Śmieciowe obiecanki cacanki

Śmieciowe obiecanki cacanki

„Solidarność” z Jastrzębskiej Spółki Węglowej protestuje przeciwko zatrudnianiu górników do pracy w kopalniach przez nową spółkę JSW Szkolenia i Górnictwo. Wczoraj w tej sprawie demonstrowali absolwenci szkół i klas górniczych.

Jak informuje na swojej stronie internetowej śląsko-dąbrowska „Solidarność”, zgodnie z umowami podpisanymi przez Jastrzębską Spółkę Węglową oraz gminy Jastrzębie-Zdrój, Pawłowice Śląskie, Ornontowice, Wodzisław Śląski i Pszczyna najlepsi absolwenci szkół i klas górniczych z tych miejscowości mieli być zatrudniani w kopalniach należących do JSW. Na początku roku większość z nich przeszła badania lekarskie i testy psychologiczne wymagane przed przyjęciem do pracy.

Niedawno okazało się, że absolwenci będą zatrudniani nie bezpośrednio w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, ale w podmiocie o nazwie JSW Szkolenia i Górnictwo powołanym w styczniu 2014 roku. Nowy podmiot miał się zajmować prowadzeniem szkoleń dla pracowników Grupy Kapitałowej JSW. Okazuje się jednak, że prawdziwy cel stworzenia spółki jest zupełnie inny.

– „W ten sposób zarząd JSW będzie mógł ominąć wszystkie chroniące pracowników porozumienia podpisane ze stroną społeczną. Pracownicy zamiast na stałe będą zatrudniani na czas określony” – mówi Roman Brudziński wiceprzewodniczący „Solidarności” w JSW.

We wczorajszym proteście wzięło udział ponad 200 osób. Protestujący absolwenci przynieśli ze sobą transparenty z hasłami: „Nie odbierajcie nam obiecanej przyszłości” ,„Zatrudnić obiecali. Młodych okłamali”.

– „Przyszliśmy tutaj, bo czujemy się oszukani. Związaliśmy z tą firmą naszą przyszłość, poświęciliśmy kilka lat życia na naukę zawodu, a dzisiaj nie wiemy, co z nami będzie. Domagamy się wyłącznie tego, aby zarząd JSW wywiązał się ze swoich zobowiązań wobec nas” – podkreślał jeden z absolwentów Technikum Górniczego w Pawłowicach.

Centrale związkowe działające w JSW wysłały w tej sprawie listy protestacyjne m.in. do prezydenta Bronisława Komorowskiego, premiera Donalda Tuska, wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego oraz do wiceministra gospodarki odpowiedzialnego za górnictwo Tomasza Tomczykiewicza.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Ponad 700 firm wydłużyło okres rozliczeniowy

Ponad 700 firm wydłużyło okres rozliczeniowy

Od momentu wejścia w życie znowelizowanego Kodeksu pracy wydłużone okresy rozliczeniowe czasu pracy zostały wprowadzone w 707 firmach – poinformowała Państwowa Inspekcja Pracy. W większości tych przedsiębiorstw nie funkcjonują organizacje związkowe.

Niekorzystne dla pracowników przepisy umożliwiające wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy weszły w życie pod koniec sierpnia ubiegłego roku wraz z nowelizacją Kodeksu pracy.

Liberalizacja prawa pracy przeforsowana została pod pretekstem pomocy pracodawcom, znajdującym się w trudnej sytuacji ekonomicznej. W praktyce wykorzystywana jest do pozbawienia pracowników zapłaty za nadgodziny. Nawet jeżeli pracownicy pracują więcej niż 40 godzin tygodniowo, to nie otrzymają pieniędzy za nadgodziny. Dodatkowe godziny pracodawca będzie mógł zrekompensować przyznając pracownikom wolne.

Większość pracodawców skorzystała z maksymalnej możliwości wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy. – „Okres rozliczeniowy czasu pracy do 12 miesięcy wydłużony został w 569 firmach” – informuje Danuta Rutkowska, rzecznik prasowy Głównego Inspektora Pracy. 6-miesięczne wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy wprowadziło 73 pracodawców.

Brak bieżącej zapłaty za nadgodziny dla pracowników zatrudnionych w zakładach objętych tego typu porozumieniami, to nie jedyny problem. Jeżeli dojdzie do przestoju i firma nie uzyska zleceń nawet przez kilka miesięcy, to w tym czasie załoga będzie otrzymywała wynagrodzenie równe najniższej pensji. Natomiast jeżeli przed upływem wydłużonego okresu rozliczeniowego przedsiębiorstwo upadnie, pracownicy będą mieli nikłą szansę na odzyskanie pieniędzy za nadgodziny.

