Polski hydraulik, rumuński żebrak

Wiosna 2014 |

Dziesięć lat, które minęły od akcesji Polski do UE, pokazało, że na otwarcie europejskiego rynku pracy nie byliśmy gotowi. Polska – gospodarczo, stare państwa UE – mentalnie.

W czasie gdy powstawała moja odpowiedź na tę ankietę, wyjechaliśmy z fotoreporterem „Gościa Niedzielnego” służbowo do Anglii. Drugiego dnia przy śniadaniu w domu gościnnym okazało się, że Pani, która je przygotowała, jest Polką. Ma ok. 60 lat, pochodzi z Podkarpacia, w Anglii mieszka już 10 lat. Pojechała tam po tym, jak straciła pracę w marketingu. Na początku nie mówiła ani słowa po angielsku, ale dzięki pomocy i tolerancji szefa dla osoby, która na samym początku nie potrafiłaby odpowiedzieć na najprostsze pytanie, nauczyła się go w stopniu komunikatywnym. Od początku pracowała w kilku miejscach, na samym starcie po 14 godzin dziennie przez 7 dni w tygodniu. Teraz pozwala sobie na jeden wolny dzień w tygodniu, nie pracuje już tak dużo. W domu, do którego stara się przyjeżdżać jak najczęściej (głównie w okolicach świąt), została rodzina. Gdy o tym mówi, smutnieje. Myśli o tym, by „zjechać do kraju” – niestety z tego, co mówi, wynika, że nie zdarzy się to zbyt szybko.

Nasze zaskoczenie było jeszcze większe, gdy kilkanaście godzin później, debatując z udawanym znawstwem w pubie nad tym, jakie piwo wybrać, za plecami usłyszeliśmy słowa: Spróbuj tego.

Trudny bilans

W Wielkiej Brytanii bardzo łatwo spotkać Polaka. Oczywiście, to przypadek specyficzny. Jako jedno z pierwszych państw, obok Irlandii i Szwecji, od razu po wielkim rozszerzeniu Unii Europejskiej w 2004 r., Wielka Brytania otworzyła rynek pracy dla obywateli nowych państw Wspólnoty. Bardzo szybko Polacy zaczęli wyjeżdżać na Wyspy za chlebem. Między 2004 a 2005 r. liczba mieszkających tam Polaków wzrosła ponad dwukrotnie – ze 150 tys. do 340 tys. (dane GUS), zaś we wszystkich państwach UE prócz Polski – z 750 tys. do 1,17 mln. Wielka Brytania cieszyła się największym zainteresowaniem ze względu na stosunkowo najmniejszą barierę językową i chłonny rynek pracy, choć np. w Irlandii liczba Polaków w tym samym okresie wzrosła aż pięciokrotnie. Obecnie, gdy już wszystkie państwa „starej” Unii otworzyły się na pracowników z „nowych państw” UE, przebywa w nich ponad 1,5 mln Polaków (łącznie polskich migrantów czasowych jest na świecie ok. 2,2 mln).

Po dziesięciu latach członkostwa Polski w UE warto pokusić się o bilans otwartego rynku pracy we wspólnocie. Jesteśmy jego beneficjentami czy na nim tracimy? „Będzie praca u Bauera, więc do Reichu jedźmy teraz” – pisali ponad 10 lat temu polscy narodowcy na ulotkach, które miały zniechęcić nas do głosowania za akcesją Polski do Unii Europejskiej. Dziwne to hasło: było i jest więcej zagrożeń płynących z naszego członkostwa w UE niż swoboda przemieszczania się i otwarcie rynków pracy na Zachodzie. Strasząc porównaniami do robót przymusowych z okresu II wojny światowej, przeciwnicy integracji europejskiej srogo minęli się z rzeczywistością. Otwarcie rynku pracy za granicą nie skończyło się zniewoleniem osób, które wyjechały za chlebem. Co prawda zdarzały i zdarzają się przypadki wykorzystywania ludzi (słynne „obozy pracy” we Włoszech, zmuszanie do prostytucji itd.), jednak wiążą się one głównie z podjęciem decyzji o nielegalnym zatrudnieniu, niewystarczającą znajomością realiów zagranicznego rynku pracy i zbytnim zaufaniem wobec szemranych agencji pośrednictwa. Otwarcie zagranicznych rynków pracy nie było warunkiem sine qua non trudnego losu, jaki spotkał oszukanych, a jedynie dodatkową okolicznością zachęcającą ich do wyjazdu.

