Socjalna alternatywa

Wiosna 2014 |

Dziesięciolecie polskiego członkostwa w Unii Europejskiej stanowi naturalną okazję do podsumowań, ocen, bilansów, opisów zmian w różnych dziedzinach życia, gospodarki, konsekwencji społecznych mniej lub bardziej powiązanych z efektami integracji europejskiej, czasem zaś zupełnie odrębnych, ale jako że zachodzących po dacie akcesji, to z nią kojarzonych. I znów, podobnie jak w dyskusji przedakcesyjnej, debata przebiega w konwencji zestawiania dwóch kolumn: „zyski” i „straty”.

Nie kwestionując naturalnej pokusy dokonania takiego bilansu, nie sposób nie zauważyć, że jest on obarczony dwiema wadami. Po pierwsze: dyskusyjne pozostaje, które pozycje nadają się do zaksięgowania w kolumnie „straty”, a które w kolumnie „zyski”. Na przykład czy przekazanie na poziom unijny kompetencji krajowych w danej dziedzinie (lub jak chcą to nazywać niektórzy: „utrata suwerenności”) jest zyskiem czy stratą? To pytanie o tyle istotne, że mamy tendencję (a już szczególnie politycy mają) do zazdrosnego zastrzegania prawa do konkretnych decyzji na poziomie narodowym przy jednoczesnym kierowaniu pretensji za ich skutki do Brukseli. Sprawa ta ujawniła się wyraźnie w niedawnym badaniu przed wyborami europejskimi, gdzie ankietowani wskazywali m.in., w jakich dziedzinach mają największe oczekiwania wobec instytucji unijnych, w tym Parlamentu. Okazało się, że w tych, w których Unia Europejska ma najmniejsze kompetencje, na przykład w dziedzinie polityki społecznej czy zatrudnienia. Po drugie: bilanse tego rodzaju opierają się na czystych spekulacjach, co by było, gdyby Polska przez ostatnie 10 lat nie była członkiem Unii Europejskiej. Zestawiamy zatem rzeczywistość z fikcją historyczną, polityczną, społeczną, gospodarczą, jednym słowem z tym wszystkim, co się nie zdarzyło, i nie wiemy, czy zdarzyć się mogło.

Powyższe naturalnie nie zwalnia nas od podsumowania doświadczeń naszego kraju w ciągu ostatnich 10 lat, a także porównania tego z wcześniejszymi prognozami. Niewątpliwe jest przede wszystkim to, co widać gołym okiem, i co w niekwestionowany sposób jest z członkostwem w UE powiązane, mianowicie ogromny skok cywilizacyjny. Wynika on z wykorzystania funduszy strukturalnych, przede wszystkim w kwestii rozwoju infrastruktury, ale i stałego wzrostu PKB czy płac realnych. No i fakt, że jako członek UE Polska postrzegana jest jako kraj solidny, stabilny i zabezpieczony przed wstrząsami. To przyciąga inwestycje czy, szerzej, sprawia, że Polska stała się partnerem w interesach, z którym należy się liczyć zarówno wewnątrz UE, jak i w stosunkach zewnętrznych. Aby docenić znaczenie tego skoku cywilizacyjnego, należy go zestawić z kasandrycznymi przepowiedniami pewnych sił, które chciały nas pozbawić szansy rozwojowej wynikającej z akcesji i zapowiadały nieuniknioną katastrofę. Katastrofę będącą następstwem nie tylko dysfunkcjonalności mechanizmu UE, lecz przede wszystkim spisku zawiązanego przez mroczne siły, dla których akcesja miała stać się wygodnym instrumentem i środkiem do celu, jakim było zniszczenie naszej państwowości i narodu. Miała zatem Polska stać się narodem niewolników, jej ludność zmniejszona o połowę, a majątek narodowy, zwłaszcza ziemia, miał paść łupem obcych grabieżców. Integralność terytorialna stanęłaby pod znakiem zapytania, a dobra materialne, które ocalałyby, trafiłyby w obce ręce. Przypominam te nonsensy, bo 10 lat temu były one traktowane w przestrzeni publicznej jako równoprawna opinia, warta uwagi w debacie przedakcesyjnej.

Bez wątpienia Unia Europejska przeżywa ostatnio kryzys zaufania, na który składają się klęska referendalna projektu Konstytucji Europejskiej, kryzys gospodarczy oraz wzrost nastrojów eurosceptycznych, nacjonalistycznych i ksenofobicznych. Warto zwrócić uwagę, że najgłębszy od lat 30. ubiegłego wieku kryzys gospodarczy powstał w Ameryce, a nie na terytorium UE, i nie był spowodowany polityką UE, lecz frywolnym posługiwaniem się instrumentami bankowymi na drugiej półkuli. Natomiast gdy kryzys rozlał się na Europę, Unia uruchomiła instrumenty amortyzujące, pozwalające przetrwać krajom najbardziej dotkniętym. Wypada zauważyć, że Irlandia, Portugalia, Hiszpania odnotowują już wzrost gospodarczy i spadek bezrobocia. Kraje bałtyckie z kolei, gdzie załamanie było najbardziej dramatyczne, przeszły w fazę błyskawicznego wzrostu i wprowadzają jeden po drugim walutę euro – Estonia rok temu, w tym roku Łotwa, a w przyszłym Litwa. Grecji zaś, gdzie sytuacja jest ciągle poważna, nie przeszkadza to przewodzić obecnie Unii Europejskiej.

