lepiej jak jest mętniej

Lepiej jak jest mętniej

Związek Powiatów Polskich chce ograniczenia dostępu do informacji publicznej. Urzędnikom nie podoba się nasilenie obywatelskich żądań w dziedzinie jawności, m.in. w odniesieniu do wydatków samorządów czy płac włodarzy.

– „Mamy prawo wiedzieć, jak władza gospodaruje naszymi pieniędzmi i czym się kieruje, podejmując decyzje” – mówi „Dziennikowi Polskiemu” Szymon Osowski z sieci Watchdog Polska, zachęcającej obywateli do kontrolowania publicznych instytucji. Przekonuje, że tam, gdzie ludzie interesują się tego rodzaju sprawami, mniejsza jest pokusa nadużyć, kumoterstwa i korupcji.

Gazeta przypomina, że na mocy ustawy każdy obywatel może uzyskać od władz wszelkich szczebli i instytucji publicznych interesujące go informacje. Trwa jednak wojna o interpretację niektórych przepisów. – „Część urzędów centralnych i samorządów nie pali się do udzielania informacji, obywatele muszą się odwoływać do sądów” – mówi Osowski. Próby zniechęcenia Polaków okazały się jednak nieskuteczne: liczba wniosków rośnie.

W efekcie Związek Powiatów Polskich przekazał sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej swoje stanowisko, w którym skarży się na „brak precyzyjnej definicji informacji publicznej”, w efekcie którego obywatele mogą pytać o wszystko, co jest w jakiś sposób związane z pracą urzędów lub zostało sfinansowane z publicznej kasy. ZPP twierdzi, że ujawnienie części takich informacji może być sprzeczne z ustawą o ochronie danych osobowych.

Samorządowców bolą m.in. pytania o wynagrodzenia osób pełniących funkcje publiczne czy o numery telefonów służbowych. Chcieliby wprowadzić opłaty za ujawnianie danych, by „uchronić administrację przed zalewem próśb o udostępnienie informacji”. – „W większości polskich miast ludzie zadają po kilkanaście pytań rocznie” – ripostuje Szymon Osowski. Dodaje, że rzekomy „zalew” nie może być powodem ograniczania prawa do kontrolowania władzy, oraz że często ludzie zadają pytania, bo instytucje nie zamieszczają danych w Biuletynie Informacji Publicznej.

– „Władza nie powinna chować się za przepisami. Próba ograniczenia jawności przyniesie fatalny dla niej efekt” – uważa poseł Piotr Zgorzelski (PSL), szef sejmowej Komisji Samorządu. Zapowiada zorganizowanie w parlamencie otwartej debaty na ten temat.

Wzrost liczby podań o dostęp do informacji publicznej jest widoczny w całym kraju. Przykładowo, takich wniosków do Urzędu Miasta w Nowym Sączu wpłynęło w ubiegłym roku 110, ponad dwa razy więcej niż w 2011 r. (50 wniosków). Wrocławianie natomiast w 2013 r. pisali do swojego Urzędu Miasta blisko 2 tys. razy – aż pięciokrotnie częściej niż dwa lata wcześniej. – „Miasta powinny cieszyć się z takiego trendu, bo to dowodzi, że mają coraz bardziej świadomych i odpowiedzialnych mieszkańców” – przekonuje Szymon Osowski. Za wcześnie jednak na samozachwyt. – „Jeżeli w ponad 700-tysięcznym mieście, jakim jest Kraków, rocznie pada jedynie 1,5 tysiąca pytań, to nie jest to fantastyczny wynik” – zastrzega prawnik.

Jesteś biedny? To do budy!

Jesteś biedny? To do budy!

Burmistrz Łęcznej (woj. lubelskie) zapowiada radykalne kroki w stosunku do lokatorów mieszkań komunalnych, którzy zalegają z czynszem. Planowany jest m.in. zakup kontenerów socjalnych, do których mieliby trafić dłużnicy.

Jak informuje „Dziennik Wschodni”, suma zaległości lokatorów sięga w Łęcznej 146 tys. zł, z czego odsetki to blisko 26 tys. zł. – „Ani groźby, ani prośby nie pomagają. Mamy gigantyczne problemy ze ściągnięciem czynszów od lokatorów komunalnych. Rozumiem, że sytuacje życiowe są różne, ale nagminnego uchylania się od płacenia czynszu nie będziemy tolerować” – mówi Teodor Kosiarski, burmistrz Łęcznej. Szesnaście rodzin ma dług odpowiadający dziesięciokrotności czynszu, dziewięć – w kwocie powyżej 5 tys. zł. Rekordzista zalega z opłatami na blisko 22 tys. zł.

Burmistrz wskazał, że zasób lokalowy miasta jest niewielki, dlatego dłużnicy będą kwaterowani we wspólnych lokalach socjalnych, spełniających ustawowy wymóg 5 metrów na osobę. – „Jeżeli zabraknie nam mieszkań, to planujemy, wzorem innych gmin, zakup kontenerów dla dłużników. W tej chwili zastanawiamy się nad lokalizacją” – mówi T. Kosiarski.

Zapowiedzi włodarza Łęcznej nie budzą sprzeciwu opozycji. – „Ta propozycja jest jednym z rozwiązań problemu niepłacenia czynszów oraz braku mieszkań socjalnych” – mówi radny Sebastian Pawlak i wskazuje, że takie rozwiązania stosowane są w innych miastach Polski.

Spółdzielnie mieszkaniowe w Łęcznej aktualnie czekają natomiast na przydzielenie lokali dla dwudziestu trzech rodzin posiadających wyroki eksmisyjne z prawem do lokalu socjalnego.