Przez ten okres Polacy pracujący za granicą zarobili miliardy złotych. Od kilku lat co roku emigranci przesyłają do kraju 4–6 mld euro rocznie. Jako główne przyczyny emigracji zarobkowej ludzie wymieniają najczęściej brak perspektyw na dobrą pracę z dobrymi zarobkami, brak dostępu do zasobów mieszkaniowych oraz lepszą politykę rodzinną za granicą. Głównym argumentem za wyjazdem jest więc niestety poczucie braku perspektyw w kraju. Jakkolwiek negatywnie oceniamy sytuację, w której brak perspektyw w ojczyźnie zachęca ludzi do wyjazdu za chlebem za granicę, sytuacja materialna ich oraz ich rodzin w wielu przypadkach poprawiła się.

Masowa emigracja zarobkowa pociąga za sobą także negatywne skutki. Z opracowanego w 2013 r. raportu Komitetu Badań nad Migracjami PAN wynika, że w związku z masową emigracją zarobkową dochodzi w Polsce wręcz do katastrofy demograficznej. Przykładowo z województwa opolskiego wyjechało prawie 11 proc. mieszkańców – widok opuszczonych domów w opolskich wsiach robi przytłaczające wrażenie. To wszystko powoduje starzenie się społeczeństwa i, co szczególnie bolesne, bardzo negatywnie odbija się na rodzinach samych zainteresowanych. Najwięcej rozwodów jest w tych województwach, z których wyjechało najwięcej osób, często w pojedynkę, zostawiając bliskich w ojczyźnie. Występuje także drenaż mózgów. Zagraniczni naukowcy, związani np. z oksfordzkim „Migration Observatory”, zauważają, że liczni emigranci z nowych państw członkowskich UE to ludzie dobrze wykształceni, wykonujący zawody poniżej ich kompetencji.

Nie chcą nas?

Sytuacja, w której w ciągu krótkiego czasu dochodzi do masowej emigracji zarobkowej, nie jest normalna. Jako taka odbierana jest także w kraju przyjmującym. Choć w praktyce inwazja polskich pracowników na Wyspy Brytyjskie nie spowodowała radykalnych zmian na tamtejszym rynku pracy, widoczne są jednak pewne tendencje. Dr Martin Ruhs i dr Carlos Vargas-Silva z Uniwersytetu w Oksfordzie podają w analizie „Wpływ imigracji na rynek pracy” („The Labour Market Effects of Immigration”), iż wzrost o 1 proc. liczby imigrantów w ogólnej liczbie osób w wieku produkcyjnym mieszkających w Wielkiej Brytanii powoduje spadek płac wśród 5 proc. najmniej zarabiających o 0,6 proc. Zdaniem ekonomistów imigracja nie miała w ubiegłych latach wpływu na bezrobocie na Wyspach Brytyjskich.

Mimo to w dobie przedłużającego się kryzysu istnieje zagrożenie, iż obcokrajowcy pracujący w Wielkiej Brytanii staną się kozłem ofiarnym. Pod koniec 2013 r. brytyjski premier David Cameron stwierdził, że natychmiastowe otwarcie rynku pracy dla obywateli wówczas nowych państw UE nie było najlepszym pomysłem. Tego samego zdania jest lider opozycyjnej Partii Pracy Ed Miliband, który już półtora roku temu mówił, że Wielka Brytania po rozszerzeniu UE powinna była wprowadzić okresy przejściowe. Jedynie Liberalni Demokraci bronią otwarcia rynku pracy i już rozpoczęli kampanię do europarlamentu wśród emigrantów zarobkowych z Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak to wypowiedzi polityków dwóch głównych ugrupowań pokrywają się z poglądami większości Brytyjczyków – w sondażach regularnie ponad 70 proc. ankietowanych stwierdza, że w kraju pracuje zbyt wielu obcokrajowców. Większość popiera także propozycję ograniczenia dostępu do świadczeń socjalnych dla obywateli UE mieszkających na Wyspach.