Wspominam o tym, gdyż często zapomina się, w jakim celu została powołana Unia Europejska. Początkowo zasadniczą, jeśli nie jedyną intencją wspólnoty było zachowanie pokoju. W związku z tym zaprojektowano mechanizmy uzgodnieniowe i regulacyjne, które miały na celu uniknięcie morderczej konkurencji, prowadzącej w przeszłości do wojen. Mechanizmy te, które przy kolejnych reformach traktatów wprowadzały coraz więcej elementów solidarnościowych, przerodziły się stopniowo we wspólny rynek, wspólnotę gospodarczą i wreszcie obecną skomplikowaną konstrukcję uregulowaną Traktatem z Lizbony. Cel główny pozostaje jednak ten sam – zapobieganie wojnie w Europie. I wypada stwierdzić, że Unia jako projekt pokojowy odniosła ogromny sukces. Polska, która tyle przecież cierpiała z powodu przeróżnych wojen przetaczających się przez jej terytorium, jest również beneficjentem tego projektu. Nasz kraj jest uczestnikiem wszelkich negocjacji w sprawach różnorakich polityk unijnych, budżetu, funduszy strukturalnych, wspólnej polityki rolnej itd. Wyniki tych negocjacji są często niezwykle istotne, mają doniosłe konsekwencje finansowe dla Polski i Starego Kontynentu. Jednak jeden dzień wojny w Europie kosztowałby więcej niż roczny budżet UE i dlatego wyniki tych negocjacji mają mniejszą doniosłość pod względem finansowym niż sam fakt zachowania pokoju.

Muszę wreszcie wspomnieć o znaczeniu członkostwa dla systemu demokratycznego, rządów prawa, społecznej gospodarki rynkowej czy ochrony socjalnej. Oczywiście, Polska przed akcesją cieszyła się demokratycznym ustrojem, a społeczna gospodarka rynkowa jest wpisana do Konstytucji i nic nie wskazuje, aby normy te miały nie być przestrzegane, gdybyśmy nie wstąpili do UE. Jednak respektowanie tych zasad w naszym kraju, jak i całego dorobku prawnego UE, było wielokrotnie przedmiotem interwencji instytucji unijnych, które doprowadzały do wyeliminowania braków, niedociągnięć czy zaniechań.

Ostatnio Komisja Europejska pozytywnie rozpatrzyła skargę NSZZ „Solidarność” na polskie przepisy dotyczące umów o pracę na czas określony. Zgodnie z pismem KE wszczęła oficjalne postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego i przesłała władzom polskim oficjalne wezwanie do usunięcia uchybienia. Efektem jest zasadnicza zmiana języka polskiego rządu w sprawie tzw. umów śmieciowych i, miejmy nadzieję, zmiana prawa w wyniku interwencji KE. „Solidarność” złożyła też w styczniu br. nową skargę na sprzeczność polskiego prawa z dyrektywą unijną o czasie pracy, oczekując podobnego efektu i nowej interwencji Komisji Europejskiej. Ta sprawa jest szczególnie istotna, gdyż stanowi tło obecnego kryzysu dialogu społecznego w Polsce i wycofania z Trójstronnej Komisji przedstawicieli wszystkich reprezentatywnych central związkowych.

Dla organizacji związkowych i pracowników niezwykle ważny jest europejski model społeczny. Nazwą tą obejmuje się zespół przepisów wynikających z traktatów oraz Europejskiej Karty Praw Podstawowych, gwarantujący pracownikom m.in. prawo do informacji i konsultacji, do swobodnego organizowania się w związki zawodowe, negocjacji układów zbiorowych, a także autonomii dialogu społecznego. Sprawa Karty jest niekiedy w Polsce źródłem nieporozumień ze względu na specjalny protokół dołączony do Traktatu z Lizbony, ograniczający użyteczność Karty w Polsce i Wielkiej Brytanii. Polska przystąpiła do tego protokołu w czasie rządów PiS pod absurdalnym pretekstem, że przepisy Karty niosą zagrożenie dla integralności terytorialnej Polski, oraz że istnieje niebezpieczeństwo narzucenia Polsce niepożądanych przepisów prawa rodzinnego dotyczących związków jednej płci. Rząd PO utrzymał obowiązywanie tego protokołu z zamiarem zablokowania niektórych uprawnień socjalnych. Szczęśliwie, bez względu na intencje rządu, protokół stanowi jedynie, że nie ma możliwości składania sądowych skarg na łamanie przepisów rozdziału Karty „Solidarność”, jeśli przepisy te nie wynikają również z polskiego prawa krajowego. Nie oznacza to jednak, że Karta nie obowiązuje w Polsce w całości. Co więcej, również orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości sporządzane na podstawie przepisów Karty, w tym rozdziału „Solidarność”, obowiązuje w Polsce bez żadnego ograniczenia, jako że decyzje Trybunału stosują się do wszystkich krajów członkowskich bez wyjątku. Tak więc próby ograniczenia funkcjonowania europejskiego modelu społecznego w naszym kraju nie powiodły się.

Andrzej Adamczyk

(ur. 1952) – absolwent fizyki Uniwersytetu Śląskiego, do 1989 r. pracownik naukowy szeregu placówek PAN. Od 1989 pracuje w NSZZ „Solidarność”, w latach 1991–1992 rzecznik prasowy Komisji Krajowej, następnie do dzisiaj kierownik Biura Zagranicznego. Reprezentuje Związek w wielu organizacjach międzynarodowych, m.in. jest członkiem Biura Wykonawczego i Rady Generalnej Międzynarodowej Konfederacji Związków Zawodowych oraz członkiem Komitetu Wykonawczego Europejskiej Konfederacji. Członek Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, wiceprzewodniczący Grupy Pracowniczej, przewodniczący Komitetu Monitorującego Partnerstwa Wschodniego. Specjalizuje się w zagadnieniach polityki zewnętrznej UE i jednolitego rynku w kontekście obrony praw pracowniczych i związkowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>