Jak wynika z danych PIP, wydłużone okresy rozliczeniowe czasu pracy wprowadzone zostały przede wszystkim w dużych przedsiębiorstwach, zatrudniających od 50 do 249 pracowników oraz w średnich firmach, w których pracuje od 10 do 49 osób. Porozumienia w sprawie przedłużenia okresu rozliczeniowego weszły w życie głównie w takich branżach jak: przetwórstwo przemysłowe, handel i naprawy oraz budownictwo. Najwięcej porozumień dotyczących wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy wprowadzonych zostało w przedsiębiorstwach działających na terenie województwa śląskiego – 130.

W większości firm zgodę na zmianę wyrazili jedynie przedstawiciele pracowników, przy czym Kodeks pracy nie precyzuje, w jaki sposób powinni oni zostać wyłonieni przez pracodawcę do prowadzenia negocjacji. Zdaniem związkowców mogą to być osoby wskazane przez kierownictwo firmy. Natomiast w zakładach, w których działają organizacje związkowe, do przedłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy wymagana jest zgoda przedstawiciela każdej z nich. W praktyce związkowcy rzadko godzą się na takie rozwiązanie i najczęściej je odrzucają. Dlatego pracownicy tych zakładów, w których wprowadzone zostały wydłużone okresy rozliczeniowe czasu pracy, powinni pomyśleć o zorganizowaniu się w związki zawodowe. Komisja zakładowa, która powstanie ma prawo starać się o korektę lub uchylenie porozumienia podpisanego z przedstawicielem załogi innym niż związki zawodowe.

Agnieszka Konieczny

_____

Przedruk za stroną NSZZ „Solidarność” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego

Kretyn Tower

Kretyn Tower

Burmistrz Augustowa chce zniszczyć bajkowy krajobraz okolicy, zezwalając na budowę w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora… drapacza chmur.

„Metro” przypomina, że najwyższy budynek w Augustowie ma dziś cztery piętra. Tymczasem lokalne władze są po rozmowach z inwestorami z Arabii Saudyjskiej i Kataru, którzy nad jeziorem Necko chcą zbudować 40-piętrowy hotel. – „Z początku byłem sceptyczny, bo jak tu w środku puszczy miałby wyrosnąć ogromny prostopadłościan? Ale budynek ma mieć kształt nie do końca rozwiniętego żagla. To korespondowałoby z naszymi jeziorami. Atrakcja przyciągnie turystów” – przekonuje burmistrz Kazimierz Kożuchowski. – „Nie potrafię wyobrazić sobie tam drapacza chmur. Byłby zaprzeczeniem wszystkiego, co ludzi przyciąga do Augustowa. Wątpię, by inwestor zaryzykował, bo nie znajdzie wielu chętnych na odpoczynek nad jeziorem w wieżowcu” – ripostuje Rafał Kosno, znany lokalny aktywista ekologiczny.

Aby gmach mógł powstać, radni muszą zmienić miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, ale według burmistrza nie będzie z tym problemów. Gazeta przypomina, że sprawa przypomina historię wielkiego jak 10 boisk piłkarskich hotelu Gołębiewski, który niczym meteor wbił się kilka lat temu w krajobraz Karpacza i zdominował cały krajobraz. Tam też władze mocno zabiegały o inwestycję, m.in. radni dostosowali do niej miejscowy plan zagospodarowania. Inwestorowi i tego było mało, więc wybudował dziewięć pięter, zamiast uzgodnionych siedmiu. Ponieważ miasto w całości wpisane jest do rejestru zabytków, konserwator nakazał rozbiórkę dodatkowych kondygnacji, a jego żądania wsparł minister kultury. Do rozbiórki, mimo tego, nie doszło.

Krajobraz Pojezierza Augustowskiego jest w jeszcze gorszej sytuacji, gdyż miasto nie jest wpisane do rejestru zabytków. Co prawda Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska ocenia oddziaływanie inwestycji na środowisko, ale głównie takie aspekty jak wpływ na stan wody czy powietrza – prawo nie chroni przed „zaśmiecaniem krajobrazu”. Ma to zmienić ustawa o ochronie krajobrazu, zaproponowana przez prezydenta i rozszerzająca zakres ocen oddziaływania na środowisko o wizualne aspekty inwestycji. Nowe przepisy umożliwią ponadto władzom województw wprowadzanie ograniczeń dotyczących m.in. wielkości i wysokości obiektów (tzw. dominanty krajobrazowe, np. budynki, maszty, kominy). Choć projekt wpłynął do Sejmu w lipcu ub.r., prace przeciągają się, głównie za sprawą lobby energetycznego: boi się ono, że ustawa utrudni rozbudowę sieci i farm wiatrowych.