Wielka Brytania nie jest w tym zakresie odosobniona. Temat walki z „imigracją zasiłkową” pojawił się także w Niemczech za sprawą bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej, zwłaszcza w kontekście otwarcia europejskiego rynku pracy dla obywateli Rumunii i Bułgarii. Problem ten jednak nie występuje ani na Wyspach, ani w Niemczech – ani prawdopodobnie nigdzie. Do mało kogo przemawiają zapewnienia przedstawicieli niemieckich samorządów, że otwarcie granic nie spowodowało świadczeniowego naciągactwa, które można byłoby traktować jako często występujące zjawisko. Nie przekonują ich też statystyki, które czarno na białym pokazują, że imigranci z nowych państw UE to w dużej mierze pracownicy wykwalifikowani (np. najwięcej zagranicznych lekarzy pracujących w RFN pochodzi właśnie z Rumunii), chcący raczej zarabiać i płacić podatki, niż dorabiać się na „socjalu” wyższym niż w kraju pochodzenia.

Brak wspólnoty

Stereotypy jednak robią swoje i nie wygląda na to, by 10 lat naszego członkostwa w UE zmieniło w znaczącym stopniu podejście obcokrajowców do imigrantów. Z pewnością zmieniło się do nas nastawienie pracodawców – przykładowo na Wyspach Brytyjskich istnieją firmy, które chcą zatrudniać wyłącznie Polaków, Litwinów i innych obywateli „nowych” państw UE, ze względu na to, iż uchodzimy za bardziej kompetentnych. Na początku stycznia tego roku potentaci na rynku mieszkań na wynajem, Judith i Fergus Wilsonowie, wysłali listy do najemców pobierających pomoc społeczną z prośbą o… wyprowadzkę. Obawiają się bowiem, że w przyszłości mogą się stać dla nich ciężarem finansowym. Wilsonowie wolą wynajmować mieszkania imigrantom, którzy nie boją się ciężkiej pracy i nie będą mieli opóźnień w płatnościach. Tego typu gesty mogą niestety pogłębić poczucie wielu Anglików, jakoby Polacy i przedstawiciele innych narodowości „zabierali im pracę”.

Zarówno „stare”, jak i „nowe” państwa UE nie były gotowe na otwarcie rynku pracy. Nikt nie przewidział, że otwarcie granic spowoduje masową emigrację Polaków za granicę. Z drugiej strony eurokraci, tworzący czysto polityczny i nieuwzględniający różnic gospodarczych i kulturowych projekt Unii Europejskiej, prowadzą nierówną walkę z rzeczywistością o stworzenie europejskiego demosu – który jednak jakoś nie powstaje. Różnice narodowościowe miały szybko zaniknąć, tymczasem nie ma między nami wspólnoty, przeciętny Europejczyk obywateli innych państw UE nadal traktuje jako obcych i potencjalnych konkurentów o miejsce pracy. Dopóki sytuacja gospodarcza na zachodzie Europy jest trudna, ale nie beznadziejna, dopóty nie dochodzi do konfliktów na tle narodowościowym – choć niejeden Polak pracujący za granicą może opowiedzieć o niemiłych sytuacjach, w jakich się znalazł ze względu na swoje pochodzenie. Z perspektywy czasu widać, iż zabrakło współpracy między starymi państwami UE, jeśli chodzi o otwieranie rynków pracy. Co bardziej entuzjastycznie nastawieni przyjęli nas od razu, bardziej sceptyczni zostawili sobie furtkę w postaci okresów przejściowych. Z kolei polscy politycy już po kilku latach obudzili się z ręką w nocniku, z założonymi rękoma obserwując, jak ich rodacy masowo opuszczają kraj w poszukiwaniu lepszej przyszłości.

Zdając sobie sprawę z ogólności odpowiedzi na pytanie, co zrobić, by w przyszłości sytuacja wyglądała lepiej, dodam, iż aby nie doskwierały nam problemy związane z masowymi migracjami, warunki w Polsce muszą zmienić się na tyle, by ludzie traktowali wyjazd jako opcję, a nie jako konieczność.

Stefan Sękowski

(ur. 1985) – politolog, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Gazecie Wyborczej”, „Gazecie Polskiej Codziennie”, „Frondzie” i „Tygodniku Powszechnym”. Stały współpracownik tygodnika „Nowa Konfederacja”. Autor książki „W walce z Wujem Samem. Anarchoindywidualizm w Stanach Zjednoczonych Ameryki w latach 1827–1939”, tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera. Mąż, ojciec dwóch synów, mieszka w Lublinie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>