Polska najgorsza w unijnym rankingu jakości transportu

Polska najgorsza w unijnym rankingu jakości transportu

Komisja Europejska opublikowała ranking jakości transportu w krajach UE, z którego wynika, że Polska zajmuje w nim ostatnie miejsce spośród 28 państw członkowskich.

W przygotowanym przez KE rankingu wykorzystano dane pochodzące z Eurostatu, Europejskiej Agencji Środowiska, Banku Światowego i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju do roku 2012 włącznie.

W przygotowanym zestawieniu został oceniony stan transportu: drogowego, kolejowego, lotniczego i morskiego w siedmiu głównych kategoriach, wśród których znalazły się infrastruktura, bezpieczeństwo, wpływ na środowisko, innowacje i badania naukowe, logistyka, stan wdrożenia unijnego prawa i wreszcie jego naruszenia, z tym że każda z nich miała od 2 do 5 podkategorii.

W sumie skonstruowano aż 22 kategorie, Polska znalazła się aż w 9 z nich pośród 5 najgorszych krajów i zaledwie w 3 w grupie 5 najlepszych krajów. Sumarycznie ostatnie miejsce tuż za Bułgarią.

Przypomnijmy tylko, że mimo wydania przez Polskę w ciągu ostatnich 6 lat ponad 100 mld zł na budowę dróg krajowych, głównie dróg szybkiego ruchu i autostrad, nie ma i długo jeszcze nie będzie pełnego ciągu autostradowego z Zachodu na Wschód (A-2, A-4) ani z Północy na Południe (A-1, A-3).

Przy okazji inwestycji drogowych w takiej na przykład Hiszpanii podczas wielkiego programu budowy autostrad i dróg szybkiego ruchu, realizowanego przez ten kraj w dużej części za unijne pieniądze, powstał silny krajowy sektor budowlany z kilkoma dużymi firmami budowlanymi, które teraz wygrywają przetargi budowlane w całej Europie, w tym także w Polsce.

W Polsce natomiast firmy realizujące kontrakty drogowe w większości mają olbrzymie kłopoty finansowe, a cześć z nich, w tym nawet duże giełdowe, znajduje się w upadłości .Wystarczy wymienić tylko takie olbrzymy jak DSS, PBG czy Hydrobudowa, a także trochę mniejsze jak POLDIM czy Aprivia.

Ostatnio z kilku kontraktów drogowych została wyrzucona spółka giełdowa Polimex-Mostostal, która nie upadła tylko dlatego, że jest podtrzymywana przez kontrakty rządowe w energetyce.

O już setkach mniejszych firm budowlanych będących podwykonawcami tych wielkich, które od dawna są już w likwidacji, nie wypada nawet wspominać.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja jeżeli chodzi o realizację inwestycji kolejowych. W perspektywie finansowej 2007-2013 na ich realizację przewidziano 6,8 mld euro, ale po 2 latach ówczesny minister transportu Sławomir Nowak próbował uzyskać zgodę Komisji Europejskiej na przeniesienie części tych środków na modernizację dróg. Po wielu miesiącach zwodzenia opinii publicznej w Polsce okazało się, że nie jest to możliwe.

W tej sytuacji zaczęto nerwowo poszukiwać projektów kolejowych, które można by było zrealizować i rozliczyć do roku 2015, ale zbyt dużo nie udało się ich znaleźć.

Wszystko więc wskazuje na to, że część unijnych środków przeznaczonych na modernizację kolei będzie musiała być zwrócona do Brukseli, bo nie uda się ich wykorzystać do końca obecnej perspektywy finansowej (niektórzy eksperci twierdzą, że może to być nawet kwota około 1 mld euro).

Choćby ze sposobu wydatkowania ogromnych środków pochodzących z budżetu UE na modernizację dróg i linii kolejowych w Polsce wynika, że to ostatnie miejsce naszego kraju w unijnym rankingu jakości transportu jest jak najbardziej „zasłużone”.

Tyle tylko, że ten fatalny obraz polskiego transportu wynikający z raportu KE jakoś nie współbrzmi z kolejnymi konferencjami prasowymi premiera Tuska i minister Elżbiety Bieńkowskiej, którzy mówią o skoku cywilizacyjnym w tym zakresie.

Niestety to ranking KE jest prawdziwy i to on pokazuje, jak naprawdę jest w Polsce z jakością transportu.

Zbigniew Kuźmiuk, Poseł PiS

_____

Przedruk za stroną „Tygodnika Solidarność”